O osiedlową ławeczkę często toczą się boje.
O osiedlową ławeczkę często toczą się boje. Autor: Jan Kowalski

Subtelne i zarazem cwane okrucieństwo nastolatków może szokować. Okazuje się, że można jednak walczyć z chamstwem i brakiem kultury.

REKLAMA
"Wiedzą, że teraz babcia nie odejdzie, a ja już ich nauczyłem, że nie odpuszczę. Biorę sobie książkę i tak sobie siedzimy" – da się?

Starzy nie mają praw

O tym, jak roszczeniowe potrafią być dziś dzieci, wie chyba każdy. Nastolatkowie to dziś silna grupa, która uważa, że wszystko jej wolno, każdy ma im ustępować, a świat należy do najsilniejszych jednostek. W ich słowniku starość to obciach i wolą nie widzieć starców, bo to zakłóca im postrzeganie świata w wyłącznie kolorowych barwach. Gdy więc na osiedlu administracja stawia jedną ławeczkę, walka jest nieunikniona.
Dla starszych osób, które mają już problem z dłuższymi spacerami, taka ławeczka pod drzewem, to nieomal wczasy. Mogą tu posiedzieć, odpocząć, zagaić rozmowę, powdychać świeże powietrze. Dla młodych często jest to miejsce spotkań, tu właśnie spotykają się, by poplotkować, poprzeklinać, ponarzekać. Słowem, ławeczka jest im niezbędna do podtrzymania życia towarzyskiego. Nic więc dziwnego, że nie chcą dzielić tego miejsca z nikim, zwłaszcza ze starszą panią.

Może cię zainteresować także: Żałuję, że nie wychowano mnie do starości


Dziś interwencja wymaga odwagi
O tej niezwykle smutnej walce o ławeczkę, napisał pan Jan Kowalski, młody mężczyzna i zarazem lokator sąsiedniego bloku. Początkowo obserwował niepokojące zachowanie ze swojego mieszkania. Gdy zauważył, że sytuacja powtarza się kilkukrotnie, dzieci coraz śmielej sobie poczynają, a babcia staje się coraz bardziej nerwowa i przerażona, postanowił zainterweniować. Niestety jak się okazało, zwrócenie dzieciom uwagi przez osobę dorosłą, nie jest jednoznaczne z tym że jej posłuchają.
Jan Kowalski
dla Mama:du.pl

Ta historia zaczęła się latem ubiegłego roku. Za oknem mojej kuchni stoi ławeczka, a na ławeczce często siedzi babcia. Mieszka na parterze w bloku obok i ma okno dokładnie nad tą ławeczką. Nie jest bardzo stara, ale schorowana, chodzi powoli o laseczce. Jest zupełnie sama, nigdy nikogo z nią nie widziałem. Gdy świeci słońce, wychodzi i siada na godzinkę nie więcej. Ale ławeczka jest cenna, bo stoi na uboczu, w kąciku, osłonięta od hałasu ulicy i wiatru. Więc dzieciaki (nie jacyś chuligani, tylko porządnie ubrani chłopcy i dziewczynki, dzieci znanych sąsiadów z okolicznych domów) przepędzają babinkę.

Nie na chama. Obsiadają ją dookoła na ziemi lub stoją nad nią w ciszy i gapią się na nią, wywierają presję. Babcia czuje się zagrożona, robi się nerwowa, zaczyna coś mówić, aż w końcu wstaje i wraca do domu. Przez jakiś czas jeszcze jej dokuczają, pukają w okno, wchodzą na korytarz i dzwonią do drzwi. Sporo czasu spędzam w kuchni i zacząłem reagować.

Najpierw grzecznie przez okno argumenty: „dajcie jej posiedzieć”, „zmieścicie się razem” itd. To był błąd. Niektóre się poskarżyły rodzicom i miałem parę niemiłych tekstów, żebym się nie mieszał. Teraz, jeśli babcia siedzi, a oni się pojawią, wychodzę i jeśli oni stoją nad nią, ja staję przed nimi (jestem wysoki i umiem zrobić paskudy wyraz twarzy) lub siedzę z nią, co tam.

Wiedzą, że teraz babcia nie odejdzie, a ja już ich nauczyłem, że nie odpuszczę. Biorę sobie książkę i tak sobie siedzimy. Czasem zamienimy dwa, trzy zdania o tym, lub o tamtym. Nawet nie wiem, jak Pani się nazywa. Nie szkodzi. :) Taki drobiazg a cieszy. Lubą też poprosiłem, by jak coś zobaczy reagowała podobnie. Pewnie to wychowawcza porażka, ale mnie chodzi, by starsza Pani posiedziała sobie w spokoju kiedy zechce, tylko tyle.

Uderzył mnie jednak kontrast między subtelnym, ale cwanym okrucieństwem i to, że są to tzw. dzieciaki z normalnych, nawet "dobrych" domów, świetnie ubrane, mające najnowsze telefony, mówiące dzień dobry ludziom wchodzącym, wychodzącym lub przechodzącym obok bloku itd... A jednocześnie gdy nikt nie widzi umieją stanąć wokół starszej bardzo schorowanej Pani, patrzeć na nią w szczególny sposób, robić kąśliwe uwagi, podjudzać do działania najmłodsze osoby z grupy (w zależności od dnia pojawia się od 2 do 9 nastolatków i parę 7-9 letnich "satelitów”).

Miały miejsce zaczepki, tupnięcia nogą (co byłoby śmieszne, gdyby nie było smutne, babcia i mała dziewczynka podchodząca do niej, by tupnąć nogą i powiedzieć "sio do domu"), rzucanie papierkami, potrącanie laski tak by zjechała z oparcia ławki na ziemię... A już po rejteradzie starszej pani do mieszkania, stukanie w okno, przykładanie do szyby głośno grającego smartfona, dzwonienie do drzwi i niewybredne drwiny.

Dodam coś może nieoczekiwanego, ale prym w działaniach wobec starszej pani wiodły dziewczynki. To one najdłużej "nie odpuszczały", robiły hałas i ściągały dorosłych. Myślę, że doskonale zdawały sobie sprawę, że jako facet naprzeciw grupy dziewczynek jestem łatwym celem i można narobić hałasu, bo z daleka będzie to (zanim cokolwiek zdążę powiedzieć, wytłumaczyć) wyglądać niekorzystnie. Ale to tylko moje przypuszczenie niepoparte poza odczuciem żadną wiedzą, czy wykształceniem. Dodam jeszcze, że wg mojej wiedzy i obserwacji starsza pani nigdy nie dała żadnego powodu, czy pretekstu, niczym poza zajmowaniem ławki "nie podpadła" tym dzieciakom.

Gdzie są rodzice?

W tej historii jest kilka aspektów, o których warto powiedzieć. Najważniejszy to brak właściwej reakcji osób dorosłych. Dzieci zamęczają babcię, a ich rodzice proszą jedyną osobę, która stanęła w obronie pokrzywdzonej, by się nie wtrącała. Druga sprawa to postawienie sobie pytania – jak wychowujemy dziś dzieci, czy aby na pewno wpajamy im szacunek dla osób starszych? No i trzecia kwestia, gdyby pan Jan nie miał z powodu choroby więcej wolnego czasu i nie odkrył tego egoistycznego procederu, być może doszłoby do sytuacji, że starsza pani zostałaby uwięziona ze strachu w domu.
Jak widać, można przeciwdziałać takim sytuacjom, można stawać w obronie tych, którzy nie mają już siły bronić się samodzielnie. Taki prosty gest solidarności, a jakie cenne przesłanie. Ta historia daje nadzieję, że ludzie potrafią w najbliższym otoczeniu wyłapać potrzebujących. Podzielcie się tą opowieścią ze znajomymi. A może na waszym osiedlu też są takie ławeczki, o które trzeba walczyć?