
REKLAMA
Jak się rozwodzić, to tylko z klasą – mawiają. A ilu Polaków, którzy to przykre doświadczenie mają za sobą mogą z czystym sumieniem powiedzieć, że w tej walce grali fair? Pewnie niewielu. Czy powinniśmy się dziwić? To przecież emocje, złość, ból, strach - cała mieszanka uczuć.
To wtedy robimy rzeczy, o które nigdy wcześniej byśmy siebie nawet nie podejrzewali. Mówimy słowa, które trudno w jakikolwiek sposób usprawiedliwić. I pal licho jeśli w tym ringu jesteśmy tylko my. A jeśli jest ktoś trzeci? Ktoś, kto w tej walce nie chce uczestniczyć, ani nie chce być w niej wykorzystywany? Tak, dziecko. To ono cierpli najbardziej.
Ania rozwiodła się 8 miesięcy temu
Dziś jednak o szczęściu mówić nie może. Przy swoim boku ma 6-letnią córeczkę, która już nie jest tą samą dziewczynką. Zmieniła się, a za tę zmianę Ania i jego były mąż obwiniają siebie. Już nie przerzucają się odpowiedzialnością, teraz chcą zrobić wszystko, aby ich córka znów była tą radosną, spontaniczną i pełną energii dziewczynką. I zrobią to – jak mówią – razem.
Dziś jednak o szczęściu mówić nie może. Przy swoim boku ma 6-letnią córeczkę, która już nie jest tą samą dziewczynką. Zmieniła się, a za tę zmianę Ania i jego były mąż obwiniają siebie. Już nie przerzucają się odpowiedzialnością, teraz chcą zrobić wszystko, aby ich córka znów była tą radosną, spontaniczną i pełną energii dziewczynką. I zrobią to – jak mówią – razem.
Nasze małżeństwo na papierze przestało istnieć 8 miesięcy temu. W rzeczywistości znacznie wcześniej. Mogłabym powiedzieć, że to taki rozwodowy standard – mąż mnie zdradził. Kiedy się dowiedziałam czułam ogromny ból, rozczarowanie i strach, bo nie wiedziałam jak dalej ma wyglądać to nasze wspólne życie. Prosił, nawet błagał o wybaczenie. Nie spakowałam jego walizek i nie wystawiłam przed drzwi. Jesteśmy przecież dorosłymi ludźmi i mamy dziecko. Mamy też wspólny kredyt na mieszkanie i wiele innych wspólnych rzeczy.
Pierwsze dni pamiętam jak przez mgłę. Zawiozłam Maję do babci, bo nie chciałam, żeby widziała mnie w tak kiepskiej kondycji. Chciałam sobie poradzić sama ze sobą, uspokoić się i podjąć jakieś decyzje. Obok siebie wciąż miałam błagającego o wybaczenie męża. Jego zapewnienia, że to tylko raz, że to dla niego nic nie znaczyło i że to po alkoholu – czyli kolejny standard.
Może zainteresować cię także: "Pierwsze wspomnienie związane z mamą? Dostaję po twarzy... Mam mniej niż 7 lat"
Już wiedziałam, że nigdy mu nie wybaczę. Wiedziałam, że nie zapomnę, ale dałam mu drugą szansę. Nie zrobiłam tego dla siebie ani dla niego. Zrobiłam to dla naszej córki. Tak przecież robią matki.
Staraliśmy się oboje. Wszystko to jednak z mojej strony było na pokaz, wymuszone. Czy miało sens? Żadnego. Męczyliśmy się coraz bardziej. Mnie przestało zależeć i jemu chyba też. Wytaczaliśmy coraz cięższe działa skupieni wyłącznie na swoich emocjach. Wypominaliśmy sobie rzeczy i słowa, które miały miejsce kiedyś, w przeszłości. Nie znaliśmy granic.
Przeciąganie naszego fikcyjnego już małżeństwa było głupotą
Podjęliśmy decyzję o rozwodzie i mieliśmy piękny plan. Taki, w którym naszych rodzinnych brudów nie będziemy prać przed obcym facetem w todze. Polubownie, szybko, bez zbędnych emocji – tak mieliśmy się rozstać. Plan udało się zrealizować tylko po części, bo na sali sądowej faktycznie – pokazaliśmy klasę. A w domu? W domu urządziliśmy sobie nasze własne piekiełko.
Podjęliśmy decyzję o rozwodzie i mieliśmy piękny plan. Taki, w którym naszych rodzinnych brudów nie będziemy prać przed obcym facetem w todze. Polubownie, szybko, bez zbędnych emocji – tak mieliśmy się rozstać. Plan udało się zrealizować tylko po części, bo na sali sądowej faktycznie – pokazaliśmy klasę. A w domu? W domu urządziliśmy sobie nasze własne piekiełko.
Mimo że nie byliśmy już razem, wciąż razem mieszkaliśmy. Po pierwsze, zorganizowanie nowego lokum dla mojego męża trochę zajęło. Po drugie, na tę zmianę chcieliśmy przygotować Maję. Byliśmy głupi, bo myśleliśmy, że nasza mała córeczka nic nie rozumie, nic nie widzi, nic nie słyszy. Myśleliśmy, że w jej oczach wciąż jesteśmy kochającą rodziną. Byliśmy tego tak bardzo pewni, że kłóciliśmy się nawet wtedy, gdy ona spała za ścianą. Krzyki, wrzaski, słowa, które wstyd powtórzyć. Tak bardzo byliśmy skupieni na sobie, na tym aby jak najbardziej sobie do*pierzyć, że zapomnieliśmy o Mai, dla której teoretycznie staraliśmy się zachować pozory.
Pierwszy objaw, który nas zaniepokoił?
Maja zaczęła się moczyć. Przestraszyłam się, a na internetowych forach wyczytałam tylko, że to pewnie „ze stresu”. Ze stresu? Przecież nie kłócimy się przy niej. Staramy się. Siedzimy przy wspólnym stole. Robimy wszystko, jak dawniej.
Maja zaczęła się moczyć. Przestraszyłam się, a na internetowych forach wyczytałam tylko, że to pewnie „ze stresu”. Ze stresu? Przecież nie kłócimy się przy niej. Staramy się. Siedzimy przy wspólnym stole. Robimy wszystko, jak dawniej.
Zaczęliśmy ją uważniej obserwować. Zaczynaliśmy widzieć więcej. Już nie przybiegała do nas, żeby opowiedzieć jak było w przedszkolu. Już nie chciała wychodzić na podwórko, aby pobawić się z dziećmi. Wszystko było jej obojętne. Gdy jechaliśmy do babci, rzucała jej się na szyję i mówiła: „Chciałabym z tobą zostać”.
Widzieliśmy ogromną zmianę w jej zachowaniu, ale wciąż ją bagatelizowaliśmy. Mieliśmy przecież swoją małą wojnę.
Kiedy zadzwoniła wychowawczyni z przedszkola, przestraszyłam się. Jej numer na wyświetlaczu telefonu nie wróżył niczego dobrego. "Maja uderzyła koleżankę" - usłyszałam. Uderzyła? Nie wierzyłam. Wieści jednak szybko się rozchodzą, a o naszym rozwodowym piekiełku dowiedzieli się rodzice innych dzieci. Nasz rodzinny przypadek analizowany był zapewne przy niejednym rodzinnym stole.
Maja nazwana została "sierotą"
Od koleżanki usłyszała, że nie będzie miała ani mamy, ani taty, a pan sędzia już się o to postara.
Od koleżanki usłyszała, że nie będzie miała ani mamy, ani taty, a pan sędzia już się o to postara.
Nasza mała córeczka czekała na wyjaśnienia, których nigdy od nas nie otrzymała. Przekonani, że to jej nie dotyczy, odsunęliśmy ją na bok. Dziś robimy wszystko, aby to naprawić.
Rozmawiamy. Robimy to dla Mai. Dwa razy w tygodniu zasiadamy w gabinecie psycholog, która pomaga nam odzyskać córkę. Małymi krokami, ale...chyba się udaje. Wczoraj, pierwszy raz od kilku miesięcy namalowała dla mnie rysunek: mama, tata i mała dziewczynka. I choć nie trzymamy się na nim za ręce, uśmiechamy się. Dobry znak?
Drodzy Rodzice, wiem, że czasem trudno zapanować nad emocjami. Wiem, że trudno odpuścić. Ale dziś wiem też, że czasem warto zrobić krok w tył. Dzieci widzą, słyszą i rozumieją więcej, niż my byśmy chcieli.
Przez nasze zachowanie, egoizm - straciliśmy córkę. Dziś walczymy o każdy jej uśmiech. Nie uczcie się na własnych błędach. Macie przecież nasze.
