Cienka granica, którą łatwo przekroczyć. Każdy rodzic ma z nią problem

Dla naszych dzieci chcemy jak najlepiej, to oczywiste. Nasza troska o nie nie może jednak zamienić się w destrukcyjną nadopiekuńczość
Dla naszych dzieci chcemy jak najlepiej, to oczywiste. Nasza troska o nie nie może jednak zamienić się w destrukcyjną nadopiekuńczość 123rf.com
Gdzie nie spojrzeć, na nasze dzieci czyha jakieś zagrożenie. A to w szkole mogą paść ofiarą kolegów upatrujących dobrej ''zabawy'' w dręczeniu innych. Na przystanku jest ryzyko, że zostaną zaczepione przez kogoś, kto będzie chciał je okraść. Z kolei na wycieczce, z dala od domu, zawsze może im przytrafić się jakiś nieszczęśliwy wypadek. A w... STOP!

Nie da się ukryć, że świat stanowi miejsce, w którym nikt nigdy nie może czuć się w 100 proc. bezpiecznie. Niepokojące wiadomości, jakie docierają do naszych uszu, wyrabiają w nas, rodzicach, poczucie, że musimy stanąć na przysłowiowych rzęsach, aby ochronić swoje pociechy przed złem w każdej postaci. Tylko dość łatwo możemy pójść w kierunku, który akurat przyniesie więcej szkód niż pożytku.

Nie chowaj pod kloszem
Niewątpliwie troskliwy rodzic to taki, który dla swego dziecka zawsze chce jak najlepiej. Postanowienie, że będziemy mu pomagać, jak tylko się da, z całą pewnością wystawia nam bardzo dobre świadectwo. Szkopuł w tym, że istnieje bardzo cienka granica między troskliwym opiekunem a nadopiekuńczym rodzicem. W tym drugim przypadku nawet nie zdajemy sobie sprawę, że w miejsce jednych problemów generujemy inne, równie groźne.

Dlaczego nadopiekuńczość w ostatecznym rozrachunku przynosi więcej złego niż dobrego? Wprawdzie może mieć różne oblicza, ale zawsze wpisuje się w ten sam schemat – z jednej strony zabija w dziecku to, co najlepsze: kreatywność, ciekawość, wrażliwość, z drugiej zaszczepia w nim to, co utrudnia funkcjonowanie w późniejszym okresie życia: bierność, niezaradność, strach przed nieznanym czy roszczeniowość.
Chowanie pod kloszem sprawia, że nawet prozaiczne czynności mogą w przyszłości urosnąć do rangi wielkich problemów. Prosty przykład? Jeśli cały czas wiążemy maluchowi buty, nie dajemy mu szansy nauczyć się, jak poprawnie zrobić supełek. Wcześniej czy później, czy tego chcemy, czy nie, dojdzie do sytuacji, gdy dziecko będzie musiało samemu sprostać temu ''wyzwaniu''. Widząc rówieśników, którzy nie będą mieli z tym problemu, poczuje wstyd i pewnie lęk, że jeśli kogoś poprosi o pomoc, narazi się na śmieszność.

Samodzielność mile widziana
Kiedy zatem nie grozi nam etykietka nadopiekuńczego rodzica? Oczywiście, gdy pozwalamy dziecku na samodzielność, z biegiem czasu na coraz większą. Tu też jednak możemy wpaść w pułapkę, ponieważ niektórzy rodzice przesadzają w drugą stronę, przyspieszając cały proces wychodzenia dziecka spod skrzydeł taty czy mamy. Takie wrzucanie na głęboką wodę czy nawet odcięcie dziecka od jakiegokolwiek wsparcia może mieć naprawdę opłakane skutki.

Wyobraźmy sobie taki scenariusz. Za kilka dni dziecko ma wyjechać na tzw. zieloną szkołę. Reszta rodziców bez problemu puszcza swoje dzieci na ten wyjazd, tylko my mamy obawy, że nasza pociecha zwichnie sobie stopę podczas spaceru albo zje coś nieświeżego w stołówce schroniska. Postanawiamy, że nici z wyjazdu i kropka. W ten sposób okazujemy swoją nadopiekuńczość, ponieważ takie ryzyko zawsze istnieje i kiedyś nie będziemy w stanie go uniknąć.

Możemy jednak postąpić zgoła inaczej i pozwolić dziecku wyfrunąć z gniazdka na czas tego wyjazdu. Nie oznacza to jednak, że mamy go/ją całkowicie pozostawić samemu siebie, zwłaszcza jeśli to jego/jej pierwsza podróż bez towarzystwa taty czy mamy. Nie zrobimy przecież z małego podróżnika życiowego ''kaleki'', jeśli pomożemy mu się spakować czy przygotować prowiant.
Co więcej, niektóre czynności będziemy musieli w całości wziąć na swoje barki, jeśli chcemy uchodzić nie tyle za opiekuńczych, co po prostu odpowiedzialnych rodziców. Dla przykładu zadbanie o to, by organizująca wyjazd szkoła miała wykupione ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków, ewentualnie indywidualne załatwienie polisy chroniącej dziecko również na wypadek zachorowania czy czasowej niezdolności do nauki. Jednym z towarzystw ubezpieczeniowych oferujących ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków dzieci i młodzieży szkolnej jest na przykład InterRisk.

Mały egoista
Na koniec warto uświadomić sobie, że przejawiając nadopiekuńczość lub totalną niedbałość, jako rodzice sami strzelamy sobie w stopę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa wychowamy bowiem małego egoistę, na którego w przyszłości nie będziemy mogli w ogóle liczyć. Dlaczego jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz wydarzeń?

W przypadku nadopiekuńczości kształtujemy w dziecku postawę roszczeniową. Zawsze wszystko miało podane na tacy, dlatego w późniejszym wieku będzie ciągle żądać od rodziców, by wyręczyło go/ją w takiej czy innej czynności. Z kolei ignorowanie potrzeb dziecka utwardzi jego/jej serce, wyrabiając w nim/jej przekonanie, że skoro rodzice zbytnio się nim/nią nie przejmowali, to czemu na starość ma poświęcać im uwagę. W obu przypadkach zabijamy w dziecku empatię.

Dla wspólnego dobra musimy więc znaleźć zdrową równowagę w opiece nad dziećmi tak, aby nie przekroczyć tej cienkiej granicy, za którą ginie idea wychowania małego człowieka na empatyczną, zaradną, a zarazem ostrożną osobę.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...