
Olivier Janiak - znany i lubiany prezenter telewizyjny. Od 2001 roku prowadzi autorski program "Co za tydzień?", jest również twórcą ukazującego się już od 10 lat Kalendarza Dżentelmeni, którego dochód ze sprzedaży przeznaczany jest na cele charytatywne. Prywatnie mąż modelki Karoliny Malinowskiej i szczęśliwy tata.
REKLAMA
Agnieszka Moczyróg: Masz trzech synów. Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że wychowanie takiej gromadki to nie lada wyzwanie i obciążenie. Z perspektywy czasu, jaki wiek dziecka jest według Ciebie dla rodziny najtrudniejszy i najbardziej obciążający?
Olivier Janiak: Jesteśmy dopiero na początku drogi wychowawczej i zanim z tego małego brzdąca wyrośnie człowiek o określonych wartościach czeka nas długa droga. Na razie mamy system opieki i wskazówek. Mam takie poczucie jako rodzic, że poza miłością i opieką my niewiele jesteśmy w stanie dzieciom zaoferować. Mamy bowiem niewielki wpływ na to, jakimi ludźmi będą w przyszłości. Ja ze swoimi synami spędzam godzinę rano i dwie, trzy godziny wieczorem. Przez 8 godzin, a czasami więcej moje dzieci są pod wpływem ludzi, których ja kompletnie nie znam. I nie chodzi mi o nauczycieli, których można zweryfikować, o ludzi, których można poznać, polubić i być z nimi w kontakcie, ale o całe środowisko dziecięce, które towarzyszy im w przedszkolu i szkole. Bo to właśnie tam uczą się życia. W domu dostają zaplecze i dużą dawkę miłości. Nie mam jednak złudzeń, że mój realny wpływ na ich wychowanie będzie ograniczony, nazwałbym go nawet ramowym. Kiedy zastanawiam się nad tym, co ja sam wyniosłem z domu to poza podstawowymi elementami jak miłość, poczucie bezpieczeństwa, ciepła i stabilności niewiele przychodzi mi do głowy.

Z doświadczeń, które już mam wiem, że najtrudniejszy jest moment, kiedy pojawia się pierwsze dziecko i nie tylko dlatego, że masz ograniczoną ilość snu. Musisz wszystkiego się nauczyć i nie zdajesz sobie sprawy z czym masz do czynienia. Musisz opiekować się tym malcem, które potrzebuje Twojej nieustannej troski. Jest bezbronny, a Ty musisz być jego supportem. Najgorszy jest lęk, który towarzyszy tym nieznanym momentom. Pamiętam wiele nieprzespanych nocy, kiedy czuwałem nad łóżkiem, z uchem nad ustami Fryderyka, żeby sprawdzić czy przypadkiem jakiś element śmierci łóżeczkowej nam nie grozi bo naczytaliśmy się w przeróżnych książkach o dziesiątkach zagrożeń. W tej panice trwasz kilka miesięcy, aż do momentu, kiedy rozumiesz już, że to małe dzieciątko wcale nie jest tak łatwo popsuć.
Dokładnie tak samo jest z miłością, która rodzi się do dziecka. Bo o ile jestem w stanie zrozumieć, że u kobiety jest to bardziej naturalny proces to u ojca jest on bardziej mentalny. Dostajesz nagle małe zawiniątko, z którym kompletnie nie wiesz co zrobić. Jesteś sam, żona gdzieś tam pokrojona leży, zawożą tego dzieciaka do innych „kurczaczków”, które leżą w tych plastikowych naczynkach i myślisz sobie: Boże, co ja mam zrobić? Jak mam się tutaj odnaleźć? My tej miłości, obsługi dziecka, wzajemnej relacji uczymy się z każdą chwilą. Najpierw są Twoje opiekuńcze ramiona, umiejętność przewijania, karmienia, podgrzania pokarmu w określony sposób i tej całej podstawowej opieki. Później są pierwsze gesty, pierwsze uśmiechy, uściski, rozmowy. No i wreszcie facet wymięka, kiedy pierwszy raz słyszy od dziecka: „tato kocham cię”.
Czego chciałbyś nauczyć swoich synów?
Przede wszystkim partnerstwa. Pomagam im we wszystkim w czym mogę, na każdym etapie. Tam gdzie powinienem ich wyręczyć to wyręczam, a tam gdzie powinienem ich angażować w życiowe sytuacje to właśnie to robię. Są w rodzicielstwie cudne momenty, które są oddechem, świeżą bryzą, kiedy Twoje dziecko ma już 4 lata i staje się Twoim partnerem, z którym możesz już dyskutować i budować prawdziwą relację. We współczesnym świecie nie wystarczy tylko być ojcem, którego jedynym zadaniem jest zapewnienie rodzinie bytu. Trzeba być partnerem. Bo tylko wtedy utrzymasz tę piękną relację na długie lata, zwłaszcza w tych najtrudniejszych momentach dojrzewania. Kiedy pojawia się pierwsze dziecko, zajmuje całą Twoją uwagę.
Przede wszystkim partnerstwa. Pomagam im we wszystkim w czym mogę, na każdym etapie. Tam gdzie powinienem ich wyręczyć to wyręczam, a tam gdzie powinienem ich angażować w życiowe sytuacje to właśnie to robię. Są w rodzicielstwie cudne momenty, które są oddechem, świeżą bryzą, kiedy Twoje dziecko ma już 4 lata i staje się Twoim partnerem, z którym możesz już dyskutować i budować prawdziwą relację. We współczesnym świecie nie wystarczy tylko być ojcem, którego jedynym zadaniem jest zapewnienie rodzinie bytu. Trzeba być partnerem. Bo tylko wtedy utrzymasz tę piękną relację na długie lata, zwłaszcza w tych najtrudniejszych momentach dojrzewania. Kiedy pojawia się pierwsze dziecko, zajmuje całą Twoją uwagę.
Kiedy pojawia się drugie to okazuje się, że już aż tak nie absorbuje – wiemy już przecież jak je obsłużyć. Kiedy natomiast pojawia się trzecie dziecko to siada cała logistyka bo miłości nam nie zabraknie, ale cierpliwości i czasu owszem. Nie ma co ukrywać – rodzicielstwo jest tak samo piękne, jak trudne. Rodzicielstwo jest nadzieją, która i tak jest skazana na porażkę. Bo te nasze dzieci, bez względu na to jakimi będziemy dla nich partnerami i tak kiedyś przez jakąś część swojego życia nie będą się nami przejmować bo będą zajmować się swoim życiem. To co staram się dzisiaj robić to budowanie partnerstwa z moim synami. Żeby oni zawsze wiedzieli, że jestem ich starszym, bardziej świadomym kumplem i że każda moja życiowa rada nie wynika z tego że ja wiem lepiej, tylko z tego, że ja chcę dla nich lepiej niż oni są w stanie teraz to sobie wyobrazić.
Twój najstarszy syn poszedł do szkoły w wieku 6 lat. Dlaczego podjęliście taką decyzję?
Nasz syn jest wyjątkowo błyskotliwy i inteligentny, jest zdolnym chłopakiem i nie jest to wiara nadmuchanych jakąś narcystyczną do swoich dzieci miłością, a czysta obserwacja. Obserwacja, którą potwierdziliśmy u jego przedszkolnych wykładowców i na zajęciach próbnych w szkole. Najlepszym dowodem na to, że była to słuszna decyzja jest to, że Fryderyk doskonale radzi sobie w szkole. Czytać nauczył się już w przedszkolu, więc posłanie go do zerówki byłoby skazaniem go na rok nudy.
Nasz syn jest wyjątkowo błyskotliwy i inteligentny, jest zdolnym chłopakiem i nie jest to wiara nadmuchanych jakąś narcystyczną do swoich dzieci miłością, a czysta obserwacja. Obserwacja, którą potwierdziliśmy u jego przedszkolnych wykładowców i na zajęciach próbnych w szkole. Najlepszym dowodem na to, że była to słuszna decyzja jest to, że Fryderyk doskonale radzi sobie w szkole. Czytać nauczył się już w przedszkolu, więc posłanie go do zerówki byłoby skazaniem go na rok nudy.

Często pojawia się komentarz, że posłanie dziecka do szkoły w wieku 6 lat to odbieranie mu dzieciństwa
To Bullshit. Dzisiaj dzieci atakowane są tak ogromną masą bodźców ze świata, że chłoną rzeczywistość dynamiczniej niż my kilkadziesiąt lat temu. Dzieciaki są teraz o wiele bardziej otwarte, co potwierdzają liczby. Aż w 26 europejskich krajach posyła się dzieci do szkoły w wieku 6 lat, a dzieci w Wielkiej Brytanii do pierwszej klasy idą, gdy mają lat 5. Wielu rodziców tu w Polsce odracza ten moment z niezrozumiałych dla mnie powodów. Czasem rodzice wysuwają też komentarz, że szkoły nie są do tego przygotowane, co moim zdaniem nie jest prawdą.
To Bullshit. Dzisiaj dzieci atakowane są tak ogromną masą bodźców ze świata, że chłoną rzeczywistość dynamiczniej niż my kilkadziesiąt lat temu. Dzieciaki są teraz o wiele bardziej otwarte, co potwierdzają liczby. Aż w 26 europejskich krajach posyła się dzieci do szkoły w wieku 6 lat, a dzieci w Wielkiej Brytanii do pierwszej klasy idą, gdy mają lat 5. Wielu rodziców tu w Polsce odracza ten moment z niezrozumiałych dla mnie powodów. Czasem rodzice wysuwają też komentarz, że szkoły nie są do tego przygotowane, co moim zdaniem nie jest prawdą.
Nasz syn chodzi do publicznej szkoły, która na przyjęcie 6-latków przygotowała się świetnie. Pierwsze 3 lata dziecka w szkole są okresem inkubacyjnym. Opóźniając pójście do szkoły naszych dzieci robimy im krzywdę. Kiedy one pójdą rok później do szkoły, to ich koledzy z przedszkola będą już w zupełnie innych relacjach społeczno-towarzyskich, będą na zupełnie innym poziomie, a ich koledzy będą dla nich niedoścignionym wzorem i powodem kompleksów. Więc może warto zadać sobie pytanie, czy aby nie przesadzamy? Może warto posłać dziecko do szkoły i sprawdzić, czy sobie poradzi. Zawsze można ten krok po prostu cofnąć.
Słyszałam, że w dość oryginalny sposób wyraziłeś uczucie do żony i dzieci. Masz tatuaż na nadgarstku z ich inicjałami zapisanymi w alfabecie Morse’a
Wszystko wyszło spontanicznie. Robiliśmy w Soho Factory w studio tatuażu WarSawINK sesję do najnowszego Kalendarza Dżentelmeni. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem cudowną ekipę tatuażystów. Na 5 stanowiskach niczym w kolorowym tatuażowym szpitalu leżeli pacjenci, których uleczano wzorami. Przed laty obiecałem sobie, że zrobię tatuaż gdy będę miał kaloryfer na brzuchu. A że w moim poczuciu estetyki nie ma nic gorszego niż starzejące się wytatuowane ciało to odkładałem to w czasie. Kiedy nagle jedna z tatuażystek mówi: „Dawaj, coś zrobimy”. Dlaczego alfabet Morse’a? Sięgnąłem pamięcią do swojego dzieciństwa, do harcerstwa i pomyślałem: „Jak już robić tatuaż to jakiś nieoczywisty”. Ten tatuaż wiąże to miejsce, moją rodzinę i idee kalendarza. Bo ona mówi w tym roku o tym co w życiu najważniejsze.
Wszystko wyszło spontanicznie. Robiliśmy w Soho Factory w studio tatuażu WarSawINK sesję do najnowszego Kalendarza Dżentelmeni. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem cudowną ekipę tatuażystów. Na 5 stanowiskach niczym w kolorowym tatuażowym szpitalu leżeli pacjenci, których uleczano wzorami. Przed laty obiecałem sobie, że zrobię tatuaż gdy będę miał kaloryfer na brzuchu. A że w moim poczuciu estetyki nie ma nic gorszego niż starzejące się wytatuowane ciało to odkładałem to w czasie. Kiedy nagle jedna z tatuażystek mówi: „Dawaj, coś zrobimy”. Dlaczego alfabet Morse’a? Sięgnąłem pamięcią do swojego dzieciństwa, do harcerstwa i pomyślałem: „Jak już robić tatuaż to jakiś nieoczywisty”. Ten tatuaż wiąże to miejsce, moją rodzinę i idee kalendarza. Bo ona mówi w tym roku o tym co w życiu najważniejsze.

Ze swoją żoną jesteś już od 12 lat. Twoja recepta na udany związek? Jesteście osobami publicznymi więc oboje stale jesteście na przysłowiowym świeczniku
Jeśli decydujesz się na to, aby wykonywać taki zawód to masz świadomość, że ludzie będą o Tobie pisać. Jeśli dasz im palec, będą chcieli wziąć rękę. Na szczęście, teraz są takie możliwości, że możesz sam sterować informacjami, które są wypuszczane. Mieliśmy taką sytuację z jednym z tabloidów, który wylał na nas falę zupełnie bezpodstawnego hejtu, więc można było odnieść się do tego za pomocą mediów społecznościowych, albo skończyć to w sądzie – i tak w tym przypadku się dzieje. Takie rzeczy absolutnie nie wpływają na relacje między nami. Podstawą jest rozmowa. I oczywiste jest, że na przestrzeni lat różne rzeczy w życiu się zdarzały i czasem motyle w brzuchu idą w pięty, czasem coś nas boli, swędzi, ale takie jest życie. Moja żona żartuje bardzo słusznie mówiąc: po co mam szukać czegoś nowego skoro po dwóch latach skarpety będą śmierdzieć tak samo.
Jeśli decydujesz się na to, aby wykonywać taki zawód to masz świadomość, że ludzie będą o Tobie pisać. Jeśli dasz im palec, będą chcieli wziąć rękę. Na szczęście, teraz są takie możliwości, że możesz sam sterować informacjami, które są wypuszczane. Mieliśmy taką sytuację z jednym z tabloidów, który wylał na nas falę zupełnie bezpodstawnego hejtu, więc można było odnieść się do tego za pomocą mediów społecznościowych, albo skończyć to w sądzie – i tak w tym przypadku się dzieje. Takie rzeczy absolutnie nie wpływają na relacje między nami. Podstawą jest rozmowa. I oczywiste jest, że na przestrzeni lat różne rzeczy w życiu się zdarzały i czasem motyle w brzuchu idą w pięty, czasem coś nas boli, swędzi, ale takie jest życie. Moja żona żartuje bardzo słusznie mówiąc: po co mam szukać czegoś nowego skoro po dwóch latach skarpety będą śmierdzieć tak samo.
W którymś momencie stajemy się leniwi. Nie chcemy ryzykować, że stracimy to wszystko co udało nam się zbudować dla chwili szaleństwa czy słabości. Lepiej starać się znajdować w życiu rzeczy, które są przyjemne. Prawda jest też taka, że przy trójce dzieci nie masz dużo czasu dla siebie i takie momenty, że mogę sam pobyć z żoną są wyrwane z życiowego kontekstu i muszą być planowane odpowiednio wcześnie. Zostawienie trójki dzieci komukolwiek jest hardcorem, nawet jeśli są to dwie osoby. Ja po całym dniu z trójką moich facetów choć kocham ich jak cholera, mam ochotę strzelić sobie w głowę, albo przynajmniej strzelić butelkę Jacka Danielsa.
W wywiadzie dla 20m2 Łukasza powiedziałeś: „Głęboko wierzę, że tyle jesteśmy warci, ile nas sprawdzono, jak mówi Szymborska, ale tylko w jednym kontekście: robienia czegoś dla innych”. Kto jest dziś w Polsce dla Ciebie modelowym wzorem osoby, która dużo dla całego społeczeństwa, a może dla poszczególnych jednostek zrobiła?
Takich osób jest wiele, a wśród nich nie sposób nie wymienić Janiny Ochojskiej i Jurka Owsiaka. Jest również ksiądz Jan Kaczkowski, którego obserwowałem jedynie w mediach. Sam jest chory na raka i prowadzi hospicjum w Pucku. Dla mnie jest mistrzem świata. Cudowną osobą jest również Monika Bajka, która odpowiada za Dom Aniołów Stróżów w Katowicach. Poznałem ją prowadząc imprezę i widziałem jaką ma cudowną energię do opieki nad dzieciakami z biednych rodzin. Systematycznie, od czasu gdy ich poznaliśmy, przeznaczamy dla nich część pieniędzy z Kalendarza, bo to są najlepiej wydane pieniądze, o czym wiem post factum. Kolejną osobą jest Aleksandra Włodarczyk prowadząca w Krakowie Fundację Hipoterapia. Mała, drobniutka kobieta, która ma totalną energię. Taką samą osobą była Magda Prokopowicz, założycielka Fundacji Rak’n’Roll. To są ci wszyscy ludzie z pasją, którzy nie pomagają dla popularności, ale dla drugiego człowieka..
Takich osób jest wiele, a wśród nich nie sposób nie wymienić Janiny Ochojskiej i Jurka Owsiaka. Jest również ksiądz Jan Kaczkowski, którego obserwowałem jedynie w mediach. Sam jest chory na raka i prowadzi hospicjum w Pucku. Dla mnie jest mistrzem świata. Cudowną osobą jest również Monika Bajka, która odpowiada za Dom Aniołów Stróżów w Katowicach. Poznałem ją prowadząc imprezę i widziałem jaką ma cudowną energię do opieki nad dzieciakami z biednych rodzin. Systematycznie, od czasu gdy ich poznaliśmy, przeznaczamy dla nich część pieniędzy z Kalendarza, bo to są najlepiej wydane pieniądze, o czym wiem post factum. Kolejną osobą jest Aleksandra Włodarczyk prowadząca w Krakowie Fundację Hipoterapia. Mała, drobniutka kobieta, która ma totalną energię. Taką samą osobą była Magda Prokopowicz, założycielka Fundacji Rak’n’Roll. To są ci wszyscy ludzie z pasją, którzy nie pomagają dla popularności, ale dla drugiego człowieka..

Już po raz dziesiąty wydany zostanie Kalendarz Dżentelmeni. W jaki sposób prowadzicie tak duży projekt?
Tworząc kalendarz wszyscy, którzy przy nim pracujemy mamy poczucie że robimy coś pożytecznego. Budujemy całą dystrybucję i przez pół roku prowadzimy przedsiębiorstwo, które zarabia pieniądze dla potrzebujących. Ci wszyscy znani i lubiani, których zdjęcia oglądać można w Kalendarzu, dają to czego mają najwięcej: swoją popularność, rozpoznawalność, siłę i trochę czasu. Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba przestać myśleć tylko o sobie i zacząć myśleć o innych. Od prostych gestów, od zwykłej uprzejmości nawiązują się później znajomości z których może wynikać jakiś dobry element współpracy.
Tworząc kalendarz wszyscy, którzy przy nim pracujemy mamy poczucie że robimy coś pożytecznego. Budujemy całą dystrybucję i przez pół roku prowadzimy przedsiębiorstwo, które zarabia pieniądze dla potrzebujących. Ci wszyscy znani i lubiani, których zdjęcia oglądać można w Kalendarzu, dają to czego mają najwięcej: swoją popularność, rozpoznawalność, siłę i trochę czasu. Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba przestać myśleć tylko o sobie i zacząć myśleć o innych. Od prostych gestów, od zwykłej uprzejmości nawiązują się później znajomości z których może wynikać jakiś dobry element współpracy.
Przez te prawie 10 lat istnienia Kalendarza, wygenerowaliśmy 8 mln złotych, które przekazane zostały rozmaitym fundacjom. O tym, do których fundacji trafią pieniądze decydują bohaterowie Kalendarza. My de facto tworzymy platformę do pomagania. Przy tworzeniu Kalendarza spełniam się artystycznie. Nigdy sam jako piosenkarz, muzyk, artysta czegoś takiego bym nie stworzył. Ale mogę nagrać swoją płytę z muzyką, którą kocham i mieć poczucie, że złotą czy platynową mogę powiesić sobie na ścianie. I to jest taki rodzaj spełnienia artystycznego. Realizuję swoją koncepcję z ludźmi, którzy chcą pomagać, ale przede wszystkim jest to element spełnienia ludzkiego w wymiarze pomagania i integrowania ludzi. W tym roku mamy parę, która publicznie jest uważana za taką, która delikatnie rzecz ujmując nie lubi się. Dla kalendarza zrobili wyjątek. Spotkali się, podali sobie ręce, uśmiechali się i są razem na fotografii. I to są takie właśnie moje małe ludzkie sukcesy.
Dlaczego pomaganie jest fajne?
W pomaganiu chodzi o to, aby tak zorganizować rzeczywistość ludzi i tak ją zainicjować, aby nikt nie musiał dawać czegoś czego nie ma, albo z czym trudno mu się rozstać. Więc jeśli nawet któryś z naszych partnerów daje nam pieniądze, to z powodu darowizny, którą przekazuje ma odpis podatkowy więc de facto nic go to nie kosztuje. Po pierwszej edycji, kiedy zebraliśmy pieniądze, ja, Piotrek Adamczyk, Maciek Zakościelny i Paweł Małaszyński pojechaliśmy rozdawać dzieciom zakupione buty. I wtedy przeżyliśmy szok. Trafiliśmy do domu, w którym mieszkało ośmioro dzieci i dwoje rodziców na 30 m2. Gdy jedno dziecko szło do szkoły to drugie zostawało w domu bo nie miało butów. I tak na zmianę. Gdy te dzieci je od nas otrzymały, popłakały się z radości. To były pierwsze nowe buty, które dostały w swoim życiu.
W pomaganiu chodzi o to, aby tak zorganizować rzeczywistość ludzi i tak ją zainicjować, aby nikt nie musiał dawać czegoś czego nie ma, albo z czym trudno mu się rozstać. Więc jeśli nawet któryś z naszych partnerów daje nam pieniądze, to z powodu darowizny, którą przekazuje ma odpis podatkowy więc de facto nic go to nie kosztuje. Po pierwszej edycji, kiedy zebraliśmy pieniądze, ja, Piotrek Adamczyk, Maciek Zakościelny i Paweł Małaszyński pojechaliśmy rozdawać dzieciom zakupione buty. I wtedy przeżyliśmy szok. Trafiliśmy do domu, w którym mieszkało ośmioro dzieci i dwoje rodziców na 30 m2. Gdy jedno dziecko szło do szkoły to drugie zostawało w domu bo nie miało butów. I tak na zmianę. Gdy te dzieci je od nas otrzymały, popłakały się z radości. To były pierwsze nowe buty, które dostały w swoim życiu.
Pomagać warto nie tylko dla uśmiechu, który wraca do człowieka. Ja mam takie poczucie, że mi się w życiu udaje. Choć nie wszystkie moje marzenia się spełniły, nie wszystkie plany zawodowe udało mi się zrealizować, to i tak uważam, że jestem szczęściarzem. Pochodzę z miasta, z którego droga do Warszawy wydaje się długa i kręta, a mimo tego udało mi się. Mam fantastyczną pracę, zdrową rodzinę, mam na bułki i mogę zjeść śniadanie w restauracji nie zastanawiając się czy wystarczy mi na prąd. Fajnie jest więc podzielić się tą swoją energią i każdy z nas, bez względu na to czy jest chłopcem z telewizji czy nie, uśmiechem jest w stanie otworzyć wiele drzwi. Drzwi, z których może wypłynąć określone dobro skierowane do określonych ludzi i ja w to głęboko wierzę.
Angażujesz się w wiele akcji charytatywnych. Ostatnio dołączyłeś do akcji Pampers i UNICEF, którzy świętując 10. rocznicę współpracy mają wspólny cel: wyeliminowanie tężca noworodkowego na całym świecie. Dlaczego zdecydowałeś się dołączyć do akcji?
Akcja UNICEF-u i Procter & Gamble jest po prostu fantastyczna. Kupując w Polsce paczkę pieluch Pampers, kupujemy jedną szczepionkę, która ratuje życie. Szczepionkę, którą kobietę w ciąży albo niemowlę można zaszczepić i uratować im życie. I wielu krajach na świecie, aż 17 – już się to udało. Udało się wyeliminować tężec. Aż 40 proc. kobiet w Angoli rodzi dzieci w domu, na klepisku i same odcinają sobie pępowinę. W najlepszym wypadku czystą żyletką, w najgorszym – niewysterylizowanym czymś. Tężec ma więc ogromne żniwo. Co 11 minut na tężec umiera dziecko, a wyeliminowanie tej choroby wydaje się takie proste. Często nie zdajemy sobie sprawy, że takie proste rzeczy jak zakup pieluch podczas trwania akcji może uratować komuś życie.
Czego spodziewałeś się jadąc do Angoli? Czy coś Cię zaskoczyło?
Jadąc do Angoli obawiałem się, że to co widać na zdjęciach, to co znam z programów telewizyjnych będzie dalekie od tego co poczuję na własnej skórze. Moje obawy okazały się uzasadnione. Jak lądujesz w Luandzie i nagle dojeżdżasz do slumsów, które już gdzieś tam kiedyś widziałeś, wydaje Ci się, że będzie OK, że nic Cię nie zaskoczy. Będąc niby przygotowanym na to co może Cię tam spotkać, trafiasz do pierwszego miejsca, którym jest wielki bazar, który jest jednym wielkim klepiskiem pozbawionym zieleni, zakurzonym totalnie, otoczonym przez ciągnące kilometrami elementy, których my Europejczycy dostarczyliśmy im w nadmiarze, czyli blachę falistą.
Jadąc do Angoli obawiałem się, że to co widać na zdjęciach, to co znam z programów telewizyjnych będzie dalekie od tego co poczuję na własnej skórze. Moje obawy okazały się uzasadnione. Jak lądujesz w Luandzie i nagle dojeżdżasz do slumsów, które już gdzieś tam kiedyś widziałeś, wydaje Ci się, że będzie OK, że nic Cię nie zaskoczy. Będąc niby przygotowanym na to co może Cię tam spotkać, trafiasz do pierwszego miejsca, którym jest wielki bazar, który jest jednym wielkim klepiskiem pozbawionym zieleni, zakurzonym totalnie, otoczonym przez ciągnące kilometrami elementy, których my Europejczycy dostarczyliśmy im w nadmiarze, czyli blachę falistą.
To jest chyba jedyna dobra rzecz, którą im daliśmy, która przy okazji jest ich największym przekleństwem bo oni poza tą blachę falistą w większości nie wychodzą. Z jednej strony masz więc piękne, budowane z artystyczną wizją osiedla, a tuż obok ciągnące się kilometrami slumsy – bez numerów, bez nazw ulic, bez adresów. Za to z wszech obecnym syfem. Wszędzie dokoła walają się śmieci, których nikt nie wywozi bo po prostu nie ma systemu utylizacji, więc w tym śmietniku żyją tysiące ludzi.
Co robiliście w Luandzie?
Odwiedzaliśmy różne ośrodki medyczne by zobaczyć jak są realizowane szczepienia przeciwtężcowe ufundowane z środków zebranych w ramach akcji "1 paczka = 1 ratująca życie szczepionka". Jednym z takich ośrodków był Mobilny Punkt Medyczny - trafiliśmy na bazar, gdzie rozstawione były cztery namioty.
Odwiedzaliśmy różne ośrodki medyczne by zobaczyć jak są realizowane szczepienia przeciwtężcowe ufundowane z środków zebranych w ramach akcji "1 paczka = 1 ratująca życie szczepionka". Jednym z takich ośrodków był Mobilny Punkt Medyczny - trafiliśmy na bazar, gdzie rozstawione były cztery namioty.
Ten moment, kiedy wysiadasz z samochodu i widzisz rozstawione polowe szpitale, uderza cie nagle fala gorąca i fala ciekawskich dzieci, dla których Ty z innym kolorem skóry jesteś jakimś rodzajem ciekawostki. I nie chcesz wysiąść z tego samochodu bo do końca nie wiesz jak się zachować. Co tym ludziom możesz powiedzieć? Możesz sobie z nimi zrobić zdjęcie? Ale przecież dla tych ludzi telefon, który trzymasz w ręce to roczne utrzymanie. I mimo że chcesz uwiecznić ten moment, czujesz się niezręcznie bo widzisz tragizm tej sytuacji. W pierwszej chwili nie wiedziałem jak się zachować w stosunku do tych dzieci. Mimo że mam ogromną łatwość nawiązywania kontaktu z najmłodszymi to byłem zblokowany. Bo co ja tym dzieciom mogę dać?
I pomyślałem, że jedyne co mogę zostawić to takie wspomnienie ciepłego, sympatycznego faceta, który się z nimi bawi, przytula je, który po minucie przestaje myśleć, że ich dotyk, bliskość to tysiące bakterii i zarazków. To co jest niezwykłe to to, że te dzieci potrzebują atencji, zainteresowania. Potrzebują dokładnie tego samego, czego potrzebują nasze dzieci: zainteresowania. Czułości, ciepła. Zwykła zabawa żółwik, beczka i piąteczka i po 30 sekundach bawiło się ze mną 150 dzieci.
Czy jakaś sytuacja z Angoli szczególnie zapadła Ci w pamięci?
Rozmawiałem z jednym z ojców zamieszkujących slumsy i pytam go, jakie jest jego marzenie. Powiedział, że chciałby zbudować dom dla swojej rodziny. Ja pod wpływem wszystkich silnych emocji, nie zważając na konwenanse pytam się go ile kosztuje taki dom. W odruchu serca chciałem mu to sfinansować ale pomaganie wybranym byłoby drogą na skróty. Trzeba umieć pomagać. U nas w Polsce pomaganie jest zdecydowanie łatwiejsze. Wystarczy otworzyć serce i rozejrzeć się. Brzmi to banalnie, ale tak właśnie jest. Robię dobre rzeczy, jestem tego świadomy, pomogłem wielu osobom, robię to i będę robił dalej. W taki czy inny sposób.
Rozmawiałem z jednym z ojców zamieszkujących slumsy i pytam go, jakie jest jego marzenie. Powiedział, że chciałby zbudować dom dla swojej rodziny. Ja pod wpływem wszystkich silnych emocji, nie zważając na konwenanse pytam się go ile kosztuje taki dom. W odruchu serca chciałem mu to sfinansować ale pomaganie wybranym byłoby drogą na skróty. Trzeba umieć pomagać. U nas w Polsce pomaganie jest zdecydowanie łatwiejsze. Wystarczy otworzyć serce i rozejrzeć się. Brzmi to banalnie, ale tak właśnie jest. Robię dobre rzeczy, jestem tego świadomy, pomogłem wielu osobom, robię to i będę robił dalej. W taki czy inny sposób.
Mówią, że podróże kształcą :) Jakie były Twoje wnioski i przemyślenia po wyjeździe z Angoli?
Wyjeżdżałem stamtąd z poczuciem ulgi, bo to co widziałem i historie, które usłyszałem, że kobieta rodziła przez wiele godzin na klepisku i nikt nie słyszał jej krzyku, czy opowieść matki, która straciła dziecko bo nie miała szczepionki przeciw tężcowi, przeraziły mnie. Z poczuciem ulgi wsiadałem do samolotu, cieszyłem się, że wracam do cywilizacji bo przeraziła mnie niemoc. Choć wiem jak wiele potrafię zdziałać tutaj w Polsce dla innych, tam moje umiejętności niewiele znaczą. Warto więc poznawać świat by spojrzeć z szerszej perspektywy wówczas łatwiej zrozumieć, że my, mimo wielu niedoskonałości i wadliwych działań systemu jesteśmy szczęściarzami i możemy być dumni z tego, co przez ostatnie 26 lat się u nas wydarzyło. My Polacy potrafimy wziąć sprawy w swoje ręce. Oby nam tylko nie przeszkadzali.
Wyjeżdżałem stamtąd z poczuciem ulgi, bo to co widziałem i historie, które usłyszałem, że kobieta rodziła przez wiele godzin na klepisku i nikt nie słyszał jej krzyku, czy opowieść matki, która straciła dziecko bo nie miała szczepionki przeciw tężcowi, przeraziły mnie. Z poczuciem ulgi wsiadałem do samolotu, cieszyłem się, że wracam do cywilizacji bo przeraziła mnie niemoc. Choć wiem jak wiele potrafię zdziałać tutaj w Polsce dla innych, tam moje umiejętności niewiele znaczą. Warto więc poznawać świat by spojrzeć z szerszej perspektywy wówczas łatwiej zrozumieć, że my, mimo wielu niedoskonałości i wadliwych działań systemu jesteśmy szczęściarzami i możemy być dumni z tego, co przez ostatnie 26 lat się u nas wydarzyło. My Polacy potrafimy wziąć sprawy w swoje ręce. Oby nam tylko nie przeszkadzali.
Więcej informacji o akcji www.UNICEF.pl
