<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss xmlns:media="http://search.yahoo.com/mrss/" version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom">
	<channel>
		<title><![CDATA[MamaDu.pl - Przedszkolak]]></title>
		<description><![CDATA[Najnowsze artykuły i wpisy blogerów w kategorii Przedszkolak w MamaDu.pl]]></description>
		<link>https://mamadu.pl/c/123,przedszkolak</link>
				<generator>mamadu.pl</generator>
		<atom:link href="https://mamadu.pl/rss/kategoria,123,przedszkolak" rel="self" type="application/rss+xml" />
		<atom:link rel="hub" href="https://pubsubhubbub.appspot.com/" xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom" />
			<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/208714,od-roku-mamy-problem-w-przedszkolu-z-wszami-dyrekcja-nie-reaguje-tylko-pisze-maile</guid><link>https://mamadu.pl/208714,od-roku-mamy-problem-w-przedszkolu-z-wszami-dyrekcja-nie-reaguje-tylko-pisze-maile</link><pubDate>Tue, 14 Apr 2026 09:28:15 +0200</pubDate><title>Od roku mamy problem w przedszkolu z wszami. Dyrekcja nie reaguje, tylko pisze maile</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/00063cb3dedb4e02c01e2dc21ac1b869,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Jak można zareagować żeby w końcu pozbyć się tego problemu?" – pyta zdesperowana mama. Problem okazuje się bardziej złożony, niż się wydaje. Nie do końca też przedszkole jest odpowiedzialne za taką sytuację.

"Od roku ciągle wszy wracają, dyrekcja nie reaguje. Jedyne informacje, jakie dostajemy, to maile" – napisała jedna z mam na forum dla rodziców. Jak przyznała, problem w przedszkolu powraca regularnie, a kolejne komunikaty niewiele zmieniają.
Pod jej wpisem szybko pojawiło się kilkadziesiąt komentarzy. I choć wielu rodziców zna ten problem z własnego doświadczenia, ich odpowiedzi były dość jednoznaczne — w takich sytuacjach to nie dyrekcja ma największe pole do działania.
"Wszy były, są i będą"
W komentarzach powtarza się jeden wątek: wszawica to problem, który najczęściej rozwiązuje się w domu. "A co dyrekcja ma zrobić? Ma chodzić i je wybierać?" — napisała jedna z mam. Inna dodała, że wszy przenoszą się głównie przez bezpośredni kontakt głowa do głowy, a nie przez zabawki czy dywany, więc nawet solidne wysprzątanie sal nic w tym przypadku nie da.
Wiele osób podkreślało, że kluczowa jest codzienna profilaktyka — sprawdzanie głowy, szybka reakcja i leczenie, gdy tylko pojawią się pierwsze objawy. Jak alarmuje mamadu.pl, wszawica wśród dzieci jest najgorsza od 20 lat, a głównym powodem takiego stanu rzeczy jest właśnie bierność rodziców — zbyt wielu z nich zakłada, że problem ich nie dotyczy. Co ciekawe, wbrew obiegowym opiniom, wszy częściej pojawiają się na czystych włosach niż zaniedbanych, bo łatwiej im się na nich przyczepić.
Gdzie kończy się rola przedszkola?
Z drugiej strony pojawiały się też głosy, że placówka nie powinna całkowicie umywać rąk. Niektórzy rodzice wskazywali, że warto zgłosić sprawę do sanepidu, szczególnie jeśli problem powtarza się od wielu miesięcy. Inni sugerowali wspólne działanie — ustalenie na zebraniu zgody na regularne sprawdzanie dzieciom głów, podpisanej przez wszystkich rodziców.
Jedna z mam opisała sytuację ze swojego przedszkola, gdzie problem udało się opanować dopiero po wprowadzeniu kontroli: "U nas wszystko skończyło się, gdy dyrekcja zatrudniła pielęgniarkę, która sprawdzała dzieci. Robiła to dyskretnie, ale regularnie. Dopiero wtedy rodzice zaczęli reagować". Ten scenariusz — zatrudnienie pielęgniarki i dyskretne przeglądy — pojawia się też jako rekomendacja w historiach rodziców na mamadu.pl. Na portalu inni rodzice nie chcą mojego dziecka w przedszkolu — to historia mamy, która otwarcie poinformowała grupę o wszach u córki, za co zamiast wdzięczności zebrała falę ataków. Doskonały przykład tego, jak wstyd i zamiatanie problemu pod dywan bardziej szkodzą niż pomagają.
Czy sanepid może pomóc?
Wielu rodziców w takich sytuacjach myśli o zgłoszeniu sprawy do sanepidu. Warto jednak pamiętać, że obecnie wszawica nie jest już traktowana jako choroba zakaźna w rozumieniu przepisów. Oznacza to, że przedszkole nie ma podstaw prawnych, by nie przyjąć dziecka tylko dlatego, że ma wszy. Sanepid również ma ograniczone możliwości działania i zwykle skupia się na działaniach edukacyjnych, a nie interwencyjnych.
Warto przy tym wspomnieć, że kolejna przedszkolna plaga po wszawicy — czyli owsiki — przenosi się równie szybko, i tam mechanizm jest ten sam: brak szybkiej, zbiorowej reakcji rodziców sprawia, że problem krąży w grupie miesiącami. To ważna perspektywa — wszawica rzadko jest problemem wyizolowanym.
Problem, który wymaga współpracy
Generalnie jedynym wnioskiem z tego wątku jest to, że nawet najlepsze działania placówki nie wystarczą, jeśli rodzice nie reagują. Wszawica to pasożytnicza dolegliwość wywoływana przez wesz ludzką, która żyje na skórze głowy i żywi się krwią. Najczęściej pojawia się u dzieci, bo mają ze sobą bliski kontakt — bawią się, przytulają, nachylają głowy. To właśnie wtedy najłatwiej dochodzi do zakażenia.
Wbrew popularnym mitom wszy nie mają nic wspólnego z brakiem higieny. Wręcz przeciwnie — częściej przenoszą się na czyste włosy, bo łatwiej im się do nich przyczepić. Nie skaczą ani nie latają. Przenoszą się wyłącznie przez bezpośredni kontakt.
Objawem wszawicy jest przede wszystkim swędzenie skóry głowy, ale nie zawsze pojawia się od razu. Dlatego tak ważne jest regularne sprawdzanie włosów dziecka, szczególnie za uszami i przy karku, gdzie najczęściej można zauważyć gnidy. Szczegółowe wskazówki dotyczące skutecznych metod, w tym preparatów z apteki i sposobu wyczesywania, znajdziecie w artykule o tym, jak wszawica u dziecka — 5 skutecznych sposobów na pozbycie się wszy. Warto mieć tę wiedzę gotową, bo im szybciej się zareaguje, tym mniej czasu zajmie rozwiązanie problemu.
Dobra wiadomość jest taka, że problem można stosunkowo szybko opanować, pod warunkiem że wszyscy równolegle zareagują. Leczenie polega na zastosowaniu odpowiednich preparatów dostępnych w aptece oraz dokładnym wyczesaniu włosów. Często konieczne jest też powtórzenie kuracji po kilku dniach. O roli przedszkola w życiu dziecka warto myśleć szerzej — placówka jest partnerem w wychowaniu, ale odpowiedzialność za zdrowie dziecka zaczyna się w domu.
W przypadku powracającej wszawicy kluczowa jest jednoczesna reakcja wszystkich rodziców — bo nawet jeśli jedno dziecko nie zostanie wyleczone, problem szybko wróci.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/00063cb3dedb4e02c01e2dc21ac1b869,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/00063cb3dedb4e02c01e2dc21ac1b869,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Od roku mamy problem w przedszkolu z wszami. Dyrekcja nie reaguje, tylko pisze maile</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207841,dzieci-maja-nie-plakac-i-nie-tesknic-tak-w-praktyce-wyglada-adaptacja-w-wielu-przedszkolach</guid><link>https://mamadu.pl/207841,dzieci-maja-nie-plakac-i-nie-tesknic-tak-w-praktyce-wyglada-adaptacja-w-wielu-przedszkolach</link><pubDate>Sun, 05 Apr 2026 08:45:01 +0200</pubDate><title>Dzieci mają nie płakać i nie tęsknić. Tak w praktyce wygląda adaptacja w wielu przedszkolach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/898549983df67265d947d19db8604f42,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Adaptacja w przedszkolu często trwa znacznie dłużej niż kilka pierwszych tygodni uczęszczania do placówki. Dla wielu trzylatków to proces pełen emocji, tęsknoty i powrotów do punktu wyjścia po każdej chorobie. Rodzice coraz częściej mówią jednak, że w placówkach oczekuje się od dzieci przede wszystkim szybkiego dostosowania do zasad.

Przedszkole to tylko zasady i dostosowanie się do grupy?
Przedszkole – niezależnie od tego, czy jest to placówka publiczna, czy prywatna – może być dla dziecka miejscem najfajniejszym na świecie albo źródłem lęków i trudnych doświadczeń. Maluchy, które dopiero zaczynają swoją przygodę z przedszkolem, powinny mieć przestrzeń, by stopniowo oswoić się z nową rzeczywistością. 
W praktyce zwykle wygląda to tak, że adaptacja prowadzona jest jedynie przez pierwsze tygodnie nowego roku szkolnego. Później dzieci często muszą z dnia na dzień po prostu się przestawić i przystosować.
Tymczasem w pierwszym roku chodzenia do przedszkola prawdziwa adaptacja trwa znacznie dłużej – często wiele miesięcy. Wynika to z dużych różnic rozwojowych u trzylatków. Na tym etapie naprawdę ogromna jest różnica między dzieckiem urodzonym w marcu a tym, które przyszło na świat w listopadzie. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że dzieci w pierwszym roku bycia przedszkolakiem bardzo często chorują. Każda dłuższa nieobecność w placówce sprawia, że po powrocie trzeba niejako zaczynać adaptację od nowa.
Niestety zarówno same placówki ze swoimi zasadami, jak i niektórzy nauczyciele (mimo kierunkowego wykształcenia) nie zawsze potrafią to zrozumieć i uszanować. Ostatnio przeczytałam na Threads wpis pewnej mamy o nicku @the_lifeinmyeyes.
Dzieci potrzebują czasu na adaptację
Ta perspektywa – prawdopodobnie mamy przedszkolaka – pokazuje, że rodzicom małych dzieci naprawdę nie jest łatwo. Często przedszkola oczekują, że dziecko szybko dostosuje się do obowiązujących zasad: będzie posłuszne, spokojne i bezproblemowe. W tym wszystkim łatwo zapomnieć, że dzieci nie są maszynami. 
Tęsknią, przeżywają trudne emocje i potrzebują czasu, by nauczyć się funkcjonować w nowym środowisku. Czasami rzeczywiście potrzebna jest pomoc specjalistów, jednak znacznie częściej dziecku najbardziej potrzebne są czas, uwaga i czułość ze strony opiekunów. Bywa też, że jedyną trudnością jest po prostu niedojrzałość emocjonalna – dziecko musi dopiero dorosnąć do rzeczywistości, z którą spotyka się w przedszkolu.
W placówkach obowiązują odgórnie ustalone zasady i jest to zrozumiałe. Bez pewnej dyscypliny nauczyciele nie byliby w stanie pracować z grupą dzieci, która często liczy nawet 25 osób. Wychowawca i nauczyciel wspomagający – bo najczęściej jest ich tylko dwoje – nie są w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb maluchów jednocześnie. Zdarza się jednak, że przepisy i reguły zaczynają być stawiane wyżej niż dobro i komfort dziecka.
Na końcu warto jednak pamiętać, że przedszkole ma być przede wszystkim miejscem bezpiecznym i wspierającym rozwój najmłodszych. Adaptacja nie kończy się po dwóch czy trzech tygodniach – dla wielu dzieci jest to długi proces, wymagający cierpliwości zarówno od rodziców, jak i od nauczycieli. Im więcej zrozumienia i empatii w tym czasie otrzymają maluchy, tym większa szansa, że przedszkole stanie się dla nich przestrzenią, do której będą wracać z radością, a nie z lękiem.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/898549983df67265d947d19db8604f42,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/898549983df67265d947d19db8604f42,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dzieci do przedszkola przyzwyczajają się przez długie tygodnie.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/208205,nauczyciele-przedszkola-maja-nowy-postulat-do-premiera-chca-krotszego-czasu-pracy</guid><link>https://mamadu.pl/208205,nauczyciele-przedszkola-maja-nowy-postulat-do-premiera-chca-krotszego-czasu-pracy</link><pubDate>Thu, 26 Mar 2026 13:43:18 +0100</pubDate><title>Nauczyciele przedszkola mają nowy postulat do premiera. Chcą krótszego czasu pracy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/24ba82e3537abed3a8b520c25d260af3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nauczyciele przedszkolni chcą zmian w systemie i apelują o mniejsze grupy dzieci. Eksperci przekonują, że to kluczowe dla rozwoju najmłodszych i jakości edukacji. W liście do premiera Donald Tusk pojawił się też postulat skrócenia czasu pracy.

