Mamooo, a on mi zabrał zabawkę. Wcale nie, to nieprawda! POMOCY, Mediator potrzebny od ZARAZ!

Fot. Pixabay / mnanni / CC O Mediator potrzebny od zaraz
Uważam, zupełnie na poważnie, że każdej rodzinie posiadającej dwoje lub więcej dzieci powinien przysługiwać mediator z urzędu. Taki na etat. Dzwonisz i jest.

Niczym w filmach sensacyjnych. Kiedy wzięci są zakładnicy lub jeden z bohaterów chce popełnić samobójstwo. Jeden telefon i zjawia się ten, który potrafi przemówić do rozumu każdemu i rozwiązać każdy konflikt. Stanie odważnie między stronami i powie tyle wyświechtanych często frazesów, że każdy przy nich kapituluje i pragnie wypracować w końcu kompromis.

Już to widzę oczami wyobraźni. Krzyk z pokoju chłopców: - Oddawaj, to moje. Wcale nie, bo moje, a ja łapię za telefon, wykręcam numer i po chwili do drzwi puka ON. Wchodzi bez słowa. Udaje się tam, skąd dochodzą krzyki. Mija pięć minut i cisza… Uffff. Jak dobrze, że to nie ja musiałam wejść w samo tornado toczącego się na śmierć i życie konfliktu. A on wychodzi (teraz widzę jaki jest przystojny i nerwowo poprawiam włosy), rzuca pełne zrozumienia spojrzenie i uśmiecha się lekko. Nie, nie zostanie na kawie, bo musi pędzić do sąsiadki spod dwunastki… No tak tam trójka chłopców.

Eh, rozmarzyłam się. Do rzeczywistości jak zawsze przywołuje mnie: — Mamo-oooooo a on mi zabiera książkę, a ja właśnie chciałem ją czytać! Czuję jak ciśnienie podnosi mi się pod same cebulki włosów. Raz, dwa, trzy. Mój mózg wchodzi na wyższe obroty. Rozeznanie w sytuacji:
— dwóch chłopców (7 i 9 lat),
— jeden pokój, półka pełna książek, ale jedna bezcenna,
— jeszcze rzut oka na godzinę (mhmm, to jeszcze nie czas na wysłanie ich do łóżek),
— ocena pogody na zewnątrz (nie mam pojęcia po co)
I jest!!! Pomysł na rozwiązanie sporu. Wchodzisz do prawdziwej jaskini lwa, pamiętając o kamiennym wyrazie twarzy mediatora z marzeń.

Co się dzieje?
Pytasz, jak gdyby nigdy nic. Rzucasz okiem, na rozrzucone rzeczy, niespakowany piórnik do szkoły. – Bo on zaczął! Ja wziąłem książkę – zaczyna młodsze, starsze próbuje przekrzyczeć: - Nieprawda, ja już sobie dzisiaj zaplanowałem, że ją przeczytam, ale nie zdążyłem powiedzieć i on mi zabrał! – Wcale nieprawda, specjalnie ją zabrałeś – znowu młodszy. – Bla bla bla – starszy próbuje wyprowadzić młodszego z równowagi. Hmmm stoję między nimi, trzymając za ramię jednego i drugiego, żeby nie doszło do rękoczynów.


Pytam, co to za książka. Okazuje się, że kolejne przygody Lassego i Mai. – I tak się składa, że oboje chcecie w tym samym momencie czytać tę samą książkę? – pytam. – Tak - odpowiadają zgodnie obrażeni. – A może poczytacie sobie nawzajem na głos? – proponuję pewnym głosem. Zerkają po sobie. – Dobra Borys, to ja zaczynam, ok?!? – młodszy podłapuje pomysł, a starszy bez problemu się zgadza. Wyjątkowo gładko poszło. Zasłużyłam na kawę.
W czym problem?
Ta sama sytuacja – książką przyczyną konfliktu. Kiepski dzień na kłótnię rodzeństwa. Bo jeszcze praca nieskończona, obiad w połowie przygotowany, a kot chyba oszalał. I jeszcze to donośne: - Mamo-o-o-o, bo on ZAWSZE tak robi!!! — Nie ma zmiłuj się. Wpadam do pokoju. Liczę w myślach do ilu się da, by nie ryknąć: — Czy wy choć przez chwilę możecie się nie kłócić?!? Mówię jednak: W czym problem? – Bo on nie chce mi dać książki – słyszę od starszego, a młodszy wtóruje: - Bo ja ją właśnie chcę przeczytać! Biorę głęboki (bardzo głęboki) oddech i pytam: - A musisz akurat w tym momencie czytać tę właśnie książkę?

Właściwie to nie wiem, do którego kieruję pytanie. Obserwuję, który zareaguje. – Tak – pada zgodnie i wbrew moim oczekiwaniom. – A nie możecie czytać na zmianę – próbuję. – Nie – znowu zgodnie. Zarzewie konfliktu jednak się rozpanoszyło. – Może coś znajdziecie na półce innego? Zobacz, ta książką z biblioteki leży jeszcze nie przeczytana, rzucam znowu nie wiadomo do którego. Cisza. Foch. Żaden nie podejmuje tematu. I te naburmuszone miny. Czekają w napięciu. Moje nerwy urządzają sobie dziki taniec… Pamiętam o gotującym się makaronie…

- Halooo, jest tu kto? Czy ktoś tu mieszka – pytam głośno. Śmiech. Największy wróg konfliktu. Tym razem znowu wygrywa. – Dobra Wiktor, czytaj – słyszę i nim wyjdę dobiega mnie zza pleców. – Ej, a może zagramy w uno? O super. Makaron się rozgotował.
Dlaczego nie rozmawiacie?
Wpadam do pokoju, kiedy już się okładają. Jeden siedzi na drugim, a ten drugi próbuje omotać go nogami. Pięści w górze. Nie rozdzielam. Przez chwilę patrzę, jak potrafią być sprawni, myślę, że może jednak ten kickboxing to nie był taki głupi pomysł i w głowie odnotowuje, że trzeba zadzwonić i spytać, kiedy są zajęcia. – Przestańcie – mówię, bo inaczej by mnie nie zauważyli, choć drą się „Mamaaa” w niebogłosy i na zmianę. O nie, ich reakcja nie jest natychmiastowa. – Przestańcie - powtarzam, już teraz próbując ich rozdzielić.

– Co znowu? - pytam (książka może być już nudna, więc zmieńmy scenariusz, jest ich w końcu tak wiele). – Bo ja sobie budowałem, a on przyszedł i wziął mi klocki, które są mi potrzebne! – krzyczy mały. – Bo akurat właśnie tych potrzebuję – odpowiada starszy. – Akurat , akurat – prowokuje młodszy. Poprawiają spodnie i koszulki. – Spytałeś, czy te klocki nie będą mu potrzebne – pytanie do starszego. – Nie, bo leżały i tak z nich nie budował. – Ale to ja pierwszy zacząłem budować – młodszy nie odpuszcza. Za to ja odpuszczam. – Pogadajcie ze sobą. Może uda się wam razem coś zbudować? Ustalcie, kto co buduje i jakimi klockami – wychodzę, nie ciągnę tematu, po kilku minutach słyszę. – Borys ten garaż musi być większy. – Dobra - odpowiada brat. Jestem lekko zdewastowana psychicznie.
Jeśli jest przyczyna, trzeba ją zlikwidować
- Mamooo, a on mi nie chce dać piłki – wpada do domu jedno. – Nie trzaskaj drzwiami i nie krzycz. Powiedz na spokojnie, o co chodzi, bo nic nie rozumiem – daję sobie czas na ogarnięcie sytuacji. – Bo wziąłem piłkę i chciałem postrzelać do bramki i jak mi piłka wyleciała dalej, to Wiktor mi zabrał – pada szybkie wyjaśnienie. – A dlaczego nie możecie grać razem? – pytam. – No graliśmy, ale ja chcę strzelać, a Wiktor się kiwać. Ubieram buty i wychodzę na dwór. – Wiktor, co jest? – No co, gram – odpowiada próbując zamydlić mi oczy, jakby konfliktu nie było, ale zadzior w głosie słychać. – Chłopaki nie możecie się dogadać?

I się zaczyna. Jeden wrzask, z którego nic absolutnie nie wynika. - A gdzie druga piłka? – pytam i słyszę: - Ale ja nie chcę sam grać, bez sensu. No żesz w mordę jeża. Czuję opór, wrzeszczą, nie rozmawiają, nie słuchają. Kapituluję. Zabieram piłkę i wracam do domu rzucając. – Jak się dogadacie, przyjdźcie – są po trzech minutach. Pogodzeni, upewniam się tylko, czy ustalili zasady gry. Zalegam na kanapie.

Ogłuchłam. O rety! Ogłuchłam!
– Borys przestań. To Ty przestań. Wkurzasz mnie – nie jest dobrze. Stoję jeszcze poza konfliktem, czuję, że nie dźwignę. W panice szukam drogi ucieczki i w momencie, kiedy pada głośne: - Mamoooo, przypominam sobie, że przecież właśnie miałam wstawić pranie. Jak mogłam o tym zapomnieć! Zamykam po cichu drzwi od łazienki i z wielką pieczołowitością (skąd ona się u mnie nagle wzięła) oddzielam kolorowe rzeczy od białych.

Zastanawiam się, czy dać wybielacz i czy zielone plamy od trawy w końcu się spiorą i co zrobić z białą farbą na kurtce po ostatnim spontanicznym malowaniu płotu przez chłopców. Nie zdawałam sobie chyba dotychczas sprawy, że wstawianie prania może być tak przyjemne. Kiedy wychodzę z łazienki w domu panuje spokój. Słyszę tylko bawiących się synów, chyba szykują żołnierzyki do kolejnej bitwy. Otwieram wino. Zasłużyłam.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE