matka wybrała karierę zamiast dzieci
"Bywało, że całymi tygodniami nie widziałam dzieci i męża. Nie było mnie przy nich, gdy świętowały drugie i trzecie urodziny. O czwartych zapomniałam" fot. Juan Pablo Serrano Arenas/Pexels

Mam na imię Dorota. Mam 36 lat. Mam pracę, o której marzy wielu. Do niedawna miałam też rodzinę.

REKLAMA
Dorota to prawdziwa bizneswoman. Idealnie skrojona garsonka, delikatny makijaż i włosy ułożone tak, jakby wyszły przed chwilą spod ręki fryzjera. W dużej międzynarodowej korporacji pracuje już od 10 lat. Zaczynała jak większość, od darmowych praktyk. Dziś mówią na nią "stara wyjadaczka".
– Gdybym chciała wpisać się w tradycyjny schemat, musiałabym powiedzieć, że pochodzę z biednej rodziny i zapie*rzałam dzień i noc, bo chciałam osiągnąć coś więcej niż moi rodzice. Zgadza się jedynie to, że na swój sukces zapracowałam sama. Moi rodzice prowadzą dobrze prosperującą firmę, nigdy niczego mi nie brakowało, ale nauczono mnie też, że do wszystkiego dojść trzeba ciężką pracą. Sukces smakuje wtedy najlepiej – opowiada Dorota.
W jej nie za dużym, ale przytulnie urządzonym gabinecie w warszawskim Mordorze, na idealnie uporządkowanym biurku, w srebrnej ramce stoi zdjęcie. Chłopiec i dziewczynka – podobni jak dwie krople wody. Bliźniaki? – Bliźniaki. Zośka i Wojtek to prawdziwe łobuziaki. Tydzień temu świętowali swoje siódme urodziny. Mam tu gdzieś schowany dla nich prezent, najbliższą sobotę spędzimy razem.

Wybrałam karierę

Dorota jeszcze do niedawna miała wszystko. Męża, dzieci, świetną pracę. Teraz ma tylko świetną pracę. Z mężem rozwiodła się trzy lata temu, a dzieci widuje co drugi weekend, jeśli oczywiście jest wtedy w kraju.
– Chcesz pewnie wiedzieć, jak do tego doszło? – pyta mnie Dorota. Kiwam nieśmiało głową, bo widzę, że jej oczy zrobiły się jakby bardziej szkliste. – Po prostu. Wybrałam karierę. W sumie na początku nie miałam wyboru. Wiem, że w tym, co robię, jestem dobra, ale wiem też, że jestem tylko jednym z korpoludków, na miejsce którego czeka tysiąc innych korpoludków. Zarabiałam więcej niż mój mąż, więc aby utrzymać dom i rodzinę, to ja musiałam po porodzie wrócić do pracy. I wróciłam.
Służbowe wyjazdy to niemal codzienność. – Bywało, że całymi tygodniami nie widziałam dzieci i męża. Nie było mnie przy nich, gdy świętowały drugie i trzecie urodziny. O czwartych zapomniałam. Dasz wiarę? Zapomniałam o urodzinach własnych dzieci. A jeśli chodzi o małżeństwo, to istniało jedynie na papierze. O żadnej bliskości nie było już mowy. Szczerze mówiąc, nie było nawet kiedy. Jeśli byłam akurat w domu, zasypiałam po 5 minutach.
Rozwód był więc już tylko formalnością, na którą oboje się zgodzili. – Nie było żadnym awantur ani pretensji. Tomek od pewnego czasu spotykał się już z pewną kobietą, która dzisiaj dla Zosi i Wojtka jest ciocią Anią – opowiada Dorota.

Masz wybór

Rozwód za porozumieniem stron. O żadnym praniu brudów przed obcym facetem w todze mowy nie było. Majątek podzielony. Została tylko kwestia opieki nad dziećmi. – Tomek zaproponował, żeby Zosia i Wojtek jeden tydzień mieszkali ze mną, a drugi z nim. Wspaniały pomysł, prawda? Nieprawda. Nie dla mnie – mówi Dorota.
– Powiedzmy to sobie wprost: wybrałam karierę. Uwielbiam moją pracę i nie chciałam z niej rezygnować. Gdybym zgodziła się na opiekę naprzemienną, musiałabym szukać innego zajęcia. Powinnam teraz zacząć cię przekonywać, że kocham swoje dzieci?
– Nie musisz – odpowiadam.
– Wiesz, kocham je jak cholera, ale to Tomek wie, czy na śniadanie wolą omlet, czy płatki, czy wolą kolor niebieski, czy czerwony. Ja tego nie wiem. I bardzo się tego wstydzę.

Nie potępiajcie mnie

Dorota przyznaje, że nie miała szansy być prawdziwą matką. Ominęło ją ząbkowanie, pierwsze kroki i słowa. Pracowała od świtu do nocy. – Jeśli powiedziałabym Ci teraz, że robiłam to dla dzieci, pewnie parsknęłabyś śmiechem. I miałabyś rację. Prawda jest taka, że robiłam to dla siebie. O wiele lepiej czuje się w garsonce niż w dresach.

Nie jestem złą matką

Dorota każdy dzień zaczyna od rozmowy z dziećmi. Telefonicznej. Życzy im miłego dnia i zdradza jakie atrakcje czekają na nich przy najbliższym spotkaniu. Opłaca ich zajęcia pozalekcyjne i nie żałuje ani złotówki. - Powiesz teraz, że pieniądze to nie wszystko? Zgadzam się. Ale przyznaj, że znacznie ułatwiają życie – mówi Dorota.
Kiedy publicznie przyznała, że dzieci po rozwodzie mieszkają z ojcem, wylano na nią wiadro pomyj. "Co z ciebie za matka", "w ogóle nie powinnaś mieć dzieci", "powinni odebrać ci prawa rodzicielskie", słyszała Dorota.
-Kiedy zapytałam, dlaczego nie mówią tak o ojcach, którzy z dziećmi widują się raz w miesiącu, nabrali wody w ustach. Jest jakaś różnica? Ojciec jest jakby mniej ważny? Śmieszne. Wiesz, dla mnie najważniejsze jest to, że moje dzieci mnie kochają. I otwarcie to mówią. Chce dla nich jak najlepiej i jeśli trzeba by było – skoczyłabym za nimi w ogień. Nie chcę jednak rezygnować z siebie.
Kiedy zapytałam Dorotę, czy dziś podjęłaby inną decyzję, nie odpowiedziała.