Fot.[url=http://www.shutterstock.com/pic-251234422/stock-photo-a-hand-of-a-young-woman-with-a-suitcase.html?src=csl_recent_image-4]KonstantinChristian[/url]/Shutterstock
Fot.[url=http://www.shutterstock.com/pic-251234422/stock-photo-a-hand-of-a-young-woman-with-a-suitcase.html?src=csl_recent_image-4]KonstantinChristian[/url]/Shutterstock

To jest przemoc psychiczna -–powiedziała tonem oskarżającym koleżanka psycholożka, przysłuchując się naszej niezobowiązującej rozmowie w kuchni. Jaka przemoc? Normalna kłótnia! Jaki szantaż? Przecież każda z nas ma jakieś swoje sposoby na facetów! - obruszyła się Sylwia. I tak w tej kuchni zostałyśmy przez pół wieczoru.

REKLAMA
Ona: Sylwia, 37 lat, pracuje w banku
On: Krzysztof, 39 lat, ma własną firmę
Ta historia mnie poruszyła. Nie oceniam, nie pouczam, spisuję i się zastanawiam. Małżeństwo Sylwii i Krzysztofa powszechnie uważane jest za udane. Ona, elegancka, zadbana, modna. On – dżentelmen, bardzo rodzinny, domator. Dzieci zadbane, może trochę za bardzo zdyscyplinowane, jak na swój wiek (4 i 8 lat).
(Raz, przy wspólnej kolacji, wciąż powtarzane: "Siedź prosto! Co robisz? Mówię do ciebie! Głuchy jesteś?", trochę mnie zirytowało. "Za dużo tego" – pomyślałam i pozwoliłam swojemu dziecku zjeść na kolację suche płatki i to rękami, nie łyżką). Ale która matka nie ma takich dni, że ciągle gada: "zrób, usiądź, zejdź, nie dotykaj"? "Zmęczenie" – pomyślałam. A które nie mają takiego dnia, że pozwalają dziecku na wszystko? Też ze zmęczenia przecież…
Jak ktoś mówił o tym, że teraz wokół tyle rozwodów, ja podawałam ich za przykład: że dają radę, że można się dogadać, mieć „normalną” rodzinę. Okazało się, że to na zewnątrz. W środku było trochę trudniej. Ale kto ma dziś łatwo?

Bo rodzice się rozwiedli…. co z tego?

Zaczęłyśmy rozmowę od żartu. Sylwia zaczęła.
Mówił o mnie "Jesteś moją księżniczką". A potem już tylko "Zachowujesz się jak księżniczka!!!" – zupełnie innym tonem. "Masz, co chciałeś" – wrzasnęłam. Potem było już poważniej.
Psycholog powiedział mi kiedyś, że mogę mieć problem ze zbudowaniem zdrowego związku, bo moi rodzice się rozwiedli, więc muszę się bardzo starać. Ojciec nas zostawił, odszedł do innej kobiety, ma z nią dwoje dzieci. Powiedział też, że mogę wciąż bać się, że ktoś mnie porzuci, że nie mam poczucia bezpieczeństwa i takie kobiety często wolą same odejść, żeby tylko partner nie zrobił tego pierwszy. Pierdoły jakieś, ale wyryły się w mojej głowie jak dziesięć przykazań u katolika.
Tak, chodziłam na terapię. Matka mi kazała, gdy byłam na studiach i nie mogłam sobie nikogo znaleźć. Powiedziała, że to przez nią i ktoś musi to naprawić. Chyba się nie udało.

Mam taki charakter i już

Jestem wybuchowa, nerwowa, tracę cierpliwość, rzucam przedmiotami, jestem choleryczką. Ludzie mają różne charaktery, ja mam taki. Ale niczego nie ukrywałam przed ślubem. To ja byłam tą, która musiała się wykrzyczeć, wyrzucić swój problem, wypuścić emocje i potem dopiero mi przechodziło (zazwyczaj dopiero w domu, nie lubiłam scen przy ludziach). Krzysiek zawsze był raczej cichy, dusił wszystko w sobie, nigdy nie powiedział na mnie złego słowa. Nawet gdy ja mu wymyślałam (zdarzało się), on potrafił mnie uspokoić. Pozwolił mi się wykrzyczeć. Wydawało mi się, że się uzupełniamy, że to idealny układ. Przecież nie ma związków, które się nie kłócą?
On też pochodzi z rozbitej rodziny. "Nie chcę być taki, jak ojciec" – mówił czasami. I nie był.

