Siedzimy sobie spokojnie, to znaczy ja siedzę spokojnie, rozparta, kaweczka, ciasteczko, ploteczki. Obok mnie Druga, od rana w łaskawym nastroju, w gościach tym bardziej. Żuchla zawzięcie, chociaż z pewną flegmą, najsmaczniejsze, grube, paskowane rajstopy po bracie. Moja znajoma, wyglądająca aktualnie jak kępka cienkich patyczków przyczepiona do wielkiej kuli, bardzo próbuje skupić się na słodkości mojego dziecka, ale jej własne w środku najwyraźniej uniemożliwia jej skupienie się na czymkolwiek. Mąż Znajomej dopowiada za nią niedokończone zdania, siedząc na kanapie jednym półdupkiem – jestem przekonana, że klucze do auta przekłada do każdej aktualnej kieszeni.
Rozpromieniam się, bo od wczesnej podstawówki czuję przyjemny dreszcz, kiedy znam odpowiedź na trudne pytanie. Zamiast więc strzelać złotą myślą, że dziecko to kosztuje dużo nerwów/nieprzespanych nocy/czasu i/lub miłości/czułości/troski (w zależności od tego, po której stronie lukrowanego paradygmatu się znajdujesz), zgodnie z prawdą udzielam informacji, że dziecko kosztuje tyle, co samochód.
