
Lekko, ciekawie i o wszystkim co świeżo upieczonych rodziców dotyczy. A przede wszystkim bez pouczania, bez wytykania błędów palcami, bez oceniania. Każdy rodzic popełnia błędy, każdy chciałby ich unikać. I choć nie ma gotowej recepty na bycie mamą doskonałą czy idealnym tatą po tej lekturze droga do tego celu będzie mniej kamienista (nie liczcie jednak a to, że nagle stanie się usłana różami).
REKLAMA
Zanim zabrałam się za lekturę książki „Szczęśliwe dziecko” napisanej przez dr Aleksandrę Piotrowską i Irenę Stanisławską, pomyślałam, że jako młoda mama z przyjemnością przeczytam kilka wskazówek na temat tego jak stać się cudownym rodzicem. I nagle – ku mojemu zdziwieniu – książka się skończyła a ja nie otrzymałam gotowej recepty na sukces. A przecież czytałam uważnie i z zapartym tchem…
Oktawia Staciewińska: Nie jest to poradnik, nie jest to gotowa recepta na to jak być dobrym i szczęśliwym rodzicem. A jednak jest to pozycja obowiązkowa dla każdej mamy i przyszłej mamy. Jak wytłumaczyć tym kobietom dlaczego powinny przeczytać książkę, co takiego w niej znajdą, skoro to nie poradnik, nie przewodnik, nie zestaw prostych i skutecznych rodzicielskich rozwiązań…
Aleksandra Piotrowska: Ja mogę tylko powiedzieć o tym co było naszym zamiarem. Otóż ani ja, ani Irena (Irena A. Stanisławska – współautorka książki – przyp. red.) nie wierzymy w to, że istnieje coś takiego jak jeden optymalny sposób wychowania. W związku z czym napisanie poradnika, a zatem rekomendowanie jakiejś drogi postępowania, która byłaby jakąś drogą dobrą i skuteczną dla wszystkich to okłamywanie ludzi. Nie istnieje coś takiego. Wobec jednego dziecka trzeba wrzasnąć, wobec drugiego nie powinno się tego robić nigdy w życiu. Przecież to niesprawiedliwe, tak? A gdzie jest taki przepis, który mówi że życie jest sprawiedliwe?
Aleksandra Piotrowska: Ja mogę tylko powiedzieć o tym co było naszym zamiarem. Otóż ani ja, ani Irena (Irena A. Stanisławska – współautorka książki – przyp. red.) nie wierzymy w to, że istnieje coś takiego jak jeden optymalny sposób wychowania. W związku z czym napisanie poradnika, a zatem rekomendowanie jakiejś drogi postępowania, która byłaby jakąś drogą dobrą i skuteczną dla wszystkich to okłamywanie ludzi. Nie istnieje coś takiego. Wobec jednego dziecka trzeba wrzasnąć, wobec drugiego nie powinno się tego robić nigdy w życiu. Przecież to niesprawiedliwe, tak? A gdzie jest taki przepis, który mówi że życie jest sprawiedliwe?
My jesteśmy różni, dzieci są różne – w związku z tym bardzo różne relacje są wzbudzane przez bardzo różne mechanizmy. I to, o co nam chodziło, to pokazać czytelnikom, a może bardziej czytelniczkom, co leży u podłoża wychowania. Czyli to, że najistotniejszym sposobem wychowywania jest to w jaki sposób 24 godziny na dobę odnosimy się do dziecka. Wychowujemy nie wtedy, kiedy stosujemy przemyślane akcje wychowawcze, ale dlatego, że witamy dziecko które właśnie się obudziło w taki a nie inny sposób, wspólnie zjadamy śniadanie, wychodzimy na dwór… Także to co robimy w międzyczasie, jakim tonem się do niego zwracamy, na co pozwalamy a na co nie. Tak przede wszystkim wygląda wychowanie.
Jest Pani w stanie wskazać powiedzmy 5, albo chociaż 3 najczęściej popełniane przez rodziców błędy? Stworzyć – nazwijmy go – TOP błędów wychowawczych?
