Kampania wyborcza ruszyła. Rząd próbuje zdobyć głosy obiecując rodzinom cuda na kiju

Obietnice rządu dotyczące wsparcia finansowego rodzin tylko z pozoru wyglądają atrakcyjnie
Obietnice rządu dotyczące wsparcia finansowego rodzin tylko z pozoru wyglądają atrakcyjnie Fot. screen Facebook
Wszyscy znamy te historie z tabloidowej prasy: matka, powiedzmy pani Basia lat 35, żali się dziennikarzowi, że odebrano jej zasiłek na dzieci. Dochód jej rodziny przekroczył ustalony próg dochodowy o złotówkę. Pani Basia płacze, bo choć mają na głowę 575 zł (próg dochodowy uprawniający do świadczeń to obecnie 574 zł) nie czuje się wcale bogata. A tabloid zarzuca rządowi oszczędzanie na dzieciach przy okazji przypominając rachunki za benzynę i wykwintne obiady w knajpie u znanego restauratora.

Z pocieszeniem pani Basi przychodzi premier Ewa Kopacz, która jako kobieta doskonale rozumie, że dodatkowa złotówka wystarczy najwyżej na kilogram soli czy paczkę pieprzu. I bułkę, bo na pączka już niekoniecznie. Przynajmniej u mnie na osiedlu.

Kopacz, która dobrze wie, że przyprawy, w przeciwieństwie do innych dóbr potrzebnych do wychowywania dzieci, nie zużywają się tak szybko, niczym dobra ciocia proponuje rozwiązanie „złotówka za złotówkę.” To oznacza mniej więcej tyle, że jeśli dochód na głowę przekroczy ustalony limit, to o tę nadwyżkę pomniejszy się później zasiłek. Świetnie brzmi, prawda?

Szkoda tylko, że przy tej okazji nikt nie wspomina o tym, że zasiłki w Polsce są tak żenująco niskie, że tak naprawdę co tu ciąć? Ani słowa na ten temat? Trochę to dziwne, bo przecież obietnice rozdawania żywej gotówki zawsze dobrze robią przedwyborczym sondażom.

Siedem dych na dziecko
Dyskusja o zasiłkach dla dzieci w Polsce zawsze podnosi mi ciśnienie, bo tak naprawdę o czym tu mówić. Przypomnijmy, zasiłek w naszym kraju na dziecko poniżej piątego roku życia wynosi obecnie 77 zł, starsze – od piątego do osiemnastego roku życia – 105 zł. Niezamożni rodzice zdolnego studenta państwo wesprze przelewem w wysokości 115 zł. Robi wrażenie? Dla mnie śmiech na sali.


Krzyku o to zbyt głośnego nie ma, bo i tak załapuje się na niego tak mało rodzin, że pewnie większość osób w ogóle nie wie, że zasiłki w ogóle istnieją. A nawet jeśli wiedzą, to już nie to, ile wynoszą.

Nie jestem zwolenniczką zasiłków, bo uważam, że każdy na swoje dziecko powinien łożyć ze swojej kieszeni. I dlatego nie widzę powodów, dla których mam ze swoich podatków dokładać się do tych, którzy zdecydowali się na dzieci w myśl starego porzekadła, że skoro „Bóg dał dzieci, to da i na dzieci.”

Z drugiej strony też za długo żyje na tym świecie, żeby nie wiedzieć, że w życiu bywa różnie i czasami jednak wpada się w finansowe tarapaty. Dlatego właśnie z uwagi na te zmienność losu nie będę tu głosić radykalnej teorii o zredukowaniu systemu pomocy państwa do zera.

Ale, do diabła, skoro decydujemy się na stworzenie i funkcjonowanie takiego systemu pomocy, to róbmy to w taki sposób, by ci, którzy wsparcie dostają, to poczuli. A nie, że dostają takie ochłapy, które może wystarczą na pieluchy dla dziecka, ale na leki już raczej nie. Na żłobek też nie wystarczy. I na akademik. Fajny system pomocy, nie ma co. Tylko mówić o zasiłkach w kontekście polityki prorodzinnej.

Dla kogo bonus?
Nie chcę tu dyskutować o leserach, którym nie chce się pracować i myślą tylko o tym, jak wyciągnąć od państwa pieniądze. Oni znają takie sposoby, o którym mi się nawet nie śniło i nie będę się udawać, że wiem, jak się to robi. Nie mam pojęcia.

Ale spróbuję wziąć pod lupę zwyczajną, nie najlepiej zarabiającą rodzinę. Wyobraźmy sobie, że mamy rodziców pochodzących z biednych rodzin, słabo wykształconych, z niezbyt cenionymi na rynku kwalifikacjami, średnio zaradni. W domu jest dwoje malutkich dzieci.

