
Słowa tego ojca zrobiły sporo zamętu. Wiele osób podpisało się pod nimi, wiele też stanęło w obronie nauczycieli.
Nie ma chyba osób, które bezkrytycznie patrzyłyby na pracę nauczycieli i na działalność wychowawczo–edukacyjną szkół. Nie można też jednak generalizować i wrzucać wszystkich do jednego worka, uznając, że nie ma "gorszej i bardziej degradującej umysłowo pracy niż uczenie dzieci w szkole" oraz, że "szkoła rujnuje relacje z dziećmi".
Podobnie jest z teorią, że wybór zawodu pedagoga szkolnego, wynika najczęściej z choroby, która ma wpływ na umysł ludzki. "Nie wiem, jak zatem można się zgodzić na podjęcie tego upokarzającego zadania i pójść za kasę gnębić dzieci. Nie pojmuję tego. Nie wiem, jak zdrowy na umyśle człowiek, znając strukturę szkoły, zadania, jakie się przed nim stawia, procedurę, w którą wchodzi, może się zgodzić na bycie nauczycielem i patrzeć sobie w oczy w lustrze!" – czytamy na mediumpubliczne.pl.
Jednym z wielkich przywilejów świadomej dorosłości jest lub powinna być, umiejętność wybrania drogi, która nie degraduje. Wiem! – wiem, że wielu z nas cierpi na brak kasy i wybiera takie prace, które są poniżej ich zdolności. Jeździ wózkiem widłowym, czy tam siedzi na kasie w Biedrze. Ale te prace są przynajmniej uczciwe i komuś potrzebne, choć zbyt nisko płatne.
Bycie nauczycielem natomiast nie tylko jest poniżej zdolności inteligentnego człowieka, poniżej progu finansowej nędzy, ale jeszcze w dodatku jest żerowaniem na młodzieży. Nie ma w tym ani nic uczciwego, ani szlachetnego; konieczność włożenia czegoś do garnka nigdy tego nie usprawiedliwi, bo niczym nie można usprawiedliwić uczestnictwa w strukturalnym gnębieniu dzieci.
Gnębieniem dzieci autor listu uznaje przede wszystkim zadawanie prac domowych ("przejaw okrucieństwa i większość nauczycieli przyznałaby to, gdyby mieli w sobie, choć krztynę autorefleksji"), nauczanie zupełnie niepotrzebnych dat oraz psucie relacji na linii rodzic–dziecko, gdyż te umęczone szkołą dziecko ma przez to "kwasy z rodzicami".
Chodzi mi o tych nauczycieli, którzy siedzą w tych idiotycznych szkołach publicznych i im się wydaje, że spełniają ciężki obowiązek. Że służą, że się trudzą, że należą im się kwiaty za godziny spędzone w łoskocie klas, pocie pach, smrodzie gać. No więc?Otóż chciałbym powiedzieć wszystkim takim belfrom, że gardzę wami. Gardzę za to, że swoją obecnością w szkolnych strukturach, legitymizujecie i utrzymujecie przy życiu tę straszliwą szkolną hydrę. Tego potwora.
Reszta listu to raczej podsumowanie własnych niepowodzeń i frustracji, jak: "Mam do was żal, że za te kilka nędznych złotych zmusiliście mnie do przerwania edukacji. Byłem dla was zbyt inteligentny – nie mieliście dla mnie nic poza przemocą, karą, groźbą i ujadaniem. Mam do was żal za każdy wpierdol, jakie przez was dostałem od ojca.
Może cię zainteresować także: Nauczyciele dostali wytyczne–na wywiadówkach muszą odczytać list od Minister Edukacji, Anny Zalewskiej
Ilu ludzi, tyle historii, dlatego ten list tak podzielił odbiorców. Sporo sympatii wzbudził u osób, którym w szkole było także zawsze "pod górkę". Dużo pozytywnych reakcji wzbudził wśród przeciwników prac domowych. Wielu krytycznych słów doczekał się jednak od młodych nauczycieli, starających się ze wszystkich sił zmienić wizerunek polskiego belfra, a wrzucanych cały czas przez ludzi ziejących nienawiścią do szkoły, do jednego worka ze skostniałymi psorami, którzy może i dawno powinni byli być na emeryturze.
Oto komentarz młodej nauczycielki szkoły publicznej.
Kocham moich uczniów. Szanuję ich i staram się, jak mogę, aby przetrwali jakoś ten straszliwy czas nazywany młodością.Naprawdę próbuję. Daję z siebie wszystko za te psie pieniądze, które jedna połowa społeczeństwa wyśmiewa, której druga połowa zazdrości.
Tak, MEN-owskie lektury są nudne. Tak, szkoła to system opresyjny. Więc co robię? Na lekcji obieram pomarańcze i śpiewam "Mury" na znak protestu, a dzieci odsyłam do domu? Nie. Ściągam do biblioteki szkolnej najlepsze powieści wskazane przez IBBY, pozwalam uczniom poprawiać oceny dzięki czytaniu ciekawych, pięknych książek.
Czy to się udaje? Nie zawsze. Jest ciężko. W każdej klasie mam 25, 26, 27 uczniów. Każdy jest inny, ma inne potrzeby, problemy, aspiracje. A ja muszę każdemu pomóc ukształtować indywidualny system wartości, znaleźć swój talent. To zawód cholernie odpowiedzialny i rażąco niedoceniony.
Jak Pan myśli, czemu w szkołach jest tak mało zapaleńców?Przez ludzi takich jak Pan. Opluwających nasz zawód, szydzących. Czy ten felieton ma zachęcić młodych i ambitnych do polepszania jakości edukacji?”.
Niech te słowa będą także i naszym komentarzem.
Napisz do autora: ewa.podlesna-slusarczyk@mamadu.pl