Nauczyciele powinni mieć mniejsze grupy przedszkolne
Praca nauczyciela w przedszkolu wygląda nieco inaczej niż ta w szkole. To również praca z dziećmi i przygotowywanie materiałów na zajęcia, ale także opieka nad kilkulatkami, dbanie o ich emocje i praca wychowawcza. Do tego nie ma tyle wolnego w wakacje czy ferie, ponieważ nauczyciele przedszkolni pełnią w placówkach dyżury. Teraz do premiera Donald Tusk skierowano list otwarty związany z warunkami pracy tej grupy pedagogów.
Eksperci w dziedzinie edukacji, którzy są jego autorami, domagają się zmian w warunkach zatrudnienia nauczycieli w przedszkolach. W dokumencie do szefa rządu zaznaczono, że chodzi o "organizację systemu edukacji [która] powinna uwzględniać szczególne potrzeby rozwojowe dzieci i opierać się na aktualnym stanie wiedzy naukowej".
Zaczęło się od pomysłu posłów partii Razem, którzy zaproponowali zmniejszenie limitu w grupach przedszkolnych z powodu niskiej dzietności.
Dzięki temu pedagodzy mieliby czas i przestrzeń na to, by bardziej skupić się na indywidualnej pracy z dziećmi. Teraz we wspomnianym liście pojawiły się kolejne postulaty, które miałyby wzmocnić jakość środowiska edukacyjnego dzieci w wieku przedszkolnym.
W liście po raz kolejny wspomniano o ograniczeniu liczebności grup do 18 dzieci, powołując się na badania. "Badania Blatchforda, Bassett i Brown wykazały, że zmniejszenie liczebności grup sprzyja zwiększeniu liczby interakcji nauczyciel-dziecko oraz poprawie jakości komunikacji językowej w środowisku edukacyjnym" – podkreślają eksperci. 
Mniejsze grupy mogłyby wesprzeć rozwój kompetencji dzieci, a także umiejętności językowe i społeczne. Dodatkowo zauważają, że mniejsza liczebność zwiększałaby bezpieczeństwo najmłodszych.
Mniej godzin pracy etatowej
Pojawił się też postulat zmniejszenia pensum dla nauczycieli, czyli ograniczenia liczby godzin pracy w placówce do 18 godzin tygodniowo – tak jak w przypadku pedagogów w szkołach. Obecnie etat nauczyciela przedszkolnego wynosi zazwyczaj 25 godzin dla grup dzieci 3-5 letnich, a 22 godziny dla grup z sześciolatkami (zerówki).
"Charakter pracy w tym obszarze obejmuje nie tylko samotność na stanowisku pracy podczas opieki nad dziećmi i prowadzenia zajęć dydaktycznych, lecz również planowanie działań edukacyjnych, przygotowywanie materiałów, prowadzenie obserwacji pedagogicznej oraz współpracę z rodzicami. W literaturze przedmiotu podkreśla się, że możliwość refleksji pedagogicznej oraz przygotowania zajęć stanowi istotny element jakości pracy nauczyciela" – czytamy w liście do premiera.
Specjaliści dodali też, że w przedszkolach często pojawiają się gotowe zestawy pakietów wydawniczych, czyli książek do pracy z kilkulatkami. Zwrócono uwagę, że ten etap edukacji jest zbyt wczesny na wprowadzanie takiej sformalizowanej nauki. Skomentowano to słowami: "rozwój poznawczy dzieci w wieku przedszkolnym opiera się przede wszystkim na zabawie, działaniu oraz spontanicznej aktywności".
Na razie premier nie odpowiedział oficjalnie na list otwarty ekspertów, wśród których znaleźli się m.in. członek Rady ds. Monitorowania Wdrażania Reformy Systemu Oświaty im. KEN, prezes zarządu Instytutu Spraw Obywatelskich oraz profesor Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
Źródło: samorzad.pap.pl
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/24ba82e3537abed3a8b520c25d260af3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/24ba82e3537abed3a8b520c25d260af3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nauczyciele w przedszkolach chcą mniejszej liczby godzin pracy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207763,przedszkole-jak-szpital-nauczycielka-polowa-grupy-nie-moze-wyjsc-na-plac-przez-alergie</guid><link>https://mamadu.pl/207763,przedszkole-jak-szpital-nauczycielka-polowa-grupy-nie-moze-wyjsc-na-plac-przez-alergie</link><pubDate>Fri, 13 Mar 2026 16:00:02 +0100</pubDate><title>Przedszkole jak szpital. Nauczycielka: &quot;Połowa grupy nie może wyjść na plac przez alergię&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/1aeb24bf907fc4a729337f2b2446215b,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Wiosna w przedszkolu może być wyzwaniem, gdy połowa dzieci w grupie zmaga się z alergią. Maluchy spędzają godziny w sali, mimo pięknej pogody, kichając, łzawiąc i smarkając. Nauczycielki codziennie muszą balansować między bezpieczeństwem dzieci a ich potrzebą ruchu na świeżym powietrzu.

Ostatnio rozmawiałam z nauczycielkami w grupie mojego syna i prawie nie mogłam uwierzyć własnym uszom. "Połowa grupy nie może wyjść na plac zabaw przez alergię" – powiedziała wychowawczyni, kiedy spytałam (z czystej ciekawości, bez złośliwości), dlaczego siedzą całe dnie w sali, skoro jest taka ładna pogoda. W głosie wychowawczyni dało się wyczuć głównie zmęczenie i rezygnację. 
Wiosna, ciepło, a dzieci w sali przez alergie
Wyobrażam sobie, jak to jest dla nich codziennie: piękna wiosenna pogoda, świeże powietrze, część dzieci roznosi energia i dopytują, czy pójdą na spacer albo na plac zabaw pogra w piłkę. A panie muszą trzymać kilkulatki w sali, bo jedno kichnie, drugie ma czerwone i łzawiące oczy, trzecie smarka się bez końca.
Rozmowa szybko zeszła na konkretne liczby. W jednej grupie jest 25 dzieci, z czego aż 8 ma poważne objawy alergiczne. U niektórych dzieci to pierwszy rok takich dolegliwości, bo rodzice nie zgłosili alergii wcześniej przy zapisie, a i w poprzednich latach dzieciakom nic nie było. 
Teraz jednak od kilku dni codziennie przychodzą do przedszkola ze swędzącymi oczami, które łzawią. Dzieciaki  są zakatarzone, panie zwracają uwagę rodzicom i tak w kółko. Nikt przecież nie dostanie L4 z powodu alergii, ale te maluchy mogłyby dostać chociaż jakieś leki przeciwalergiczne od pediatry…
Wyobraźcie sobie nauczycielki w tej sytuacji. Z jednej strony chcą korzystać z wiosny, wychodzić z dziećmi na plac, do ogrodu, na spacery. Z drugiej – muszą uważać, by dzieci z alergią nie narażać na silne reakcje. "Czasem czuję się jak w szpitalu" – przyznała nauczycielka. I naprawdę, patrząc na jej zmęczoną twarz, nie było mi trudno jej uwierzyć.
Rodzice powinni reagować jak najszybciej
To nie jest tylko kwestia kilku kichnięć. Silne reakcje alergiczne mogą prowadzić do problemów oddechowych, a przecież wiosna to czas pyłków, traw i kwitnących drzew. Co roku liczba dzieci z alergiami rośnie, a nauczyciele są pierwszą linią frontu. Z danych, o których pisze portal "Instant Doctor" alergie stały się już chorobą cywilizacyjną. "W samej Polsce na alergie choruje ok. 12 milionów osób – około 8 mln ma alergiczny nieżyt nosa, a 4 mln zmaga się z astmą" – czytamy. 
Jako mama patrzę na to z dwóch stron: współczuję dzieciom, które nie mogą cieszyć się w pełni zabawą na dworze, ale i pedagogom, którzy codziennie muszą balansować między zachowanie bezpieczeństwa dla kilkulatków a ich potrzebą ruchu i świeżego powietrza. 
Najtrudniejsze jest to, że dzieci w przedszkolu często przebywają po 8-9 godzin, a leki na alergię (np. krople do oczu) należałoby podawać częściej. Nauczyciele nie mają jednak prawa podawać ich swoim podopiecznym. I mimo że wiosna kusi słońcem i ciepłem, dzieci spędzają wiele godzin w sali, ograniczając ruch i swobodę.
To pokazuje, jak bardzo potrzebne jest zgłaszanie alergii przy zapisie do przedszkola. Ale też – jak trudna jest praca nauczycieli, którzy stają się prawie pielęgniarkami, nawet jeśli nie mają medycznego przygotowania. Patrząc na to z boku, trudno nie poczuć szacunku i wdzięczności.
Zgłaszajcie alergie wcześniej
Wiosna, jak widać, to również czas wyzwań – dla dzieci z alergią, dla rodziców, którzy nie zawsze wiedzą, jak trudna jest sytuacja w grupie, i dla nauczycielek, które codziennie z obserwują, jak mali alergicy radzą sobie wśród rówieśników.
Warto przy tym pamiętać, że alergie u dzieci nie są już rzadkością. Pediatrzy i alergolodzy alarmują, że coraz więcej maluchów reaguje na pyłki traw, drzew, kurz czy roztocza. Objawy mogą być różne – od łzawienia i kichania, przez katar, aż po poważniejsze problemy oddechowe, a w skrajnych przypadkach konieczna jest interwencja medyczna. 
Dla nauczycieli oznacza to konieczność ciągłej obserwacji każdego dziecka, szybkie reagowanie w razie pogorszenia stanu zdrowia i ograniczanie aktywności na świeżym powietrzu, nawet gdy dzieci bardzo tego potrzebują. Praca pedagoga w takich warunkach to ciągłe napięcie i stres. 
Dlatego tak istotne jest, aby rodzice już przy zapisie informowali o alergiach, a przedszkola mogły przygotować odpowiednie procedury bezpieczeństwa – inaczej codzienna opieka staje się nie tylko trudna, ale i stresująca zarówno dla dzieci, jak i dla personelu.
Źródło: instantdoctor.pl
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/1aeb24bf907fc4a729337f2b2446215b,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/1aeb24bf907fc4a729337f2b2446215b,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dzieci w przedszkolu z objawami alergicznymi to od kilku lat coraz większa plaga.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207253,dzieci-zaszczepione-z-pierwszenstwem-do-przedszkola-posel-ko-chce-zmian-men-milczy-od-miesiecy</guid><link>https://mamadu.pl/207253,dzieci-zaszczepione-z-pierwszenstwem-do-przedszkola-posel-ko-chce-zmian-men-milczy-od-miesiecy</link><pubDate>Mon, 09 Mar 2026 08:30:02 +0100</pubDate><title>Dzieci zaszczepione z pierwszeństwem do przedszkola? Poseł KO chce zmian, MEN milczy od miesięcy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/81c033a9dc10ab35a7630c245a602398,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Poseł Koalicji Obywatelskiej, Jarosław Wałęsa chce, by zaszczepione dzieci miały dodatkowe punkty w rekrutacji do przedszkoli publicznych. Interpelacja w tej sprawie trafiła do Ministerstwa Edukacji Narodowej 15 kwietnia 2025 roku, ale odpowiedzi wciąż brak. Termin przekroczono już o 289 dni.