Rodzina nie chce jednak wyciągać ręki do państwa i oboje pracują, chociaż zarabiają tylko minimum czyli obecnie 1286.16 zł na rękę. To oznacza, że na utrzymanie dzieci, siebie i domu mają niewiele ponad 2.5 tys. zł. Nawet w tańszych rejonach kraju nie jest to oszałamiająca kwota, o dużych miastach nie wspominając.

Podzielmy teraz te pieniądze przez wszystkich członków rodziny. Wychodzi 643.08 na osobę. Za dużo, by obecnie załapać się na zasiłek, bo przekraczają próg o 69.08 zł. Gdyby taką kwotę odjąć od zasiłku wychodzi tak mało, że aż nieprzyzwoicie o tym pisać.

Dla uzupełnienia dodajmy, że zanim rodzice dostaną ten zasiłek, od ich pensji zostanie najpierw łącznie odprowadzone ponad 900 złotych tytułem podatków i składek. Nie licząc tej części, którą musi dodatkowo zapłacić przedsiębiorca.

Superbecikowe – tak czy nie?
Moje wątpliwości budzi także propozycja wypłaty zasiłku macierzyńskiego dla matek pracujących przed porodem na umowie o dzieło zwanej umownie śmieciową lub dla tych, które są zarejestrowane jako bezrobotne. Aby miały na utrzymanie siebie i dziecka, państwo szerokim gestem chce im co miesiąc płacić tysiąc złotych. Przez rok.

To odpowiedź na często pojawiające się wypowiedzi młodych kobiet o tym, że nie decydują się na dziecko, bo nie mają ustabilizowanej sytuacji zawodowej i finansowej. Wsparcie od rządu, ma to ryzyko zmniejszyć i zachęcić je, by nie odkładały rodzicielskich planów na później.

Rozwiązanie z zasiłkiem dla nich na pierwszy rzut oka wydaje się super, ale za moment przychodzi chwila refleksji. Bo i na co te tysiąc złotych dziś wystarczy? Pewnie, że lepszy rydz niż nic, ale zastanówmy się, dlaczego te kobiety nie mają normalnego zasiłku wypłacanego przez ZUS z własnych składek?

Oczywiście jest grupa kobiet, które celowo wybierają pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Ich prawo. To często przedstawicielki wolnych zawodów, ekspertki, specjalistki. Ale nie czarujmy się – nie są one w większości.

Pracodawcy zatrudniają kobiety na tzw. umowy śmieciowe z dwóch powodów. Po pierwsze jest to znacznie tańsze. Po drugie – bo mogą. Choć przepisy prawa dokładnie określają, kiedy należy zatrudniać na etat, to co takiego się stanie, jeśli zaproponują pracownikowi inny kontrakt? Nic. Do sądu pracy nikt, kto chce dalej mieć zajęcie, nie pójdzie. A inspekcja pracy także się nigdzie nie pofatyguje.

Bezrobotne? Pewnie, że z pracą bywa różnie. Mam czasami też wrażenie, że kobiety zaradne poradzą sobie w każdych okolicznościach. Prędzej czy później. Ale ludzie są różni i do niektórych powinno się wyciągnąć rękę. Bo sami tego nie potrafią.

Po to właśnie są utrzymywane z naszych podatków urzędy pracy. I to do ich zadań należy, by Kowalska czy inna Malinowska nie tkwiła dziesięć lat w rejestrze. Jeśli by pani urzędniczka wyszła zza biurka i poszła do hurtowni obok zapytać o oferty pracy, a pan urzędnik zadzwonił do fabryki z pytaniem, czy nie potrzebują pracownika, to może nasza bezrobotna poszłaby do pracy. Są pośrednicy, którzy tak robią. Ale nie sądzę, że to większość zatrudnionych w pośredniakach.

I jeszcze trzecia sprawa – czy ktoś przyznając ten zasiłek bezrobotnej Kowalskiej będzie weryfikował to, dlaczego nie pracuje? Być może jest to pani, która zarejestrowała się po to, by móc korzystać z zasiłków. Dla niej i podobnych osób może to być kolejny sposób na zdobycie sporych pieniędzy. I tak jak w przypadku jednorazowego becikowego, będzie starać się o dziecko tylko po to, by dostać pieniądze. A dzieci wychowa państwo.

Byłabym pewnie ostatnią osobą, która podpisałaby się pod twierdzeniem, że rząd nic nie robi, by wspierać rodziny. W ostatnich latach pojawiło się kilka sensownych rozwiązań jak pomoc dla rodziców wracających na rynek pracy, dłuższe rodzicielskie czy więcej miejsc w przedszkolach i żłobkach. Ale trudno chyba nie mieć wrażenia, że te ostatnie propozycje to nie spójna polityka prorodzinna, ale zwykły populizm.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE