
W ubiegły weekend Duża J miała swój pierwszy w życiu wyjazd na dwudniowy mini obóz harcerski. Kilkanaście kilometrów wędrówki z pieśnią na ustach, nocleg na karimatach w niewielkim ośrodku i własnoręcznie przygotowywane posiłki (czyt. kanapki). Brzmi fajnie - dla dziecka. Dla matki wiąże się to z wyobrażeniem potwornego mrozu w nocy, płaczem z tęsknoty biednych, małych dzieci i zapaleniem płuc wywołanym spaniem na podłodze. Podczas gdy ona cieszyła się z powodu wycieczki, ja starałam się odpędzić koszmarne wizje, które serwowała mi moja wyobraźnia. Oczywiście już w dniu jej wyjazdu żałowałam, że zgodziłam się na to...
- Nom...A mamo? Sikasz do wanny?
Pół godziny... Tylko o tyle prosiłam mojego M. Już przyzwyczaiłam się, że podczas korzystania z toalety Mała J bacznie mi się przygląda i próbuje zajrzeć między nogi . Opanowałam nawet umiejętność (przepraszam, że tak dosadnie) podcierania tyłka tak, by nie próbowała mi pomóc, ale ludzie! Raz na jakiś czas chciałabym się wykąpać bez dziwacznej akrobatyki w wannie! Kiedy ja uciekam od stałego monitoringu przez własne dzieci, życie przenosi się do łazienki w której akurat jestem i staje się ona na czas mojej kąpieli centralnym punktem w domu. Salą zabaw, której drzwi stoją otworem.
- Czemu ona jest taka mokra? - krzyknęłam do M, który walczył SAM (szczęściarz) ogarniając kuchnię.
- Czemu ona chodzi cała mokra i nie jest przebrana?