Nie da się. Głównie dlatego, że ich popełnianie / nie popełnianie jest silnie uzależnione od środowiska w którym wzrastamy. Zatem konstruowanie takiego TOPu należałoby „poprzydzielać” chociażby do różnych rejonów Polski. Nie jest tak, że wszędzie wychowujemy w taki sam sposób.
Inna jest mama z Podkarpacia, inna z Pomorza a jeszcze inna ta z Wielkopolski?
Inna jest mama z Podkarpacia, inna z Pomorza a jeszcze inna ta z Wielkopolski?
Są zasadnicze równice! Bez wątpienia tam, gdzie były wpływy niemieckie , jest inne podejście do wychowania niż w innych rejonach. Chociażby dlatego, że ludzie różnią się od siebie rodzajem wykonywanej pracy. Jeśli pracujemy głównie we własnym gospodarstwie to na inne błędy jesteśmy narażeni, niż osoby pracujące po 8-10 godzin w korporacjach.
Ale co na pewno łączy wszystkie środowiska to mówiąc brutalnie i wprost – to jest nieszanowanie dzieci i niepoświęcanie im swojej uwagi i swojego czasu. I to są błędy, które spotykam częściej lub rzadziej, ale właściwie we wszystkich środowiskach. Ale to wynika w dużej mierze ze zmian cywilizacyjnych. Przyznaliśmy sobie, jako jednostkom ludzkim wiele praw i nie życzymy sobie, żeby dzieci nam je odbierały. Dziecka nie da się wyregulować, ono nie działa na „śrubeczkę”, którą można podkręcić i już. I z takiego nastawienia bierze się brak refleksji dlaczego dziecko coś robi, czy choćby tego jakie oni właściwie jest. Zapominamy o indywidualności dziecka.
Może się czepiam, ale zapadło mi w pamięć sformułowanie, którego panie użyłyście w książce, a mianowicie, że dziecko to „przeceniana wartość”. Skoro tak, to nie można chyba zwracać uwagi rodzicom, że nie skupiają się w stu procentach na nowym członku rodziny.
Może się czepiam, ale zapadło mi w pamięć sformułowanie, którego panie użyłyście w książce, a mianowicie, że dziecko to „przeceniana wartość”. Skoro tak, to nie można chyba zwracać uwagi rodzicom, że nie skupiają się w stu procentach na nowym członku rodziny.
Stosunkowo często spotykam się z przeświadczeniem, że jeśli w życiu coś układa się nie tak, jeśli w relacji z partnerem są jakieś mniej satysfakcjonujące momenty, to dziecko to naprawi. Jak przyjdzie na świat, to my zamienimy się w parę gołąbeczków. Ale rzeczywistość jest brutalna i statystyki mówią coś zupełnie innego. Najwięcej kryzysów w małżeństwach związanych jest z pojawieniem się dziecka.
Osoby, które mają dzieci, doskonale o tym wiedzą. Pojawia się dodatkowy stres, zmęczenie, obowiązki.
Osoby, które mają dzieci, doskonale o tym wiedzą. Pojawia się dodatkowy stres, zmęczenie, obowiązki.
I niesprawiedliwość relacji. Kobieta staje się matką, a mężczyzna bywa ojcem. Ale powoli to się zmienia. Znam przypadki, gdzie to tata sprawniej przewija dziecko niż mama i lepiej wie, jaka zupka czeka w lodówce. Ale jednak to cały czas wyjątki. Dominująca tendencja wciąż jest taka, że na jakiś czas to kobieta zostaje oddelegowana do roli matki, żony, kucharki, sprzątaczki, a mężczyzna w tym czasie żyje poza tym środowiskiem. I ich światy zaczynają się stopniowo oddzielać. Wspólnotę buduje wspólne spędzanie czasu, zainteresowania. Łatwiej o ożywioną rozmowę wieczorową porą jeśli ona sporządzała jakiś ważny bilans a on sporządzał projekt, niż gdy on zajmował się tym projektem podczas gdy ona zastanawiała się na który plac zabaw się wybrać. Po paru latach może się okazać że małżeństwo to tacy średnio sobie bliscy ludzie…
Ale jeszcze chwilę o tej „przecenianej wartości”. Gdy pojawia się dziecko u wielu - zwłaszcza kobiet widać tę naturalną postawę pt. absolutnie wszystko podporządkowujemy dziecku. To czy gdzieś pójdziemy, czy może nie, jak spędzimy popołudnie. Czy to coś złego? Myślę sobie, że jeśli wiek dziecka liczymy w tygodniach, to powinien być taki okres. Ale gdy dziecko ma 3 lata, albo 5, a wszystko w rodzinie wciąż jest jemu podporządkowane, to zmierzamy prostą drogą do wychowania kolejnego potworka, który wszystkich wokół będzie traktował jak osoby do obsługiwania tylko jego.
Jest kilka rozwiązań, o których piszecie Panie, które mogą pomóc. Ale co w sytuacji, w której oboje rodzice oszaleli na punkcie malucha. I naprawdę nie widzą poza nim świata. Nie potrafią rozmawiać o niczym innym i chcą całe swoje życie podporządkować nowemu członkowi rodziny. Ja osobiście, choć sama jestem mamą, nie wiem jak się wówczas zachować. To męczące, niezręczne i szczerze mówiąc najchętniej unikałabym kontaktu z takimi rodzicami. Ale to też nie jest wyjście.
Proszę podkreślić, pogrubić i jeszcze najlepiej jakimś wężykiem zaznaczyć, że nasze dziecko jest najważniejsze DLA NAS. I zazwyczaj opowieści o nim fascynują tylko jedną stronę spotkania. Zalewanie innych potokiem informacji o swoim dziecku to rzeczywiście nieznośna maniera. Gotowość ograniczenia świata tylko do spraw jednego dziecka jest naprawdę niesamowita. Czy zwracać uwagę? To przede wszystkim zależy od tego jaka relacja łączy nas z tą drugą parą. Jeśli byłaby to bliska mi osoba, to powiedziałabym wprost „Kobito, czy ty oszalałaś? Już wystarczy. Powiedziałaś raz, wszystko dobrze, to teraz porozmawiajmy o…”. Ale to oczywiście wymaga dużej zażyłości.
Ale często takie osoby traktują uwagi jako dowód naszej ubogości umysłowej. Nie chwytamy tego, jaki fascynujący temat byłby możliwy. Bo przecież jej Piotruś i jej Bożenka to… Ale życie jest chyba za krótkie, żeby je marnować na takie historie.
Czy taka – nazwijmy ją – wylewność, może przekładać się na tą nadopiekuńczość o której sporo Panie piszecie?
Czy taka – nazwijmy ją – wylewność, może przekładać się na tą nadopiekuńczość o której sporo Panie piszecie?
W większości przypadków tak jest. Rodzic nadopiekuńczy jest jednocześnie tym, który chce uszczęśliwiać świat chociażby zdjęciami swojego dziecka. Ale bywa i tak, że rodzic poświęca czas chętniej na opowiadanie o swoim dziecku niż na bycie z tymże człowieczkiem. Dziecko nie ma wówczas żadnych podstaw do doświadczania tego, że jest taką wyjątkową osobą. I może ten rodzic wygrywa w konkursie, który trwa w jego biurze, ale często po powrocie do domu oczekuje, że dziecko da mu słodkiego buziaczka i pójdzie spać.
Ale jednocześnie same Panie mówicie: nosić na rękach, pozwalać próbować jedzenia, przytulać – czy ta granica między swobodą, nadopiekuńczością a bezstresowym wychowaniem nam się nie zatrze?
Bezstresowe wychowanie to przejaw unikania kontroli rodzicielskiej. I o tym nie mówimy, bo to oczywiste, że nikt rozsądny nie będzie tego propagował. Nadopiekuńczość bywa związana z bezstresowym wychowaniem, ale nie musi być. Może być mamusia nadopiekuńcza, która pozwala dziecku absolutnie na wszystko, ale może być też dość rozsądna nadopiekuńcza mamusia, u której nie ma pełnego pozwolenia na wszystko.
Mnie się ten rozsądek z nadopiekuńczością gryzie…
Mnie się ten rozsądek z nadopiekuńczością gryzie…
Ale takie połączenie występuje. Na czym polega? Ta mamusia nie pozwala przykładowo swojemu dziecku, aby okładało łopatką innego malucha. A więc stawia jakieś granice. Ale jednocześnie trzylatek wchodzący na jakąś drabinkę na placu zabaw jest cały czas asekurowany i co chwila słyszy tylko „ostrożnie”, „uważaj”, „trzymaj się mocno” i tak dalej. A więc dąży do eliminowania zawczasu jakiegokolwiek ryzyka. To jest trzylatek, któremu nadopiekuńcza mamusia po prostu nie pozwala żyć. Ale czy dobry rodzic to ten, który nie dopuści do tego, żeby dziecko sobie nabiło siniaka? Czy na tym to polega? Różnych wydań tej nadopiekuńczości – mniej lub bardziej rozsądnych - spotkać można na funty na każdym kroku.
Pamiętajmy, że dziecko się rozwija nie poprzez słuchanie naszych opowiadań, ale poprzez doświadczanie, poprzez aktywność. Wiadomo, że przez pierwszych kilka lat te doświadczenia mają charakter zabawowy. Ale to, że dziecko się bawi nie znaczy, że ono nic nie robi. Ono bardzo ciężko pracuje – załatwia sobie rozwój.
Tyle mówimy o tych „złych” rzeczach. Jest coś „dobrego” we współczesnych rodzicach? Jest coś, za co możemy ich pochwalić?
Tyle mówimy o tych „złych” rzeczach. Jest coś „dobrego” we współczesnych rodzicach? Jest coś, za co możemy ich pochwalić?
To co traktuję jako jedno z najważniejszych osiągnięć XX-go wieku to to, że rodziny odkryły tatusiów. Że tatusiowie zaczęli być bardzo ważnymi osobami dla swoich dzieci. Wiem, że nie wszędzie, że jeszcze w większości wszystko spoczywa na barkach kobiety, ale początki już za nami.
A to zasługa tatusiów czy mamuś?
To zasługa nas wszystkich. Nawet wśród psychologów – pierwsze nazwisko jakie nasuwa mi się w związku z odkryciem jak ważne są relacje dzieci z ojcem, to mężczyzna – John Bowlby. Rośnie świadomość, że rola rodzica jest bardzo ważną rolą nie tylko dla kobiety, ale także dla mężczyzny.
To spróbujmy proszę jeszcze raz, może po tej rozmowie będzie nieco łatwiej – jak być dobrym rodzicem?
Poświęcać czas, poświęcać uwagę, mieć zdrowy stosunek do tego czego możemy od dziecka wymagać, szanować dziecko. Ale pamiętajmy, że szacunek nie zakłada wielbienia kogoś od rana do nocy. Jeśli kogoś szanuję, to nie znaczy, że muszę się ze wszystkim co on robi zgadzać. Ale będę z nim rozmawiać a nie na niego „ujadać”. Nie dążmy do tego, żeby stawiać na swoim.
To nie brzmi tak strasznie trudno, ale gdy tylko człowiek zaczyna pracować na tym małym organizmie, to okazuje się, że łatwo nie jest. Wręcz przeciwnie.
Ale to tylko tzw. „warunki brzegowe”. Fajnie by było, gdybyśmy o tym małym organizmie myśleli, ze to oddzielny człowiek. Jakiś. A ja mam to szczęście, że przez kilka lat mogę się przykładać do tego, jakim człowiekiem – oprócz tego, że jakimś już jest – będzie się stawał.