"Zawsze podziwiałam koleżanki, które potrafiły wrócić do sportu po urodzeniu dziecka. Ja sobie tego nie wyobrażałam"

Materiały prasowe / Fundacja Szczęśliwe Macierzyństwo
Monika Pyrek, lekkoatletka, trzykrotna medalistka mistrzostw świata w skoku o tyczce. W 2013 roku zakończyła swoją kilkunastoletnią karierę sportową i zaangażowała się w zupełnie nową i nieznaną jej dotąd dziedzinę - macierzyństwo.

Karolina Przyłuska: Jest Pani bardziej sportowcem czy mamą?


Monika Pyrek: Nie jestem już sportowcem. Chociaż pewnie zawsze nim będę gdzieś w środku, bo sport to większość mojego życia. Jednak zdecydowałam się wycofać, ponieważ nadszedł taki moment, w którym wiedziałam, że najwyższy czas na zmianę życiowej roli. Teraz zdecydowanie jestem mamą. Chciałam nią być. To marzenie, było jednym z powodów zakończenia mojej sportowej kariery.

To nie można pogodzić obu tych ról?

Zawsze podziwiałam koleżanki, które potrafiły wrócić do sportu wyczynowego po urodzeniu dziecka. Ja sobie tego nie wyobrażałam i teraz z perspektywy czasu wiem, że dobrze zrobiłam. To jest niesamowicie trudne. Pogodzenie tych dwóch ról wymagałoby bardzo dużo pracy i obawiam się, że albo sport, albo dziecko mogłoby na tym stracić. Zwłaszcza w mojej konkurencji, która uważana jest za ekstremalną. I na pewno nie jest to sport bezpieczny.

Po urodzeniu dziecka w głowie kobiety wszystko się zmienia. Zaczyna myśleć jak matka. Gdy pojawia się przy tobie ten mały człowiek, to buduje się w nas odpowiedzialność za nowe istnienie. Miałam takie przeczucie i wiem teraz, w tym momencie, że nie myliłam się - nie dałabym rady wrócić do sportu. Dlatego uważam, że decyzja o zakończeniu kariery była dobrą decyzją.


Nadal nie rozumiem co aż tak Panią przerażało? Jest wiele kobiet, które uprawiają sport i są matkami.

Bałabym się o to, że coś mi się stanie, że mogę doznać takiej kontuzji, które uniemożliwi mi zajmowanie się dzieckiem. Chociaż nie mogę powiedzieć, że była to prosta decyzja. Sport był do tej pory całym moim życiem. Jest on na tyle specyficznym zawodem, że na urodzenie dziecka jest czas tylko w dwóch momentach. Albo po roku olimpijskim, albo po zakończeniu kariery.

Wiedziałam, że nadszedł już czas na dziecko. Miałam tyle lat, że nie mogłam już czekać. W sporcie czułam się spełniona, mimo że nie mam medalu olimpijskiego. Jednocześnie czułam też, że chce być mamą. To była trudna decyzja, ale ona dojrzewała we mnie dość długo. Psychicznie i mentalnie byłam już gotowa na podjęcie takiego kroku i po prostu to zrobiłam.

Nie żałuje Pani tej decyzji?

Nigdy tego nie żałowałam, wiedziałam czego chcę. Dla mnie najważniejsze było to, żebym potrafiła spojrzeć wstecz, bez wyrzutów sumienia, i uśmiechnąć się do wspomnień. To już trzy lata od momentu zakończenia mojej kariery i śmiało mogę powiedzieć, że nie brakuje mi rywalizacji, treningów, wysiłku czy presji startowej. Chyba jedyne za czym wzdycham to przyjaciele i te chwile, gdy razem przesiadywaliśmy na posiłkach w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Spale. Tam lekkoatleci spędzają najwięcej czasu na przygotowaniu do startów. To przecież 18 lat wspomnień… Wspomnień, do których codziennie się uśmiecham.

Monika Pyrek - sportowiec, jest uparta i konsekwentna. A jaka jest Monika Pyrek - mama?

Chyba też taka jestem. To raczej wynika nie tyle ze specyfiki wykonywanego zawodu, ale także z indywidualnych cech. Staram się być konsekwentną mamą, chociaż teraz wchodzimy w ten ciężki okres buntu dwulatka i podejrzewam, że moje dziecko odziedziczyło po mnie upartość. Tak sobie myślę, że może być przez to wyjątkowo ciężko. (śmiech) Jednak czasami zdarza mi się odpuszczać, choć przeważnie trzymam się tego co postanowię.
Jestem mamą, która się uczy i staram się zaglądać do różnych poradników, słuchać ekspertów i osób z doświadczeniem. Oczywiście sama później decyduję co jest dla mojego dziecka dobre. Jednak lubię wiedzieć jakie są podejścia i metody, jak rozmawiać z dzieckiem i jakie fazy rozwoju aktualnie przechodzi. Czasem po prostu lepiej zasięgnąć informacji od osób, które mają wiedzę.

