"Komunie to często festiwal próżności, kompletnie moim zdaniem niepotrzebny" - mówi Dorota Zawadzka

Fot. Flickr/ Pawel Loj / CC BY Co jest najważniejszego w komunii?
O tym, czy dzieci są gotowe do Pierwszej komunii świętej, o braku tej gotowości wśród rodziców i trochę o biznesie komunijnym rozmawiamy z psychologiem Dorotą Zawadzką.

Ewa Raczyńska: Na ile, z punktu widzenia psychologa, dzieci są gotowe do duchowego przeżycia, jakiego wymaga się od nich przy przyjmowaniu Pierwszej komunii świętej?


Dorota Zawadzka: Moim zdaniem kompletnie nie są na to przygotowane. Przynajmniej większość z nich. Nawet przesunięcie wieku dziecka komunijnego, które wynika z reformy edukacji, niewiele tutaj zmienia. Nie ma jednak, co ukrywać, że często dorośli nie rozumieją, o co tak naprawdę chodzi w samym sakramencie komunii. To, że dzieci nauczą się paciorka na pamięć, będą rozpoznawać dziesięciu czy dwudziestych świętych na obrazkach, znać ich życiorysy i będą wiedzieć jak wygląda cała uroczystość, kiedy wstajemy, a kiedy klękamy, to jeszcze nie znaczy, że pojmą wyraz duchowy przyjęcia komunii.

Dlaczego? Nie jesteśmy w stanie im tego przekazać?


Przede wszystkim nie możemy oczekiwać od dziecka czegoś, czego nie oczekujemy od siebie. Proszę zauważyć , że kiedy pytamy się ludzi po wyjściu z kościoła, o czym było kazanie, to słyszymy „Było bardzo ważne, bardzo ciekawe… Na taki ważny społecznie temat… Bardzo mnie poruszyło… ale nie pamiętam, o czym było”. Ludzie robią sobie zdjęcia w kościołach, rozmawiają, rzadko skupiają się na duchowym przeżyciu.

Ja się specjalnie na tym nie znam, choć mój tata był socjologiem kościoła i w domu na ten temat się rozmawiało, myślę jednak, że jest potrzeba gruntownej zmiany podejścia w kwestii czym kościół dla ludzi jest, na czym polega zetknięcie się z nim. Dzisiaj stroimy się na pierwszego listopada, na śluby i komunie. Można spytać, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na duchowość?

O duchowość może trudno, ale na pewno pojawia się stres, zwłaszcza ten związany z pierwszą spowiedzią… W końcu obcej osobie trzeba powiedzieć, że było się niegrzecznym. To dla dziecka raczej mało komfortowa sytuacja…


Zgadza się. Poza tym podczas spowiedzi dzieciom zadawane są różne pytania. Nie chcę rozsiewać plotek, ale słyszałam, że oprócz tego, że ksiądz pyta, jak i czy w ogóle zgrzeszyłeś, padają pytania „Co robisz wieczorem?”, „Czy dotykasz się w intymnych miejscach”.

To nie są pytania, które powinny być kierowane do dziewięciolatka. Stres pojawia się, bo dziecko nie do końca rozumie, co się dzieje. Co więcej, rodzice mówią mu, że Pan Bóg widzi wszystko, wiec dla dziecka ksiądz, który jest łącznikiem z tym Bogiem, też wszystko widzi. A dzieci idące do komunii są w takim wieku, że trochę kłamią, trochę oszukują…

I boją się, że za te grzechy trafią do piekła…


Tak. Sama katecheza w szkole często prowadzona jest metodą zastraszenia. Syn mojej koleżanki bardzo chciał chodzić na religię. Wrócił po pierwszej lekcji i powiedział, że już nigdy nie pójdzie. Okazało się, że siostra prowadząca religię mówiła o tym, jak to wszyscy nieochrzczeni i niewierzący zginą w ogniu piekielnym, będą się smażyć, palić, a ich ciała się będą wyginać i śmierdzieć. Skutecznie tego chłopca wystraszyła, a on chciał słuchać o pięknych rzeczach, a nie o czymś takim.

Dlaczego Pani zdaniem posyłamy dzieci do Pierwszej komunii świętej?

Rozumiem rodziców, którzy są naprawdę wierzący. Natomiast kompletnie nie rozumiem osób, które dają dziecko do komunii tłumacząc się, że robią to dla swoich rodziców, z wygody, dla świętego spokoju...

Często też dlatego, że chcą uniknąć sytuacji napiętnowania ich dziecka za to, że do komunii nie poszło…

Ale będą piętnować za wszystko inne. Za to, że jest gruby, albo, że nie jest, że rodzice maja taki samochód, a nie inny, że był na wakacjach w Hiszpanii, albo, że nie był. Tak jesteśmy skonstruowani jako ludzie, będziemy się zawsze czepiać inności. Robienie tego dla kogoś, a nie dla wiary jest zakłamaniem i absurdem. I jak wytłumaczyć dziecku, że nie wolno kłamać, skoro sami nie potrafimy powiedzieć swoim rodzicom: „Nie wierzę w Boga”, albo „Jestem agnostykiem wątpiącym”?

Możemy tłumaczyć się tym, że decyzję o przystąpieniu do komunii podjęło samo dziecko…

A co jak będzie chciało robić inne rzeczy, które robią jego koledzy? My zgadzamy się na to, co dla nas rodziców jest wygodne. I jak chce iść do komunii, choć my jesteśmy niewierzący – w porządku, tylko co powiemy, jeśli dziecko będzie chciało palić papierosy, bo jego koledzy palą? Też się zgodzimy? Albo usłyszymy: „Na komunię się zgodziliście, to dlaczego nie chcecie mi wyprawić urodzin w kawiarni? Wszystkie moje koleżanki mają tam organizowane urodzinowe przyjęcia?”

A co z opinią, że nie dając dziecka do Pierwszej komunii jesteśmy egoistami, narzucamy mu swój światopogląd i ograniczamy dostęp do kościoła? Bardzo często można usłyszeć takie argumenty.

Dziecko do trzynastego roku życia może wyrazić swój opinię, ale decyzje podejmują rodzice. Kiedy kończy trzynaście lat, może decydować samo. Jeśli dziecko ochrzcimy, to staje się ono członkiem kościoła, jest - nazwijmy to – „namaszczone”. Nawet jeśli dokonamy apostazji, powiemy, że nie wierzymy, to chrztu nie można wycofać, nie da się z kościoła wypisać. Sakramenty przybliżają ludzi do kościoła, są piękną tradycją, dlatego tym bardziej pozwalajmy świadomie dzieciom na komunię. Ja bym chciała, żeby ludzie którzy wierzą w Boga, wierzyli w niego naprawdę.

Zabrzmiało, jakby nie była Pani przekonana, że tak właśnie jest?

Bo dzisiaj komunie to bardzo często festiwal próżności, kompletnie moim zdaniem niepotrzebny. Rozmawiałam ze znajomym księdzem, który z trudem przekonał rodziców, żeby dzieci do komunii szły w albach. Kiedy po uroczystości zaproponował, by te alby przekazać młodszemu rocznikowi, spotkał się z wielkim oburzeniem. Rodzice komunijnych dzieci nie chcieli oddać alb, bo nie wiem, będą jak relikwie trzymać je w domu, a znowu ci, których dzieci do komunii miały przystąpić za rok - odmówili, bo jak to używane alby… I docieramy do absurdu, bo przecież to nie alba, sukienka, czy garnitury jest istotą komunii.

Poza tym moi rówieśnicy na komunię dostawali zegarek, rower, medalik. W tej chwili przerobiliśmy komputery, tablety, quady. Podobno teraz modne są obozy z udziałem jakieś młodocianej gwiazdy Podczas obozu dzieciaki się spotykają z jakimś wokalistą, czy blogerką modową.

Dyskusje wokół komunijnych prezentów właściwie się nie kończą…

Proponowałabym, żeby kwestię prezentów ustalać z rodzicami. Nie kupować smartfona, którego rodzice nie pozwolą później dziecku używać. Z drugiej strony dlaczego nie nauczyliśmy się, że prezenty mogłyby być zrzutką na edukację dzieci, na studia, do odłożenia na konto oszczędnościowe. Niestety często dzieje się tak, że pieniądze, które dzieci otrzymują, zabierają rodzice na bieżące wydatki, a to przecież nie jest ich kasa, tylko dziecka…

Dochodzi do sytuacji, kiedy rodzice nie posyłający dziecka do Pierwszej komunii wyprawiają mu przyjęcie, żeby nie czuło się pokrzywdzone. Co Pani o tym myśli?

Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Bo dlaczego wyprawiamy to przyjęcie? Żeby dziecku nie było smutno? Żeby też dostało prezenty, jak dzieci komunijne? Warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jeśli koleżanka naszego dziecka ma urodziny, to my też, żeby naszej córce nie było smutno, przy kolejnych urodzinach rówieśników wyprawimy przyjęcie urodzinowe?

Życzyłabym sobie i innym rodzicom, by nasza rozmowa skłoniła choć do chwili refleksji, zwłaszcza w momencie, gdy zastanawiamy się w jakich butach najlepiej będziemy wyglądać w kościele, albo do jakiego fryzjera pójść z córką przed uroczystością.

Do tych życzeń również się przyłączam.
Trwa ładowanie komentarzy...