Szczepienia a rekrutacja do przedszkoli 
Jarosław Wałęsa, poseł Koalicji Obywatelskiej, skierował 15 kwietnia 2025 r. interpelację do szefowej Ministerstwo Edukacji Narodowej w sprawie zasad przyznawania punktów podczas rekrutacji do przedszkoli publicznych. Polityk zaproponował, by dzieci objęte obowiązkowym kalendarzem szczepień mogły być premiowane dodatkowymi punktami.
W swoim piśmie podkreślił, że "z rosnącym niepokojem obserwuje sytuację związaną z procesem rekrutacji dzieci".
Zaznaczył również, że coraz więcej rodziców rezygnuje ze szczepień ochronnych.
Argument? Zdrowie publiczne i bezpieczeństwo dzieci
Wałęsa w swojej interpelacji napisał: "Coraz więcej rodziców uchyla się od obowiązku szczepień ochronnych swoich dzieci, co nie tylko naraża ich zdrowie, ale również stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego oraz bezpieczeństwa innych dzieci uczęszczających do tych placówek".
Dodał też: "Szczepienia ochronne to jedno z najskuteczniejszych narzędzi zapobiegania poważnym chorobom zakaźnym. Dzięki osiągnięciom nauki w tej dziedzinie znacząco ograniczono liczbę zachorowań i zgonów z powodu wielu chorób, które wcześniej stanowiły ogromne zagrożenie dla zdrowia publicznego. Mimo to, w ostatnich latach obserwujemy niepokojący wzrost liczby rodziców rezygnujących ze szczepień swoich dzieci".
Poseł zwrócił uwagę, że przedszkola to miejsca intensywnych kontaktów między dziećmi, co sprzyja rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych. Jak zaznaczył, potrzebne są rozwiązania systemowe, które "bez wykluczania żadnego dziecka do prawa do edukacji – będą jednocześnie wspierać rodziców dbających o zdrowie swoje i innych".
Pytania do resortu i brak odpowiedzi
W interpelacji polityk zapytał, czy MEN rozważa wprowadzenie takich zmian oraz kiedy ewentualnie mogłyby one wejść w życie. Interesowało go także, czy resort współpracuje z Ministerstwo Zdrowia w zakresie promocji szczepień, również poprzez mechanizmy rekrutacyjne zapisane w ustawach.
Zapytał też, jakie działania planuje MEN, by zwiększyć bezpieczeństwo zdrowotne dzieci w przedszkolach, szczególnie w kontekście chorób zakaźnych.
Jak wynika z regulaminu Sejmu, odpowiedź na interpelację powinna zostać udzielona w ciągu 21 dni. Resort 14 maja 2025 r. poprosił o przedłużenie terminu, ale od tego czasu nie przedstawił stanowiska. Termin został przekroczony już o 289 dni.
Źródło: WPROST.pl/sejm.gov.pl

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/81c033a9dc10ab35a7630c245a602398,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/81c033a9dc10ab35a7630c245a602398,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Bez szczepienia mniejsze szanse na przedszkole? Polityczna propozycja i cisza ze strony rządu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207286,nie-zgadzam-sie-ze-kosciol-wchodzi-do-przedszkola-z-buciorami-pomysl-z-wielkanocna-palma-ma-plusy</guid><link>https://mamadu.pl/207286,nie-zgadzam-sie-ze-kosciol-wchodzi-do-przedszkola-z-buciorami-pomysl-z-wielkanocna-palma-ma-plusy</link><pubDate>Sun, 08 Mar 2026 08:00:02 +0100</pubDate><title>Nie zgadzam się, że Kościół wchodzi do przedszkola z buciorami. Pomysł z wielkanocną palmą ma plusy</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/12a7e95e87e08bbeab41d17b836a8646,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Kościół w przedszkolu często budzi sprzeciw rodziców i obawy o granice świeckości. Tym razem jednak chodzi o coś innego – o palmy wielkanocne i rozmowę o tradycji bez religijnej presji. Ten pomysł nauczycielek naprawdę mi się spodobał, chociaż uważam, że religia w publicznej placówce nie powinna wpływać na pracę przedszkola.

Kościół nie zawsze wchodzi do przedszkola z buciorami
W Mama:Du często piszemy, że wprowadzanie religii do szkół i przedszkoli to zły kierunek. O tym, że menu w przedszkolu jest ustawione tak, żeby w piątki katolicy mogli jeść rybę albo że ksiądz ma wpływ na to, kiedy dyrekcja ustali godziny katechez. 
Sama wielokrotnie podnosiłam argument, że publiczna placówka nie powinna być miejscem związanym z religijnością, że dzieci są z różnych domów, z różnymi przekonaniami i że trzeba to szanować. I nadal tak uważam. A jednak dziś chcę napisać coś, co dla niektórych może brzmieć jak sprzeczność.
Chodzi o to, że jestem zachwycona pomysłem nauczycielek z przedszkola mojego dziecka.
Kilka dni temu dostaliśmy wiadomość z prośbą o przyniesienie do przedszkola bibuły, suszonych traw, wstążek, bazi. Dzieci będą przygotowywać palmy wielkanocne. Nie było w tej informacji ani słowa o obowiązku uczestnictwa w nabożeństwie, ani zaproszenia do kościoła, ani religijnej narracji. Była za to rozmowa z kilkulatkami o tradycji, o kulturze, o tym, że w wielu polskich domach Niedziela Palmowa to początek świątecznego czasu.
I właśnie to mnie ujęło.
Bo święta to nie tylko religia. To także element naszej historii i kultury. W Polsce wiele osób obchodzi Wielkanoc, choć do kościoła nie chodzi. Tak jak wiele rodzin ubiera choinkę w grudniu, choć nie wszystkie wierzą w religijny wymiar Bożego Narodzenia. 
Choinka już dawno przestała być symbolem kościelnego święta i stała się symbolem zimowych, rodzinnych chwil. Z palmą wielkanocną może być podobnie, jeśli pokażemy ją dzieciom jako część tradycji, a nie jako narzędzie religijnej indoktrynacji. Zaczynam też widzieć, że podobnie jest z koszykiem wielkanocnym.
Robienie palmy: okazja do rozmowy o historii
Zajęcia przedszkolne o palmach to świetny pretekst do rozmowy o tym, jakie są w Polsce zwyczaje, skąd się wzięły i jak różnią się w zależności od regionu. W niektórych miejscowościach palmy są skromne i symboliczne, w innych przypominają kilkumetrowe, kolorowe konstrukcje, z których słyną choćby Kurpie czy Małopolska. To przecież fascynujący kawałek lokalnej historii i powód do dumy dla małych mieszkańców tych miejsc.
Można opowiadać dzieciom o wiośnie, o odradzającej się przyrodzie, o dawnych obrzędach związanych z końcem zimy. Można mówić o tym, że tradycje zmieniają się z czasem, że część z nich ma korzenie religijne, a część ludowe. Nie trzeba przy tym wprowadzać kilkuletnich dzieci w dramatyczne opowieści o męce i śmierci Jezusa. Na takie rozmowy przyjdzie czas później, jeśli rodzice uznają je za potrzebne.
Przedszkole mojego dziecka nie próbuje nikogo nawracać. Daje dzieciom narzędzie do poznania świata, w którym żyją. Pokazuje, że jesteśmy częścią większej historii, że pewne symbole powtarzają się od pokoleń i że warto wiedzieć, skąd się wzięły. W kraju o tak silnych tradycjach jak Polska całkowite odcięcie się od kontekstu kulturowego byłoby po prostu chyba wręcz niemożliwe.
Wciąż uważam, że granica między edukacją a religią musi być w publicznych placówkach wyraźna. Ale doceniam podejście nauczycielek, które potrafią mówić o tradycji bez nachalności i bez oceniania czy ktoś chodzi do kościoła. Takie zajęcia nie wykluczają nikogo, a mogą stać się okazją do rozmowy w domu o tym, kim jesteśmy, jakie zwyczaje pielęgnujemy i dlaczego.
Czasem naprawdę chodzi tylko o bibułę, wstążki i wspólne tworzenie czegoś kolorowego przez maluchy. 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/12a7e95e87e08bbeab41d17b836a8646,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/12a7e95e87e08bbeab41d17b836a8646,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rozmowa o wielkanocnych palmach w przedszkolu to też nauka o kulturze i tradycji.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207298,przedszkolny-konkurs-obnazyl-podejscie-rodzicow-faworyzuja-dzieci-na-potege</guid><link>https://mamadu.pl/207298,przedszkolny-konkurs-obnazyl-podejscie-rodzicow-faworyzuja-dzieci-na-potege</link><pubDate>Tue, 03 Mar 2026 13:52:37 +0100</pubDate><title>Przedszkolny konkurs obnażył podejście rodziców. Faworyzują dzieci na potęgę</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c5194fc1208749206432cff6b1bdb6e2,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />"Dlaczego moje dziecko nie dostało nagrody?" – to pytanie coraz częściej wybrzmiewa w przedszkolnych salach. Konkurs recytatorski stał się punktem zapalnym do dyskusji o roszczeniowej postawie rodziców i faworyzowaniu dzieci. Dziś niestety rodzice uczą swoje pociechy, że wyścig szczurów to coś naturalnego i pozwalają im unikać porażek za wszelką cenę.

"Dlaczego moje dziecko nie dostało nagrody?!"
W dzisiejszym świecie obserwuję dwa typy rodziców: takich, którzy lekceważą wszelkie zalecenia, apele ekspertów i wyniki badań naukowych, oraz takich, którzy są nadopiekuńczy i na każdym kroku starają się maksymalnie ułatwić dziecku życie, chroniąc je przed każdą, nawet najmniejszą trudnością.
 Kiedy patrzę na ojców i matki w swoim otoczeniu, widzę, że niewielu potrafi znaleźć w rodzicielstwie złoty środek.
Wyraźnie widać to choćby podczas przedszkolnych konkursów artystycznych. 
Chyba każdy rodzic widział wystawę prac przedszkolaków, na której bez trudu można odróżnić dzieła wykonane przez pięciolatki od tych przygotowanych przez dorosłych. Oczywiście rolą opiekunów jest wspierać dzieci w takich przedsięwzięciach, ale nie wyręczać ich całkowicie – zwłaszcza gdy później to maluch odbiera nagrodę za pracę, której sam nie wykonał.
O podobnej sytuacji napisała ostatnio na Threads nauczycielka przedszkolna. Opisała konkurs recytatorski, do którego nauczyciel z każdej grupy miał wytypować dziecko z grupy jako reprezentanta. 
Po ogłoszeniu decyzji zgłosiła się do niej mama jednego z podopiecznych z pretensją, dlaczego nie wybrano jej dziecka, skoro – jak twierdziła – bardzo tego chciało i ma wyjątkowy talent. 
Nauczycielka wyjaśniła, że chciała dać szansę także innym dzieciom i nie zamierza nikogo faworyzować. 
Autorka wpisu ostatecznie usunęła post, komentując, że pod jej adresem pojawiła się fala krytyki. Przyznała później, że nie spodziewała się aż tak negatywnej reakcji odbiorców. Napisała następująco: 
Od małego wyścig szczurów
Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo brakuje nam dziś dystansu i krytycznego spojrzenia na własne postawy rodzicielskie. Wielu komentujących zapewne uznało, że obowiązkiem dorosłych jest bezwzględne wspieranie talentów dziecka i "dmuchanie w jego skrzydła". I samo w sobie jest to słuszne podejście – problem zaczyna się wtedy, gdy wsparcie zamienia się w presję, a oczekiwanie wyjątkowego traktowania prowadzi do faworyzowania jednych kosztem innych.
Dla mnie nauczyciel wciąż pozostaje autorytetem. To osoba, która spędza z dziećmi wiele godzin dziennie, obserwuje je w różnych sytuacjach i zna dynamikę grupy. Ufam, że decyzja o wyborze reprezentanta nie jest przypadkowa. 
Tymczasem coraz częściej można odnieść wrażenie, że część rodziców podważa kompetencje pedagogów przy pierwszej decyzji, która nie jest zgodna z ich oczekiwaniami. Wystarczy, że coś – w ich ocenie – "szkodzi" dziecku, by uznać nauczyciela za winnego.
To właśnie w takich momentach zaczyna się niebezpieczny trend: przekonanie, że moje dziecko jest najlepsze, a jeśli świat tego nie dostrzega, to znaczy, że świat – a zwłaszcza nauczyciele – się myli. 
A przecież wychowanie to nie nieustanne udowadnianie wyjątkowości, lecz uczenie radzenia sobie z porażką, czekania na swoją kolej i akceptowania faktu, że inni też mają swoje talenty.
Może więc zamiast walczyć o każdą nagrodę i każdą okazję do bycia popularnym, warto czasem pozwolić dziecku doświadczyć, że nie zawsze jest czy będzie w centrum uwagi – i że to wcale nie odbiera mu wartości. Bo pewność siebie nie powinna rodzić się z wygranych konkursów. Powinna być budowana przez rodziców i innych dorosłych w zdrowych relacjach i szacunku do innych.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c5194fc1208749206432cff6b1bdb6e2,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c5194fc1208749206432cff6b1bdb6e2,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nauczyciele powinni dawać wszystkim przedszkolakom takie same szanse.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207289,napisala-wprost-ze-zlobek-niszczy-dziecinstwo-w-komentarzach-zawrzalo</guid><link>https://mamadu.pl/207289,napisala-wprost-ze-zlobek-niszczy-dziecinstwo-w-komentarzach-zawrzalo</link><pubDate>Tue, 03 Mar 2026 10:12:18 +0100</pubDate><title>Napisała wprost, że &quot;żłobek niszczy dzieciństwo&quot;. W komentarzach zawrzało</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/00bf6fbde3432f6c68a6540fb19b202a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Na serwisie Threads pojawił się wątek, który wywołał prawdziwą burzę wśród rodziców. Autorka napisała w nim wprost: "Dziecko, które matka oddaje do żłobka, na starcie ma już zniszczone dzieciństwo". Pod wpisem natychmiast pojawiły się dziesiątki komentarzy – od ostrej krytyki po osobiste wyznania.

"Zniszczone dzieciństwo" – jedno zdanie, które podzieliło rodziców
Autorka posta na Threads postawiła sprawę bardzo radykalnie. Jej zdaniem już samo oddanie dziecka do żłobka oznacza dla niego stratę na starcie.
Nie było w tym miejscu na niuanse ani pytania o sytuację rodzin. Nie ma się co dziwić, że jej słowa wywołały silną reakcję – szczególnie wśród matek, które po urodzeniu dziecka po prostu musiały wrócić do pracy, bo nie miały innego wyjścia. 
"Ojciec oczywiście nie oddaje?"
Niektóre komentarze punktowały jednostronność wypowiedzi. Jedna z osób napisała krótko i dosadnie:
"Ojciec oczywiście nie oddaje, wszystko jest winą matek?".
Inna internautka zwróciła uwagę na brak dowodów i życiowe realia:
"Nie masz na to dowodów. Nie wiesz, jakie są warunki w każdym żłobku. Jesteś uprzywilejowana, bo możesz sobie na to pozwolić i w związku z tym myślisz, że fajnie będzie wpędzić inne matki w poczucie winy. Zapominasz jak niska jest dzietność w tym kraju, Jeśli tylko kobiety które będą mogły pozwolić sobie na 3 lata przerwy w pracy zostaną matkami to nie zobaczysz emerytury".
W tych słowach widać złość, ale też zmęczenie ciągłym ocenianiem matek.
Głos z przedszkola: "Te żłobkowe emocjonalnie leżą"
W dyskusji pojawił się również bardzo mocny komentarz osoby pracującej w przedszkolu:
"Ja dosłownie pracując w przedszkolu jestem w stanie powiedzieć, które dzieci chodziły do żłobka, a które nie. Te żłobkowe emocjonalnie leżą. Kto w ogóle wymyślił, żeby takimi maluchami, które uczą się co i jak, zajmowały się baby, które sobie mogą zrobić szybciutki kurs, a taka nauczycielka przedszkola 5 lat studiów i masa praktyk. Te baby się na niczym nie znają. Najlepiej postraszyć dzieci, wydrzeć się na nie, taka droga jest najłatwiejsza".
Ten wpis tylko dolał oliwy do ognia. Część osób przyznała, że ma złe doświadczenia ze żłobkami, inni uznali takie uogólnienia za krzywdzące.
"Nie każdego stać na ten przywilej"
Wątek skręcił też w stronę ekonomii i realiów życia. Jedna z użytkowniczek napisała:
"Ja chciałabym, aby przez pierwsze 3 lata swojego życia moje dzieci były ze mną i jak najwięcej również z moim mężem. Dlatego narazie skupiamy na własnym rozwoju po to, żeby później móc pozwolić sobie na fajny rozwój dla naszych dzieci".
Na to odpowiedziała kolejna osoba:
"Jak najbardziej to się ceni, tylko trzeba zwrócić uwagę na to, że nie każdego na taki przywilej stać. Są rodziny, w których matka musi pracować, bo z pensji jej męża nie wystarczy na wszystkie opłaty, niekiedy dziadkowie też nie pomagają, bo np. mieszkają w innym mieście. Sytuacje są różne. Warto czasem oddać się jakimś refleksjom :) Super, że możecie skupić się na rozwoju swoim i dziecka".
Pojawił się też głos zgodny z autorką posta:
"Uważam że dziecko przez pierwsze lata powinno być przy matce... więc skąd zdziwienie?".
"Mimo żłobka mamy niesamowitą więź"
Wśród komentarzy były także spokojniejsze, osobiste historie:
"Moje dziecko uczęszczało do żłobka, bo nie miałam innej opcji. Mimo to, patrząc na jej rozwój, jestem przekonana, że to była dobra decyzja. Rozwinęła się emocjonalnie, nauczyła się funkcjonować w grupie, budować relacje z rówieśnikami. Mimo że spędzała czas w żłobku, mamy niesamowitą więź. Uważam, że ocenianie rodziców przez pryzmat tego, czy oddają dziecko do żłobka, jest niesprawiedliwe. Nie każdy ma możliwość bycia w domu z dzieckiem, nie każdemu sprzyjają zaangażowani dziadkowie".
Te komentarze pokazują, że rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała. Dla jednych żłobek to konieczność, dla innych świadomy wybór.
A Wasze dzieci chodziły do żłobka?

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/00bf6fbde3432f6c68a6540fb19b202a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/00bf6fbde3432f6c68a6540fb19b202a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;Dziecko oddane do żłobka ma zniszczone dzieciństwo&quot;. Internauci nie zostawili na niej suchej nitki</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207148,w-przedszkolu-syna-nie-wychodza-bo-pada-mnie-zachwycil-film-z-kilkulatkami-w-blocie-po-pas</guid><link>https://mamadu.pl/207148,w-przedszkolu-syna-nie-wychodza-bo-pada-mnie-zachwycil-film-z-kilkulatkami-w-blocie-po-pas</link><pubDate>Sat, 28 Feb 2026 14:00:01 +0100</pubDate><title>W przedszkolu syna nie wychodzą, bo pada. Mnie zachwycił film z kilkulatkami w błocie po pas</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/fa90c67d8b08cdc64f7487a5b0a005cb,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dzieci potrzebują swobody w doświadczaniu świata – także wtedy, gdy pada deszcz i wszędzie jest błoto, co pod koniec zimy nie jest niczym dziwnym. Zabawa na świeżym powietrzu, kontakt z naturą i brudne kolana wspierają rozwój oraz odporność dzieci lepiej niż sterylna sala. Leśne przedszkola pokazują, że prawdziwe dzieciństwo zaczyna się tam, gdzie kończy się nadmierna kontrola.

Dzieci potrzebują swobody w doświadczaniu świata
Jestem mamą dwóch chłopców i każdy, kto wychowuje synów, wie, że to trochę inny wymiar rodzicielstwa. Nie ukrywam, że moje dzieci czasem skaczą po meblach, bawiąc się w "podłoga to lawa", bywa, że sprzedadzą sobie kuksańca, a najlepszą rozrywką okazuje się walka na miecze, za które robią kupione w Zakopanem ciupagi.
Bez wahania wskakują w kałuże, przemierzają z tatą las i nie straszne im żadne drzewo, gdy ktoś wspomina o wspinaczce.
Od najmłodszych lat intuicyjnie starałam się wspierać ich rozwój, dając im bezpieczną przestrzeń do spożytkowania tych niekończących się pokładów energii. 
Chcieli skakać w kałużach i wysmarować się błotem? W porządku – zakładaliśmy odpowiednie ubrania funkcjonalne (szczerze polecam second handy, bo takie rzeczy potrafią sporo kosztować, a tych z drugiej ręki mniej szkoda) i po deszczu ruszaliśmy na osiedle w poszukiwaniu największych kałuż.
Czasem ten brud, zimno i "puszczenie dzieci samopas" bywają dla rodziców trudne. Żyjemy w instagramowej bańce, w której dzieci mają być czyste, ładne i estetyczne. 
Tymczasem pozwalanie na wspinanie się po drzewach, babranie w błocie czy kopanie w piasku i leśnym runie to jedne z najlepszych zabaw – wspierają nie tylko rozwój motoryczny, ale i odporność. 
Dziś, kiedy moi synowie mają 8 i 6 lat, wyraźnie widzę, że takie wychowanie dało im pewność siebie i – co równie ważne – większą odporność na infekcje. Kiedy więc zobaczyłam nagranie z pewnego leśnego przedszkola, które publikuje materiały na Instagramie, byłam zachwycona. 
Przez chwilę żałowałam, że w publicznej placówce, do której chodzą moje dzieci, nauczycielom często brakuje odwagi na tak śmiałe zajęcia terenowe. Jednocześnie poczułam ogromną radość, że takie miejsca istnieją, pokazują swoją codzienność w sieci i normalizują fakt, że dzieciństwo to brud, bałagan i fantastyczna przygoda odkrywania świata przez doświadczanie.
Wspaniała zabawa w błocie
Na filmie, który wyświetlił mi się w feedzie, przedszkolaki stoją w kaloszach i przeciwdeszczowych ubraniach po kostki w kałużach. Ktoś polewa je z wiadra brudną, błotnistą wodą. Po dzieciach widać, że to dla nich czysta radość i że nie jest to sytuacja wyjątkowa, a element codzienności. 
Idea leśnych przedszkoli polega przecież na tym, by jak najwięcej czasu spędzać na świeżym powietrzu – w naturze. 
Tylko część zajęć odbywa się w budynkach. Stawia się tam na budowanie samodzielności, zaradności i pewności siebie poprzez swobodę działania – oczywiście kontrolowaną i bezpieczną dla kilkulatków.
Pod filmem prowadzący profil @polana_wolnychdzieci napisali: "W jurcie czeka na nas ciepły obiad, więc trzeba szybciutko się wykąpać. 
Na wszystko znajdziemy sposób! [...] Jeśli myślisz o alternatywnej edukacji bliżej natury, jeśli chcesz, żeby twoje dziecko miało dzieciństwo, które się pamięta – spotkajmy się na Polanie. Tworzymy społeczność rodzin, które wierzą, że najlepsza sala zabaw ma niebo zamiast sufitu". Na wideo pojawia się też napis: "Kiedy błotko wejdzie za bardzo!".

                
                    
                
                Mnie – jako wyluzowaną mamę chłopców, która tego luzu i zgody na brudne zabawy musiała się nauczyć – ten film zachwyca. Wiem jednak, że wciąż jest wielu rodziców, którzy oglądając takie nagranie, przeżywają szok i niedowierzanie. 
Widuję ich w szkole i przedszkolu moich dzieci – to ci, którzy nie potrafią odpuścić kontroli i chcieliby, by ich pociechy zawsze były czyste, grzeczne i poukładane. Tylko że takie sterylne dzieciństwo bywa zwyczajnie smutne i może pozostawiać braki w doświadczeniach, które budują sprawczość i odporność. 
Nie twierdzę, że każdy musi zapisać dziecko do leśnego przedszkola. Wierzę jednak, że na takim doświadczaniu można tylko zyskać. Warto więc czasem odpuścić perfekcjonizm i nadmierną kontrolę. Pozwolić dziecku wrócić do domu z mokrymi skarpetkami, brudnymi kolanami i szerokim uśmiechem. 
Bo to właśnie w tych chwilach – w błocie, na drzewie, w kałuży – buduje się prawdziwe dzieciństwo. A wraz z nim odporność, odwaga i przekonanie, że świat jest miejscem do odkrywania, a nie jedynie do omijania przeszkód. I na koniec: nie ma złej pogody na zabawę na świeżym powietrzu – są tylko dzieci nieodpowiednio ubrane do pogody ;-) 
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/fa90c67d8b08cdc64f7487a5b0a005cb,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/fa90c67d8b08cdc64f7487a5b0a005cb,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rodzice powinni nauczyć się odpuszczac kontrolę i dać się dzieciom pobrudzić.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207190,przedszkola-pekaja-w-szwach-od-6-00-do-16-00-bo-nie-ma-wyboru-rodzice-maja-zal-do-nauczycieli</guid><link>https://mamadu.pl/207190,przedszkola-pekaja-w-szwach-od-6-00-do-16-00-bo-nie-ma-wyboru-rodzice-maja-zal-do-nauczycieli</link><pubDate>Thu, 26 Feb 2026 15:55:08 +0100</pubDate><title>Przedszkola pękają w szwach od 6:00 do 16:00, bo &quot;nie ma wyboru&quot;. Rodzice mają żal do nauczycieli</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/90812164ef2ea7c622aea3acfb457a15,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Przedszkola są otwarte od 6:00 do 16:00, a część dzieci spędza w nich niemal cały dzień. Coraz więcej rodziców słyszy od nauczycielek gorzkie komentarze: "Po co mieć dzieci, jeśli nie ma się dla nich czasu?". Dorośli nie kryją oburzenia. W listach do redakcji piszą wprost: bez wsparcia dziadków i elastycznej pracy przedszkole nie jest wyborem, lecz koniecznością – a ocenianie ich sytuacji tylko pogłębia podziały.

Rodzice źli na nauczycieli za krytyczną ocenę
Na Mama:Du opublikowaliśmy ostatnio artykuł o nauczycielkach oburzonych tym, że dzieci spędzają w przedszkolu całe dnie. W tekście "Przedszkola są pełne dzieci od 6:00 do 16:00. Nie macie czasu, nie miejcie dzieci" pokazaliśmy, że dla wielu pracujących rodziców to konieczność, nie wybór. 
Cytowaliśmy pedagog, która żałowała dzieci przebywających tak długo w placówce, a w komentarzach padły jeszcze ostrzejsze słowa pod adresem rodziców.
Zwróciliśmy jednak uwagę, że sytuacja rzadko jest zero-jedynkowa – nie każdy ma wsparcie bliskich, część osób samotnie wychowuje dzieci, inni mierzą się z trudną sytuacją zawodową. 
Po publikacji otrzymaliśmy wiele maili od czytelniczek. Część rodziców nie kryje złości, że są tak łatwo szufladkowani i oceniani.
Inna czytelniczka dodała:
Opinią podzieliła się też ze mną redakcyjna koleżanka, Justyna: 
Nie zawsze mamy wybór, czyli o rodzicach złych na siebie
Są też rodzice, którzy nie czują złości wobec nauczycieli komentujących w ten sposób ich decyzje, ale odczuwają ogromne wyrzuty sumienia, że to właśnie oni są tymi matkami i ojcami, których krytykują wspomnani pedagodzy. Często są to osoby, które po prostu nie mają innego wyboru. 
Przyznaję, że sama jestem takim rodzicem. Razem z mężem wychowujemy dwójkę dzieci i nie mamy codziennej pomocy ze strony rodziny. 
Oczywiście moi rodzice pomagają nam w opiece – w sytuacjach wyjątkowych zaprowadzają i odbierają moich synów z przedszkola i szkoły, bo mieszkamy w tym samym mieście. Oboje jednak pracują zawodowo, więc nie mogę i nie chcę angażować ich w "drugi etat" bycia dziadkami po godzinach swojej pracy zawodowej.
Zwykle odbieramy dzieci około 15:00-16:00. Mąż pracuje zmianowo i kiedy kończy po 14:00, od razu po pracy może odebrać dzieci z przedszkola i szkolnej świetlicy. Gdy ma drugą zmianę, to ja muszę organizować wszystko inaczej. Tu zdaję sobie sprawę, że mam łatwiej, bo pracuję zdalnie i czasami w czasie przerwy na obiad – zamiast jeść – korzystam z możliwości odebrania dzieci z placówek.
To i tak rodzi we mnie wyrzuty sumienia, bo w grupach moich synów jest wielu rodziców niepracujących lub wspieranych przez dziadków. Efekt jest taki, że moje dzieci należą do ostatnich odbieranych, a ja zmagam się z poczuciem winy.
O podobnych doświadczeniach napisała do mnie pani Patrycja, mama bliźniaków:
O stanowisko w tej sprawie postanowiłam zapytać nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej, Kingę Korgul, pracującą w jednej z warszawskich szkół podstawowych, która jest także mamą niespełna dwuletniego dziecka.
Rodzice często po prostu nie mają wyjścia – stąd te długie godziny przebywania dzieci w placówkach. Nauczyciele w dużej mierze to rozumieją. Żyjemy w czasach, gdy coraz mniej rodzin może liczyć na codzienne wsparcie bliskich, dlatego to rodzice sami organizują opiekę nad dziećmi.
Faktem jest, że matki i ojcowie pracujący na 8-godzinnych etatach często muszą jeszcze dojechać do miejsca pracy i wrócić do domu. – W dużych miastach takich jak np. Warszawa rodzice są sami, zdani na siebie. Muszą pracować, by utrzymać dom. Nie mają wsparcia bliskich. Wtedy tym wsparciem jest przedszkole i szkoła – zauważa pani Kinga.
Niektórzy opiekunowie zasłużyli na krytyczne komentarze
Jako nauczycielka pracująca z 6-latkami w zerówce, pani Kinga zaznacza:
I dodaje:
– Myślę, że nauczycieli pracujących w przedszkolu mogą irytować sytuacje, w których niepracujące mamy zostawiają dziecko na całe dni w placówce, a same potrafią stać pod nią kilka godzin i plotkować. To trochę gryzie w oczy... Bo wiadomo dziecko w grupie rozwija się dużo lepiej. Jednak ten czas z bliskimi jest równie ważny. Wszędzie powinna być równowaga. A jeśli rodzice pracują należy ich wspierać w rozwoju dziecka, a nie ich linczować – podkreśla pedagożka.
Ta dyskusja pokazuje jedno: za każdymi długimi godzinami, które dziecko spędza w przedszkolu stoi indywidualna sytuacja rodzinna, jej możliwości, ograniczenia i codzienne wybory. Łatwo jest oceniać z boku – znacznie trudniej spróbować zrozumieć, że nie każdy ma wsparcie dziadków, elastyczną pracę czy komfort finansowy pozwalający zrezygnować z etatu. 
Zamiast przeciwstawiać sobie rodziców i nauczycieli, warto szukać wspólnej perspektywy – bo po obu stronach są dorośli, którym zależy na dobru dzieci. A tam, gdzie pojawia się wzajemne zrozumienie, jest też miejsce na realne wsparcie, a nie na poczucie winy i wzajemne pretensje. 
Gdyby nauczyciele przestali krytykować rodziców i postarali się ich zrozumieć, ich współpraca w wielu sytuacjach byłaby bardziej owocna, a to przełożyłoby się na pozytywny rozwój dzieci, nie sądzicie?
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/90812164ef2ea7c622aea3acfb457a15,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/90812164ef2ea7c622aea3acfb457a15,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rodzice mają żal do nauczycieli przedszkolnych z powodu braku wsparcia w wychowaniu.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/207031,przedszkola-sa-pelne-dzieci-od-6-00-do-16-00-nie-macie-czasu-nie-miejcie-dzieci</guid><link>https://mamadu.pl/207031,przedszkola-sa-pelne-dzieci-od-6-00-do-16-00-nie-macie-czasu-nie-miejcie-dzieci</link><pubDate>Mon, 23 Feb 2026 13:00:02 +0100</pubDate><title>Przedszkola są pełne dzieci od 6:00 do 16:00. &quot;Nie macie czasu, nie miejcie dzieci&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/62f2cd0d8aa7fb5563c57e27aab32dec,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy rodzice, którzy zostawiają dzieci w przedszkolu od 6:00 do 16:30, naprawdę nie mają czasu być rodzicami? W sieci zawrzało po mocnym komentarzu na Threads, która nie wierzy, że oboje rodzice pracują w takich godzinach. Tylko że za każdą taką historią kryje się coś więcej niż wygoda czy brak zaangażowania...

Rodzice zostawiają dzieci w przedszkolu na cały dzień
Jakiś czas temu w mediach społecznościowych trwała dyskusja o tym, że przedszkola powinny być otwarte nawet do 20:00. Chodziło o fakt, że rodzice pracują zmianowo, czasem mają wolne poranki, za to wieczorami przydałaby im się opieka dla dzieci. 
Rodzice funkcjonują w różnych systemach pracy – nie każdy pracuje od 9:00 do 17:00. Niestety, nauczyciele nie zawsze to rozumieją, ale jest też wiele innych osób, które są przekonane, że wszyscy pracują tylko kilka godzin dziennie.
Ostatnio na Threads pojawił się taki wpis:
Jako osoba pracująca w większości zdalnie być może mam komfort, którego wielu rodziców nie ma. Staram się jednak ich rozumieć – sama wychowałam się w domu, w którym oboje rodzice pracowali, dojeżdżając do pracy kilkadziesiąt kilometrów. 
Często słyszy się zarzut, że przecież niemożliwe, aby oboje pracowali od rana do nocy, więc ktoś mógłby wcześniej odbierać dziecko z placówki. Tyle że nie każdy żyje według jednego, wygodnego scenariusza.
Warto pamiętać, że ludzie pracują w systemie zmianowym, często po 12 godzin. Niektórzy wychowują dzieci samodzielnie albo opiekują się nimi w pojedynkę, gdy drugi rodzic pracuje za granicą. Inni nie mają wsparcia dziadków, a po ośmiu godzinach pracy czeka ich jeszcze godzina dojazdu do domu. Sytuacje rodzinne są naprawdę bardzo różne. Wystarczyłaby odrobina empatii i życzliwości zamiast oceniania i komentowania cudzych wyborów.
Rodzice serio nie robią tego specjalnie
Myślicie, że jeśli ktoś kocha swoje dzieci, nie ma wyrzutów sumienia, że spędzają one w placówce 9-10 godzin dziennie? Jestem przekonana, że wielu rodziców zmaga się z takimi emocjami. Tyle że obowiązki zawodowe często nie pozwalają odebrać dziecka po obiedzie o 13:00 i spędzić z nim spokojnego, budującego relację popołudnia. Generalizowanie tego słowami: "Serio, nie macie czasu - nie miejcie dzieci" jest po prostu krzywdzące.
Takim tokiem myślenia coraz częściej posługują się młodzi ludzie. Część z nich podchodzi do rodzicielstwa – lub rezygnacji z niego – bardzo świadomie i odpowiedzialnie. Są jednak i tacy, którzy stawiają rozrywkę, podróże czy życiowy komfort wyżej niż decyzję o posiadaniu potomstwa. Im nikt nie wypomina, że nie decydują się na dzieci, choć teoretycznie "mają czas".
Może więc zamiast krytykować i osądzać rodziców, warto spróbować zrozumieć, że za każdą decyzją stoi czyjaś konkretna historia, zmęczenie, rachunki do zapłacenia i często ogromne poczucie odpowiedzialności. Pięknie napisała o tym ta osoba komeptująca wpis: 
Rodzicielstwo nie zawsze wygląda tak, jakbyśmy chcieli, ale to nie znaczy, że jest mniej prawdziwe, mniej zaangażowane czy mniej pełne miłości. Empatia naprawdę nic nie kosztuje, a może oszczędzić komuś kolejnych wyrzutów sumienia, których rodzice i tak mają aż nadto.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/62f2cd0d8aa7fb5563c57e27aab32dec,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/62f2cd0d8aa7fb5563c57e27aab32dec,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Rodzice czasami zostawiają dzieci w przedszkolu na więcej niż 8 godzin.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206935,8-latkowie-nie-umieja-zawiazac-sobie-butow-psycholog-rodzice-niszcza-dzieci-nadopiekunczoscia</guid><link>https://mamadu.pl/206935,8-latkowie-nie-umieja-zawiazac-sobie-butow-psycholog-rodzice-niszcza-dzieci-nadopiekunczoscia</link><pubDate>Sat, 21 Feb 2026 15:47:10 +0100</pubDate><title>8-latkowie nie umieją zawiązać sobie butów. Psycholog: &quot;Rodzice niszczą dzieci nadopiekuńczością&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/b76fa942d66a75e8f812585edf2a30d7,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Czy też macie wrażenie, że współczesne dzieci są mniej samodzielne niż jeszcze kilkanaście lat temu? Psycholog Karolina Martin tłumaczy, jak nadopiekuńczość wpływa na rozwój dziecka oraz jego odporność psychiczną. I ostrzega – jeśli dziś wyręczamy dziecko, jutro może być ono wyjątkowo bezradne w życiu.

Martyna Pstrąg-Jaworska: Przeraża mnie to, że dzisiaj 8-latek nie umie sobie zawiązać butów. Czy rzeczywiście 15-20 lat temu dzieci były bardziej samodzielne? 
Karolina Martin, psycholog: Tak, to prawda, że dziś dzieci są mniej samodzielne. Jest jednak kwestia tego, że – choć ewolucyjnie od tych kilkudziesięciu lat się nie zmieniliśmy – od czasu pokolenia, które dziś jest rodzicami, zmieniło się podejście do opieki i wychowania. Rodzice, którzy dziś mają dzieci w wieku 4-5 lat, przecież sami też mają jakiś bagaż doświadczeń.
M. P-J.: Czy pani również – jako ekspertka, ale i mama, zauważa, że dzisiejsze 4-latki mają dużo mniej umiejętności, które jeszcze 15 lat temu dla takich dzieci były normą?
K.M.: Tak, możemy tak w dużym uproszczeniu powiedzieć.
M. P-J.: Skąd się bierze ten brak samodzielności dzieci?
K.M.: Często z doświadczeń rodziców. Wielu z nich w dzieciństwie musiało być "zbyt samodzielnych" emocjonalnie – musieli radzić sobie bez wsparcia dorosłych. 
Nie chodzi tu o takie podstawowe czynności jak ubieranie się, przygotowanie jedzenia, chodzenie do szkoły czy zabawa na podwórku, tylko o zadbanie o emocje. 
M. P-J.: Moje pokolenie biegało po podwórku z kluczem na szyi, a w domu musiało odgrzać sobie obiad. Jak to możliwe, że to samo pokolenie wychowało dzieci, które mają problem ze zrobieniem sobie kanapki?
K.M.: Właśnie z powodu tego, że im samym zabrakło zaopiekowania się nie w sensie fizycznym, a emocjonalnym. Dziś, chcąc tego uniknąć, wpadają w drugą skrajność. Ci rodzice myślą, że jeśli będą tak bardzo obecni i będą robić za to dziecko wszystko dookoła, to będą mieli poczucie kontroli. 
Oni chcą w ten sposób zapewnić samych siebie, że są dobrymi rodzicami. Trzeba jednak wiedzieć, że bez pozwolenia dziecku na sprawczość i samodzielność, ono nie zbuduje pewności siebie. 
M. P-J.: Czy możemy więc powiedzieć, że dzisiejsi rodzice niszczą dzieci nadopiekuńczością?
K.M.: Tak, choć to wynika z tego, że oni tak bardzo chcą tak wszystko swoim dzieciom zapewnić, że nie zawsze to widzą. Chcą po prostu być tak bardzo bliscy i zaangażowani, że nie umieją znaleźć w tym równowagi. W takiej sytuacji należałoby równocześnie zadbać o rozwój kompetencji swoich pociech.
M. P-J.: Kiedyś dzieci nie potrzebowały TUS-ów (tj. treningów umiejętności społecznych). Czy winni są rodzice czy cyfrowy świat, który zabrał dzieciom kompetencje społeczne?
K.M.: Chyba po trochu jedno i drugie. Żeby dziecko mogło prawidłowo się rozwijać, musi doświadczać i popełniać błędy. Lękowi rodzice to nie jedyny problem – dziś z wielu stron zamiast realnych doświadczeń maluchy dostają gotowe rozwiązania i nie muszą się wysilać.
Warto pozwolić dziecku czasem założyć buty nie na tę nogę albo samodzielnie wyjmować naczynia ze zmywarki – nawet jeśli coś się potłucze. Chodzi o proces i uczenie się poprzez działanie. To może się wydarzyć tylko wtedy, gdy naprawdę damy dzieciom przestrzeń do próbowania.
Od pierwszych dni życia są one zalewane bodźcami sensorycznymi, ale jednocześnie często nie mają okazji do samodzielnego rozwijania umiejętności i ćwiczenia układu nerwowego. Zamiast bliskości i uważnej obecności rodzica, które wspierają rozwój mózgu, coraz częściej oferujemy im urządzenia, które "zajmują się nimi" same – jak bujaczki, które kołyszą bez udziału dorosłego.
M. P-J.: Czy dziś na dzieci czyha więcej zagrożeń, czy to ich rodzice są bardziej lękowi?
K.M.: Rodzice dziś coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że mają różne braki i przestrzenie niezaopiekowane. Na szczęście sięgają też po pomoc ekspertów w znalezieniu tego, co jest ich problemem i chcą nad tym pracować. Mówi się, że to, czego nam brakowało, przelewamy na dziecko. To jest pewnego rodzaju projekcja.
Dziś boimy się trudnych emocji dziecka, ale i reakcji otoczenia na te nie zawsze wygodne zachowania , które wynikają ze złości, lęku, smutku czy frustracji. Boimy się brać za to odpowiedzialność, bo sami czujemy, że te emocje nie są dla nas wygodne. Z biegiem lat zaczęło brakować nam intuicji.
M. P-J.: Czy narzędzia takie jak TUS-y sprawią, że dzieci będą radzić sobie lepiej, czy musimy pogodzić się z tym, że rośnie pokolenie coraz bardziej wycofane?
K.M.: Wiele da się jeszcze naprawić. Warunkiem jest jednak to, by rodzice uświadomili sobie, gdzie leży problem, zdjęli z siebie presję i przestali oczekiwać, że małe dzieci od początku będą spokojne, czyste i "bezproblemowe" w procesie nauki samodzielności.
Dorośli boją się dziś hałasu, chaosu i trudności, dlatego próbują chronić przed nimi zarówno siebie, jak i dzieci. Stąd wyręczanie i podawanie wszystkiego w gotowej formie. Lęk przed niedoskonałością – że coś się zbije, wyleje czy pobrudzi – dodatkowo wzmacniają komunikaty, że wszystko powinno być szybciej, lepiej i idealnie.
W efekcie dzieci zaczynają się wycofywać. Jeśli nie dostają przestrzeni do działania, z czasem przestają podejmować próby. Mimo to jest szansa na zmianę – świadomość dotycząca zdrowia psychicznego i rozwoju dzieci systematycznie rośnie.
M. P-J.: Czy te braki odbijają się jakoś na emocjach dzieci? Widać to w jakichś kryzysach, z  którymi ma pani do czynienia w pracy?
K.M.: Oczywiście. Dzieci, którym nie daje się popełniać błędów, będą pokoleniem, które będzie potrzebowało naprawdę wielu specjalistów od regulacji emocjonalnej, ale i takich którzy zbudują z pacjentami poczucie własnej wartości. 
Z powodu tych nadopiekuńczych rodziców, kiedyś ich dzieci będą potrzebowały pomocy ekspertów w przepracowaniu trudności, bo same nie będą miały poczucia sprawczości, że dadzą radę. Już dziś widzimy to w najmłodszym pokoleniu.
M. P-J.: Czy my właśnie wychowujemy pokolenie dzieci, które będą bezradne bez dorosłego obok – i nazywamy to "bezpiecznym dzieciństwem"?
K.M.: Dokładnie tak jest. Nie dajemy wolności i przestrzeni do popełniania błędów. Nawet szkoła nie daje tej możliwości, bo w e-dziennikach na bieżąco o wszystkim informuje się rodziców. 
Zabiera się dzieciom sprawczość w samodzielnym podejmowaniu decyzji o nauce, pooprawianiu ocen itp. Dziś jako rodzice boimy się, żeby dziecko nie doświadczało trudnych emocji, bo przez nie będzie miało np. problemy psychiczne. 
Boimy się frustracji, złości, smutku, a tymczasem te emocje są potrzebne, by budować w sobie zdrowe reakcje na różne doświadczenia. Bez trudnych emocji rodzicom się wydaje, że dziecku będzie łatwiej i będzie pewniejsze siebie oraz bardziej współpracujące. Tymczasem bez nich będzie całkowicie odwrotnie: nie będzie umiało poradzić sobie z porażkami i przeciwnościami losu. 
M. P-J.: Może podać pani przykład największej niesamodzielności, z jaką spotkała się pani w gabinecie? Znajoma opowiadała mi o 12-latku, którego mama kąpała.
K.M.: Takich przypadków mogłabym podać wiele. Nie chodzi jednak o obwinianie rodziców za nadopiekuńczość, ale o to, by skupić się na budowaniu kompetencji dziecka. Najlepiej robić to do około 15. roku życia – mózg jest wtedy bardzo plastyczny i naprawdę dużo można jeszcze nadrobić, nawet jeśli wcześniej coś zostało zaniedbane.
Rodzice często boją się dać dziecku więcej swobody, bo obawiają się, że sobie nie poradzi. Tymczasem potrzeba kilku prób, by nauczyć się danej czynności – nawet jeśli oznacza to niedokładnie spłukane włosy pod prysznicem. Z czasem dziecko zrozumie, że pewne rzeczy wymagają większej uwagi i wysiłku.
Warto wtedy pytać: "Co następnym razem możesz zrobić inaczej?" i towarzyszyć dziecku w kolejnych próbach, oferując wsparcie zamiast całkowitego wyręczania.
M. P-J.: Czy są konkretne umiejętności, które dziecko powinno opanować na danym etapie – idąc do przedszkola, szkoły czy kończąc trzecią klasę? Na przykład czy 3-latek powinien umieć sam jeść sztućcami?
K.M.: Tak, takie umiejętności są bardzo ważne i można je rozpatrywać etapami – przedszkole, szkoła i kolejne lata edukacji. Trzeba jednak pamiętać, że dzieci rozwijają się w różnym tempie. Nie wszystkie dzieci w tym samym wieku będą miały opanowane te same umiejętności. 
Czasami trzeba się liczyć z tym, że maluchy mają różne trudności, które im nie pomagają: obniżone napięcie mięśniowe, różne trudności adaptacyjne, neurologiczne, fizjologiczne czy zaburzenia lękowe. Są pewne podstawy, które warto wprowadzać od najmłodszych lat, ale przy różnych trudnościach te granice wieku mogą być różne. 
3-latek, który rozwija się bez żadnych zaburzeń niepsychicznych powinien być odpieluchowany i potrafić samodzielnie jeść, ale nie można tego traktować tak kategorycznie. Oczywiście 4-latek nie narysuje od razu idealnego koła ani bez ćwiczeń nie będzie sprawnie wycinał nożyczkami. Tych rzeczy uczy się poprzez praktykę.
Kluczowe jest to, by dać dziecku możliwość ćwiczenia – najlepiej w zabawie. Przebieranki uczą ubierania, jedzenie rączkami może być etapem w nauce korzystania ze sztućców. Brud, rozlane picie czy bałagan nie są porażką wychowawczą, lecz naturalnym i potrzebnym etapem rozwoju. Instagramowe ubranka są piękne, ale nie wtedy, gdy dziecko dopiero zdobywa podstawowe umiejętności.
M. P-J.: Jedno zdanie do rodziców: co mają przestać robić od jutra – jeśli chcą wychować samodzielne dziecko?
K.M.: Pozwalajcie swoim dzieciom być niedoskonałymi. To zbuduje ich doskonałość poprzez robienie błędów i naukę krok po kroku. Trzeba zdjąć presję i pozwolić dziecku na sprawczość, bo każdy – a dzieci szczególnie – mają prawo popełniać błędy i iść swoją drogą. 

                
                    
                
                
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/b76fa942d66a75e8f812585edf2a30d7,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/b76fa942d66a75e8f812585edf2a30d7,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html"></media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206980,przedszkola-zaczynaja-sie-bic-o-kazde-dziecko-polska-wymiera-na-naszych-oczach</guid><link>https://mamadu.pl/206980,przedszkola-zaczynaja-sie-bic-o-kazde-dziecko-polska-wymiera-na-naszych-oczach</link><pubDate>Fri, 20 Feb 2026 11:57:47 +0100</pubDate><title>Przedszkola zaczynają się bić o każde dziecko. Polska wymiera na naszych oczach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/d4a8932f781e1316c55aa3d8b4530be1,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Liczba urodzeń w Polsce spada do rekordowo niskiego poziomu, a skutki niżu demograficznego widać już w przedszkolach i żłobkach. Coraz mniej dzieci oznacza puste miejsca w placówkach. Pewnie już część z was widziała, że przedszkola decydują się w tym roku na wiekszą promocję rekrutacji: w sklepach i centrach handlowych pojawiają się ulotki i plakaty, a na Facebooku zabawne filmy o naborze dzieci.

Przedszkola reklamują się jak mogą
Minął czas, w którym rodzice prosili się o miejsce w przedszkolu, teraz placówki będą walczyć o każde dziecko. W dużych miastach problem z malejącą liczbą przedszkolaków jest już coraz bardziej widoczny. Od początku lutego w wielu miejscowościach trwa rekrutacja do przedszkoli. Kiedyś placówki musiały selekcjonować zgłoszenia, przyjmując w pierwszej kolejności dzieci, których rodzeństwo już do nich uczęszczało lub których rodzice pracowali. Dziś to przedszkola ogłaszają, że poszukują chętnych do zapisów. 
Jakiś czas temu głośno było o ogłoszeniu jednej z placówek, które pojawiło się w mediach społecznościowych. W zabawnym nagraniu z udziałem przedszkolaków poinformowano, że dzieci szukają męża dla swojej pani nauczycielki". Po chwili kartka z ogłoszeniem zmieniała treść na: "Dzieci szukają nowych kolegów do grup przedszkolnych". 
Wideo wywołało także oburzenie części odbiorców (bo jak można tak wykorzystywać dzieci do promocji placówki?!), ale okazało się na tyle klikalne, że wiele przedszkoli na Facebooku i Instagramie powieliło ten pomysł, nagrywając własne wersje ogłoszeń o rozpoczęciu rekrutacji.

            
                
            
            Coraz mniej narodzin dzieci
Od kilku lat demografowie alarmują, że dzietność w Polsce osiągnęła skrajnie niski poziom – najniższy od czasu rozpoczęcia prowadzenia takich statystyk. Dziś niektórzy przekonują, że mniejsza liczba dzieci nie musi być zjawiskiem negatywnym, bo na rodzicielstwo decydują się głównie ci, którym naprawdę na nim zależy. Z drugiej strony trzeba jednak brać pod uwagę, że za kilka-kilkanaście lat polska gospodarka może znaleźć się w trudnej sytuacji. 
Niska dzietność najprawdopodobniej wymusi podniesienie wieku emerytalnego, a państwo będzie musiało jeszcze bardziej zadbać o to, by Polacy jak najdłużej pozostawali w dobrym zdrowiu i aktywności zawodowej. Kolejne pokolenie może bowiem nie być w stanie utrzymać rosnącej liczby seniorów na emeryturach.
Problem niskiej dzietności widać już dziś w placówkach opiekuńczych i edukacyjnych. Jeszcze kilka lat temu w żłobkach brakowało miejsc dla wszystkich dzieci, dziś maluchy dostają się tam bez większych trudności. Podobnie jest w przedszkolach – kiedyś rodzice musieli szukać miejsca w innych dzielnicach, bo w lokalnych placówkach brakowało miejsc, mimo że limit dzieci w grupie wynosił 25. 
Teraz do przedszkoli zapisuje się coraz mniej kilkulatków. Grupy są mniej liczne, a rodzice rzadziej muszą brać udział w rekrutacji uzupełniającej w innej placówce, ponieważ nie dostali się do tej wybranej w pierwszej kolejności.
Rząd poinformował o planie wprowadzenia w przedszkolach mniejszych limitów liczebności grup. Ograniczenie ich do 18 dzieci miałoby zapewnić nauczycielom większy komfort pracy oraz lepsze warunki do wspierania rozwoju najmłodszych. Partia Razem, która przygotowała projekt ustawy w tej sprawie, zauważyła, że mniejsze grupy to szansa na wykorzystanie niżu demograficznego w pozytywny sposób.
To przedszkola będą walczyć o dzieci
Eksperci prognozują, że w kolejnych latach sytuacja może się całkowicie odwrócić. Gdy liczba przedszkolaków będzie z roku na rok maleć, to nie rodzice będą walczyć o miejsca, lecz placówki o dzieci. Pierwsze symptomy tego zjawiska są już widoczne. Samorządy zdają sobie sprawę, że nawet przy wprowadzeniu mniejszych limitów wiele przedszkoli może zostać zamkniętych. 
Obecna liczba żłobków, przedszkoli i szkół w przyszłości może okazać się zbyt duża. Już teraz obserwujemy działania Ministerstwa Edukacji Narodowej, które stara się ograniczać zamykanie szkół podstawowych, proponując zamiast likwidacji ich wykorzystanie jako centrów wydarzeń kulturalnych i społecznych.
Warto jednak podkreślić, że nie wszyscy cieszą się z pomysłu zmniejszenia liczby dzieci w grupach. W mniejszych miejscowościach, gdzie placówek jest mniej, a dzieci wciąż rodzi się stosunkowo dużo, niższe limity mogą ponownie oznaczać problem z przyjęciem do przedszkola. Choć ogólnokrajowo zmagamy się z niżem demograficznym, są regiony, w których dzieci nadal jest sporo. W takich miejscach zmniejszenie liczebności grup może skutkować brakiem miejsc dla części maluchów.
Coraz mniej pieniędzy na placówki z samorządów
Problemem pozostaje również finansowanie placówek przez samorządy. „Portal Samorządowy” poinformował, że lokalne władze mierzą się z trudnościami dotyczącymi finansowania przedszkoli samorządowych i niesamorządowych. 
"W obliczu pogłębiającego się niżu demograficznego obecny mechanizm powoduje, że stawki dotacji dla przedszkoli niesamorządowych wzrastają nieproporcjonalnie szybko tylko dlatego, że w przedszkolach samorządowych jest mniej dzieci" – czytamy w stanowisku z obrad Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. 
Wraz ze spadkiem liczby dzieci coraz częściej pojawia się pytanie o zasadność funkcjonowania placówek niesamorządowych, które zgodnie z przepisami otrzymują wyższe finansowanie. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo niż demograficzny zmienia logikę całego systemu. Do niedawna wyzwaniem było zapewnienie wystarczającej liczby miejsc, dziś coraz częściej chodzi o utrzymanie istniejących placówek i racjonalne zarządzanie środkami dla każdej z nich. 
Samorządy obawiają się, że przy malejącej liczbie dzieci mechanizm naliczania dotacji będzie automatycznie podnosił koszty po ich stronie, nawet jeśli tak naprawdę dzieci w systemie ubywa. Z kolei przedszkola prywatne podkreślają, że również odczuwają skutki niżu i muszą mierzyć się z rosnącymi kosztami przy mniejszej liczbie wychowanków.
W praktyce oznacza to, że w najbliższych latach czeka nas nie tylko "walka o przedszkolaka", która już się dzieje. Jednocześnie na mapie Polski wciąż są regiony, gdzie wciąż rodzi się więcej dzieci – tam problemem nadal będzie dostępność miejsc.  
Potrzebne jest wprowadzenie jakiegoś rozwiązania, które z jednej strony zabezpieczy budżety gmin, z drugiej – nie ograniczy rodzicom wyboru placówki dla dziecka. W obliczu prognoz demograficznych rok 2026 rzeczywiście może okazać się momentem przełomowym – czasem, w którym trzeba będzie jasno określić, jak ma wyglądać system wychowania przedszkolnego w Polsce. Realia bowiem są takie, że spadek liczby dzieci wciąż będzie trwał.  
Źródło: gov.pl, portalsamorzadowy.pl, facebook.pl, strefaedukacji.pl, sip.lex.pl
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/d4a8932f781e1316c55aa3d8b4530be1,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/d4a8932f781e1316c55aa3d8b4530be1,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Coraz mniej dzieci w przedszkolach oznacza dla placówek walkę o zapisy.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206968,w-przedszkolu-panie-nie-moga-sie-go-nachwalic-w-domu-syn-testuje-granice-mojej-cierpliwosci</guid><link>https://mamadu.pl/206968,w-przedszkolu-panie-nie-moga-sie-go-nachwalic-w-domu-syn-testuje-granice-mojej-cierpliwosci</link><pubDate>Thu, 19 Feb 2026 21:00:02 +0100</pubDate><title>W przedszkolu panie nie mogą się go nachwalić. W domu syn testuje granice mojej cierpliwości</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/412e9a0d0d680b618f735245cb7e3907,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Dlaczego dzieci z matką zachowują się najgorzej, choć w przedszkolu są aniołami? Wiele mam przeżywa ten sam szok po przekroczeniu progu domu. Jako mama po rozmowach z psychologami postaram się wam opowiedzieć, z czego wynika to zachowanie i dlaczego to wcale nie oznacza wychowawczej porażki.