Love story

Poznaliśmy się przez koleżankę. Ja pracowałam wtedy w korpo i za wszelką cenę szukałam kogoś, z kim mogłam dzielić życie. Samotność mi doskwierała, pracowałam dużo, wracałam późno i byłam sama. Wracałam do mamy. To był koszmar. Nawet nie miałam kiedy i gdzie poznać tego jedynego. Chyba tylko w komunikacji miejskiej? Czułam, że jest ze mną coś nie tak. "Dlaczego nie mogę sobie nikogo znaleźć?" – zastanawiałam się. Jestem gorsza?
Już nawet chodziłam na randki w ciemno, organizowane przez przejęte i chętne do pomocy przyjaciółki. Nic z tego nie wychodziło. Nie szukałam byle kogo. W końcu odpuściłam. Nikt nie chce zdesperowanych kobiet. Dam sobie czas, stwierdziłam. Tydzień później, na urodzinach koleżanki z pracy poznałam Krzyśka.
Był idealny. Czuły, troskliwy, zaradny, miał własną firmę, całkiem dobrze prosperującą, własne mieszkanie, urządzone w moim stylu, lubił ambitne filmy i dobrą kuchnię. Zaręczyliśmy się po pół roku, pobraliśmy rok później, a potem podróżowaliśmy, gdy tylko nadarzyła się okazja. On mnie rozpieszczał, robił niespodzianki, pamiętał o rocznicach, zabierał na kolacje. Cudowny czas.

I pojawiło się dziecko

Coraz częściej słyszałam „Zachowujesz się jak księżniczka. Zbyt wiele ode mnie oczekujesz, masz za duże wymagania!”. Ale on się po prostu zmienił! Z cudownego męża stał się mężusiem w kapciach. Nie mogłam tego znieść. Ja się bardzo starałam, dbałam o dom, córkę, robiłam dla niego kolacje przy świecach. Jemu było wszystko jedno, a ja czułam, że przestał się starać. Nie słuchał, co mówię, nie liczył się z moim zdaniem, ignorował, udowadniał wręcz, że jestem głupia. Najpierw to były zwykłe kłótnie.
Nie wiem, kiedy zaczęłam się na niego drzeć. Czasami nawet przy dziecku. Firma szła gorzej, ja nie pracowałam, bo wzięłam urlop wychowawczy, cały dzień z dzieckiem mnie wykańczał. Nie chciałam wracać do swojej firmy, chciałam robić coś innego i liczyłam, że on mi pomoże. Ale żadnego wsparcia z jego strony nie dostałam. Żadnego "Nie martw się, jakoś to zorganizujemy. Damy radę. Popytam, poszukam z tobą". Powiedział mi potem, że znęcałam się nad nim psychicznie. Ja??? Tak, powiedziałam mu kilka razy, że jest nieudacznikiem, ale czy to jest znęcanie się? Ludzie mówią sobie takie rzeczy w złości.

Robiłam to wiele razy

Pojechaliśmy raz na wakacje i okazało się, że pensjonat to jakaś speluna. Wkurzyłam się, bo nawet nie potrafi zorganizować wyjazdu. Tak, przyznaję, za bardzo wybuchłam. I to przy właścicielu. Wtedy powiedziałam, że mam go dość. Nie zostaliśmy tam, wróciliśmy tego samego dnia do domu, a ja po raz kolejny powiedziałam, że się wynoszę do mamy i zabieram córkę.
Myślałam, że mnie zatrzyma, zawsze to robił. Gdy pakowałam walizkę, on brał mnie w ramiona, przytulał, całował, mówił: "Zostań, nie wygłupiaj się, kocham ciebie i Anię". Tym razem nie powiedział nic. Nie przyszedł do sypialni, tylko siedział w salonie przy stole i patrzył w podłogę. Zaczęłam wpadać w panikę przy ostatnich ubrankach. Co mam zrobić? Wyjść? Iść do niego? Ale przecież moja duma nie pozwoli mi teraz do niego podejść. Okazałoby się, że nie mam racji. Wyszłabym na kretynkę.
Pojechałam. Powiedziałam mamie, że w domu mamy awarię ogrzewania. Przyjechał następnego dnia. Przepraszał, że mnie nie zatrzymał. Powiedział, że już nie dał rady psychicznie, że pastwię się nad nim, że nic mi nie pasuje. "Czy naprawdę tak Ci ze mną źle?" – zapytał wprost. Rozpłakałam się. Wróciłam do domu. Powiedział, że ktoś mu doradził terapię małżeńską. Ja to odwlekam. Czy my naprawdę tego potrzebujemy? Nie możemy sami się dogadać? Przecież przez tyle lat dawaliśmy sobie radę. Nie wiem, co mam mu powiedzieć.
Spojrzała na nas szukając odpowiedzi.
- Szantaż emocjonalny to przemoc psychiczna – odezwała się koleżanka psycholożka. Ludzie nie potrafią dziś rozwiązywać problemów. Mówią: "jak nie, to zobaczysz", "bo odejdę", "bo nie będę cię kochała", "bo mnie popamiętasz". I tak do partnera i do dzieci. Nie trzeba nikogo bić, żeby robić mu krzywdę. To dotyczy kobiet i mężczyzn, w takim samym stopniu.