Dziecko czasami daje rodzicom wycisk. Jak radzi sobie z tym zawodowy sportowiec?

To jest bardzo trudne, bo o ile wysiłek fizyczny jest chwilowy i mamy po nim czas żeby odpocząć, to dziecko już tego nie daje. Są momenty gdy gromadzi się w nas napięcie emocjonalne i nie ma możliwości żeby je rozładować, żeby mieć chwilę wytchnienia. Dlatego też postanowiliśmy żeby nasz synek chodził do żłobka.

Przede wszystkim chcieliśmy żeby otaczał się rówieśnikami i uczył się jak radzić sobie w sytuacjach, gdy nas nie ma. Ale jest to też chwila dla nas, moment na to by odpocząć, pójść do pracy. Na szczęście nie mieliśmy żadnych problemów. Nasze syn bardzo lubi żłobek. Najlepszym przykładem jest to, jak po niego przychodzę, a on bierze mnie za rękę i prowadzi do środka, żeby pokazać jakie ma zabawki.

Sportowiec musi być także zdyscyplinowany, a mama?

Staram się tę dyscyplinę stosować w domu, ale zdarza się, zwłaszcza w niedzielę, że chodzimy cały dzień w pidżamach. Mamy taki all day pidżama party. Oczywiście nie praktykujemy tego codziennie! Raczej staram się planować dzień, pamiętać o posiłkach dla syna, żeby były o tej samej porze, o rytuałach w codziennych czynnościach. Ta rutyna daje mu poczucie bezpieczeństwa.

Jestem też mamą, która pozwala się dziecku ubrudzić. W myśl zasady “może być brudne byleby było szczęśliwe”. Pamiętam siebie z okresu dzieciństwa i najlepsze wspomnienia są trochę w błocie. (śmiech)

Mimo zakończenia kariery sportowej, nadal Pani pracuje. Jednak w zupełnie innej profesji.

Tak, aktualnie pracuję w Radiu Szczecin i jestem rzecznikiem prasowym w hali Azoty Arena w Szczecinie. I muszę powiedzieć, że jest ciężko pogodzić pracę i wychowywanie dziecka. Chyba najbardziej psychicznie. Jestem w pracy, planuję następną audycję, a moje myśli wciąż obracają się w okół dziecka. Gdy jestem w domu i staram się skoncentrować na pracy, to mój mały rozrabiaka wchodzi mi na głowę. Czasem muszę pracować wieczorem, gdy muszę złapać gościa, który jest np. przelotem w Szczecinie, a potrzebuję wywiadu z nim do sobotniej audycji. To wymaga współpracy z mężem i rodziną.

Rozkładamy obowiązki w domu, bo sama nie jestem w stanie wszystkiego ogarnąć. Trzeba się po prostu tym podzielić. Muszę powiedzieć, że podziwiam wszystkie mamy, które siedzą z dziećmi w domu i jeszcze panują nad tym domem. To bardzo trudne.

Czyli mąż jest zaangażowany w obowiązki i wychowanie synka?

(śmiech) Tak! Spróbowałby nie! Dyscyplina musi być. (śmiech)

Syn będzie sportowcem?

To pytanie jest często zadawane. Ludzie pytają czy już wybrałam mu dyscyplinę? Czy będzie tyczkarzem? Nie wiem! Na prawdę nie wiem. Ja jestem jedyną osobą w rodzinie, która uprawiała zawodowo sport. Nigdy nie było w naszym domu sportowej tradycji, a ja nie zamierzam niczego mojemu dziecku narzucać. Jeśli będzie miało talent i będzie chciało go rozwijać, to oczywiście będę go wspierać, ale nie zamierzam go do niczego zmuszać. Wiem też jak trudny jest sport. To wymagająca dziedzina i nie każdy daje sobie z nią radę. Chociaż zanim urodziłam synka, to krążył u nas w rodzinie taki żart, że jeśli odziedziczy zdolności koordynacyjne po mamie, a dbałość o fryzurę po tacie, to będzie piłkarzem. (śmiech)
Macierzyństwo mogłoby być dyscypliną sportową?

Oczywiście, że tak! Wymagałoby odporności psychicznej, ogólnej wytrzymałości, sprytu, zaradności. To byłby dość wymagający i wszechstronny sport.

W sporcie najpiękniejsze momenty to te, gdy staje się na podium i dostaje medal. To nagroda za wysiłek i wielomiesięczny trening. A jak jest w macierzyństwie?

Myślę, że to są te chwile, gdy dziecko zasypia. Gdy przytula się i jest bezbronne, a my czujemy, że jesteśmy za niego odpowiedzialni i że to nasza maleńka istota. Ta czułość wtedy jest taka unikalna, wyjątkowa i pojawia się chyba jedynie między matką, a dzieckiem.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE