![Fot. Pixabay / [url=https://pixabay.com/pl/panna-m%C5%82oda-fryzura-%C5%9Blub-wesele-997604/]debowscyfoto[/url]/[url=https://pixabay.com/pl/service/terms/#usage]CC0 Public Domain[/url]](https://m.mamadu.pl/a46e0ad37b68ffcd9c3e31ecfc04c870,1500,0,0,0.jpg)
Pochodzę z małego miasteczka, około 20 tys. mieszkańców. Codziennie dojeżdżam ponad półtorej godziny pociągiem i innymi środkami komunikacji do pracy w centrum dużego miasta. Wychodzę z domu około 7.00 i wracam około 19.00-20.00 i tak od dwóch lat. Mam dość: dojazdów, braku życia prywatnego, braku jakiegokolwiek życia poza pracą, która jest dobra, ale niewystarczająca, żeby wynająć sobie mieszkanie i jeszcze się w nim utrzymać, braku perspektyw. Z pieniędzy, które zarabiam, dokładam się do rachunków, bo rodzicom się nie przelewa i jeszcze jest młodszy brat, chodzi do technikum.
REKLAMA
Może mogłabym wynająć pokój razem z koleżankami, ze wspólną kuchnią i łazienką, ale z drugiej strony dom to dom i rodzicom łatwiej z moją pensją.
Naczytałam się poradników typu „możesz wszystko!”, „weź życie w swoje ręce!”. I jeszcze zacznij sobie klaskać, bo jesteś taka wspaniała! Ale nie ma to nic wspólnego z prawdziwym życiem. A ja po trupach do celu nie potrafię i nie mam takiej siły przebicia i chyba tak bardzo w siebie nie wierzę. Co ja mogę, dziewczyna z takiej dziury?
Nie potrafię zaryzykować, boję się, że będę musiała z podkulonym ogonem wracać do domu. A w domu wszyscy i tak są dumni, że udało mi się znaleźć pracę poza naszą miejscowością. W tamtej mentalności to sukces porównywalny do zdobycia nagrody Nobla.
Moja historia jest prosta i nudna.
Skończyłam podstawówkę, liceum, potem szkołę policealną na kierunku marketing i zaczęłam pracę w lokalnej firmie w mojej dziurze (tak nazywam swoje miasteczko). To była jedyna większa firma w okolicy (dziś już jej nie ma, zamknęła się). Dawała pracę wielu tutejszym mieszkańcom. Śmiejemy się, że to taki PGR. Ja odeszłam, a reszta po pół roku straciła pracę.
Skończyłam podstawówkę, liceum, potem szkołę policealną na kierunku marketing i zaczęłam pracę w lokalnej firmie w mojej dziurze (tak nazywam swoje miasteczko). To była jedyna większa firma w okolicy (dziś już jej nie ma, zamknęła się). Dawała pracę wielu tutejszym mieszkańcom. Śmiejemy się, że to taki PGR. Ja odeszłam, a reszta po pół roku straciła pracę.
Pracowałam tam jako asystentka. Miałam chłopaka, ale z nim nie widziałam żadnej przyszłości. Uczyć mu się nie chciało, pracował trochę tu, trochę tam. Piwko, telewizor, przesiadywanie pod blokiem z kumplami, nic więcej nie robił. Chciałam czegoś więcej: chciałam iść na studia, rozwijać się, uciec stąd, mieć męża, który ma jakieś szersze spojrzenie na świat.
Zaczęłam więc studia zaoczne. Mama mówiła mi, że wykształcenie mnie wyzwoli. Sama wyrwała się ze wsi i przyjechała tutaj. Dla niej to było duże miasto. Gdy ona wspomina swoje dzieciństwo, to ja nie mam na co narzekać. Chodziła do szkoły, ale oprócz tego zajmowała się zwierzętami w gospodarstwie, były wykopki, żniwa, cały czas w polu. Do szkoły miała trzy kilometry pieszo. Gdy poszła do studium policealnego, zamieszkała w internacie. Odetchnęła. Z naszego miasteczka też chciała pojechać dalej, ale tata się bał. Zawsze mówił „Po co ci to? Czy tu nam źle? Ja tam mogę pracy nie znaleźć”. I urodziłam się ja i już nie chcieli ryzykować. Tata jest pracownikiem fizycznym, pracuje dla kogoś, chociaż wiele razy odgrażał się, że założy własną firmę. Nie założył. Mama pracuje w urzędzie. I narzeka, wciąż narzeka.
Teraz jestem na piątym roku studiów zaocznych. Cieszę się i mam dość. Studia zjadają moją pensję, ja zjadam pensję rodziców. Pracę zmieniłam na trzecim roku. Koleżanka z grupy poleciła mnie w swojej firmie. „Po znajomości” było łatwiej. Pensja niewiele większa od tej, którą miałam „u siebie” i różnicę zjadają mi bilety na komunikację. Ale to przecież wielkie miasto! Dlatego teraz większość czasu spędzam w pociągach. Nie żałuję, ale jestem zmęczona. Myślałam, ze jakieś drzwi się otworzą, ze to dopiero początek, ale nic się nie otwiera. Młodym ludziom w wielkim mieście też jest trudno.
Zdecydowałam się na studia nie tylko, żeby zdobyć lepszą pracę, więcej zarabiać, ale żeby znaleźć męża. Tutaj, w mieście. Co innego mogę zrobić, żeby się wyrwać z mojej dziury? Czy to wyrachowane? Każda kobieta i mężczyzna jakoś kalkulują. Jedni szukają drugiej połowy w bibliotece, inni w klubie. Co kto lubi. Zresztą nie mówię nikomu o tym wprost. Raz napisałam coś na forum. To mnie zlinczowali: „Te wieśniaczki przyjeżdżają do dużego miasta i zabierają nam pracę i facetów”. Myślę, że zdesperowani dziś są wszyscy i na wsi i w mieście.
Dziewczyny z miasta nie wychodzą za mąż, wolą być singielkami, dopiero potem, gdy dobijają czterdziestki stwierdzają, że to już nie jest modne i zdesperowane rozglądają się za facetami. I wtedy chciałyby rodzinę i dzieci, ale jest trudniej. Ja chcę wszystko przed trzydziestką, byle nie w swoim mieście, nie z tamtymi facetami, nie z tamtymi sąsiadami. Wydaje się, że to tylko półtorej godziny od miasta, a mentalność już inna. Gdy wracam do domu wieczorem, to jakbym wracała do Trzeciego Świata.
Rodzice zaczynają tracić cierpliwość, dziewczyna w moim wieku (27 lat) już przecież powinna wyjść za mąż, mieć dzieci. Ja chce bardzo, ale nie tam, tylko tutaj. To nie jest polowanie na męża, ale jak inaczej rozwiązać moją sytuację? 100 lat temu najważniejsze dla kobiety było „znaleźć dobrą partię”. Mam wrażenie, że dziś jest podobnie. I tu nawet nie chodzi o to, żeby ktoś był bogaty, tylko o to, żeby miał inną mentalność, był ambitny, chciał od życia czegoś więcej niż piwa w piątek wieczorem. Nie chcę chłopaka ze wsi, który czeka na cud i zapomogę, ale kogoś, z kim mogłabym razem budować przyszłość, razem moglibyśmy zdobywać świat. Samej jest trudno. Nie mam nic do ludzi mieszkających w małych miejscowościach, ale ja już tak nie chcę. Mój cel, to wyjść za mąż, czy to źle? Bo jaką mam alternatywę? Zestarzeć się z rodzicami? Wyjść za syna właściciela tutejszego lombardu i rodzić mu dzieci?
Kobiety w mieście o tym nie myślą. Dla nich to oczywiste, że gdzieś jest jakiś facet dla nich. My z małych miasteczek i wsi, jeśli jesteśmy ambitne, mamy trudniej. Problem w tym, że kompleksy też większe.