Dzieci z matką zachowują się najgorzej
W przedszkolu panie nie mogą się nachwalić mojego syna. Mówią, że jest grzeczny, uśmiechnięty, współpracuje z innymi dziećmi, a czasem wręcz błyszczy podczas nauki literek i czytania, bo sporo się nauczył od starszego brata. 
Wracamy do domu i często nie poznaję własnego dziecka. Zupełnie jakby w przedszkolu było kimś innym niż to, które odbija się od ścian w moim salonie, krzyczy, tupie nogami i testuje każdą granicę cierpliwości.
Kiedyś byłam o to zła. Frustrowałam się i wściekałam, że w domu moje dzieci zamieniają się w małe diabliki. Zastanawiałam się, dlaczego nie może być taki sam jak w przedszkolu, a nawet taki, jaki jest, gdy zostaje na nocowance u dziadków. Ale z czasem zrozumiałam coś bardzo ważnego: w bezpiecznym otoczeniu, przy rodzicach, dzieci po prostu odbijają sobie emocje całego dnia. 
To naturalne, że w domu pokazują wszystkie te uczucia, których nie mogły pokazać w przedszkolu – radość, zmęczenie, ekscytację, frustrację. To normalne i zdrowe i bardzo potrzebne w regulacji emocjonalnej.
Zaczęłam zmieniać swoje podejście. Zamiast walczyć, stałam się opiekunem emocji moich synów. Po prostu byłam obok kiedy wpadali do domu rozwrzeszczeni. Zamiast reagować na każdą wybuchową emocję, pytałam: "Chcesz się przytulić?" – i prawie zawsze chcieli. I wiecie co? To działa nie tylko na nich. Bliskość, fizyczna i emocjonalna, koi nie tylko dziecko, ale i mnie. W tym natłoku ich uczuć czuję się lżej, kiedy to małe ciałko się do mnie przytuli.
Stałam się "bezpieczną przystanią" moich dzieci
Z czasem przestałam w ogóle wściekać się, gdy po powrocie do domu moje dzieci biegają po całym domu z krzykiem, a czasem rozsypują klocki, jakby testowali prawa grawitacji w salonie. Zamiast walczyć z chaosem, obserwuję, wspieram, daję przestrzeń na emocje. I nie, nie daję sobie wejść na głowę, bo kiedy przeginają, stawiam im granicę i mówię "dość". 
Kiedy jednak daję im odreagować, pojawia się magia: zaczynam cieszyć się tym chaosem, bo wiem, że moje dzieci przy mnie mogą być sobą w pełni, bez stania w kącie i bycia cicho jak trusia.
To nie jest łatwe. Czasem myślę o tym, jak miło byłoby, gdyby dzieci były "grzeczne" cały czas, jak w przedszkolu. Zawsze myślę sobie o tym, że taki spokój i ład być może mają mamy dziewczynek. Ale potem przypominam sobie, że prawdziwe życie dziecka to nie idealne zachowania i perfekcjonizm. To emocje, wybuchy, radość, zmęczenie i wszystkie drobne katastrofy codzienności. 
Moja rola to być obok, przytulać, pytać, słuchać. Nie naprawiać, nie oceniać, tylko towarzyszyć. I wiecie co? Dzięki temu powroty do domu po przedszkolu, szkole czy nawet nocowankach u dziadków przestały być momentem frustracji. Stały się chwilą, kiedy mogę zobaczyć ich prawdziwe "ja", czasem totalnie dzikie, czasem przestraszone, czasem rozbawione do łez. 
To te chwile pokazują, że jestem nie tylko rodzicem, ale także opiekunem ich emocji. A świadomość, że przy mnie mogą być sobą, daje mi spokój i... trochę radości w tym codziennym chaosie.
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/412e9a0d0d680b618f735245cb7e3907,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/412e9a0d0d680b618f735245cb7e3907,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Dzieci przy rodzicach czują się bezpiecznie, więc pozwalają sobie na różne emocje.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206932,znowu-slyszysz-nudzi-mi-sie-z-ust-dziecka-5-fraz-ktore-zmienia-jego-i-twoje-podejscie</guid><link>https://mamadu.pl/206932,znowu-slyszysz-nudzi-mi-sie-z-ust-dziecka-5-fraz-ktore-zmienia-jego-i-twoje-podejscie</link><pubDate>Thu, 19 Feb 2026 10:42:19 +0100</pubDate><title>Znowu słyszysz: &quot;Nudzi mi się&quot; z ust dziecka? 5 fraz, które zmienią jego (i twoje) podejście</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/ddf5528daa64577584db282260528f96,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nuda dotyczy większości dzieci – nawet tych, które mają pół pokoju zabawek. Gdy słyszysz "nudzę się", łatwo o złość albo szybkie podsuwanie gotowych pomysłów. Sprawdź, co powiedzieć, by wspierać samodzielność dziecka i nie brać na siebie roli domowego animatora.

Nuda dotyczy większości dzieci
"Nudzi mi się" – te trzy słowa potrafią wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej cierpliwego rodzica. Kiedy padają z ust moich synów, ostatkiem sił panuję nad sobą, by nie przewrócić oczami i powiedzieć jakiś tekst, którego w latach 90. Używali nasi rodzice. To może zirytować, gdy padają w domu pełnym zabawek, książek i gier. 
Wciąż mam w głowie zdanie o tym, że mojemu pokoleniu się nie nudziło, a nie mieliśmy nawet połowy tych możliwości. Dziś jako bardziej świadomi opiekunowie, w pierwszym odruchu chcemy zaproponować dzieciom jakieś konkretne pomysły. 
Tymczasem ani podsuwanie gotowych pomysłów, ani zbywanie dziecka nie uczy go samodzielności. A przecież nie możemy (i nie powinniśmy) organizować mu każdej minuty. Dzieci potrzebują nudy, by rozwijać wyobraźnię, kreatywność, sprawczość i umiejętność radzenia sobie z emocjami.
Co więc powiedzieć, gdy znowu słyszysz: "Nudzi mi się"? Oto pięć prostych zdań, które naprawdę robią różnicę.
1. "Mamy teraz dwie minuty. Opowiesz mi o czymś?"
Zanim zareagujesz, zadaj sobie pytanie: czy dziś naprawdę byłaś ze swoim dzieckiem w takim prawdziwym kontakcie? Nie odsyłaj go z tekstami: "Idź zrób zadanie domowe", "umyj ręce", "posprzątaj pokój". Tylko spójrz mu w oczy i uważnie wysłuchaj tego, co chce ci powiedzieć o swoich uczucia, zdarzeniu ze szkoły czy reakcji koleżanki, która go/ją wkurzyła.
Czasem "nudzę się" znaczy: "potrzebuję twojej uwagi". Dwie minuty pełnej obecności rodzica (bez smartfona, telewizja, radia i innych rozpraszaczy) potrafią dać dziecku poczucie spełnienia i satysfakcji, że uzyskał uwagę rodzica i samo dalej wróci do zabawy czy innych swoich zajęć. 
Możesz zapytać o to, co w dzisiejszym dniu w szkole/przedszkolu było dla niego najfajniejsze albo co myśli o tych klockach, którymi wczoraj bawił się w poczekalni u lekarza. Krótki, ale prawdziwy kontakt często wystarcza.
2. "Czy czujesz, że twoje ciało czegoś potrzebuje?"
Nuda bywa sygnałem zmęczenia, głodu albo nadmiaru bodźców. Dziecko raczej nie powie samo z siebie, że czuje, że spadł mu poziom cukru albo że jest przebodźcowane. Łatwiej powiedzieć: "Nudzi mi się".
Warto zwrócić uwagę na takie podstawowe fizjologiczne sprawy: Kiedy ostatnio jadło? Czy długo siedziało w jednym miejscu? Czy nie wstało dziś wyjątkowo wcześnie? Możesz zapytać: "Może jesteś głodny?" albo "Chcesz wyjść na chwilę na dwór, przewietrzyć się i poruszać?".
Czasem pięć minut ruchu albo kanapka rozwiązują problem szybciej niż najdroższa zabawka czy wymyślona przez mamę gra czy zabawa.
3. "Chcesz, żebym powiedziała ci, co masz robić? Mogę, ale to będą raczej obowiązki"
To zdanie trochę z przekąsem, humorem i lekkością. Jego zadaniem jest odwrócenie sytuacji. Nagle to dziecko decyduje, czy naprawdę chce naszej ingerencji.
Możesz powiedzieć z uśmiechem: "Oczywiście, mogę coś wymyślić. Na przykład obowiązki domowe jak składanie prania albo albo porządkowanie półki z książkami". W większości przypadków dziecko szybko stwierdzi, że jednak samo coś sobie znajdzie do zajęcia. Dajesz mu przy tym sygnał na poważnie, że wierzysz, że potrafi.
4. "Wolisz zrobić coś, co już znasz, czy spróbować czegoś nowego?"
Zamiast podsuwać gotowe rozwiązania, daj dziecku prostą ścieżkę do przemyślenia. To bardzo rozwija samodzielność.
Powiedz: "Zastanów się – masz ochotę wrócić do czegoś, co już lubisz i robiłaś kiedyś, czy spróbować czegoś nowego?". Obie odpowiedzi są dobre. Może znowu zbuduje bazę z koców pod stołem. A może tym razem pomaluje farbami i zrobi samodzielnie sklep z kartonu.
Uczysz je zadawać sobie pytanie: czego teraz potrzebuje i być uważnym na to, co lubi i czego to ono chce.
5. "To trudne, kiedy nie wiesz, co zrobić. Możesz chwilę poszukać pomysłu"
Nuda dla dzieci jest wyjątkowo niewygodna. Warto to nazwać: "Widzę, że to nieprzyjemne uczucie". Samo zauważenie emocji działa kojąco na najmłodszych. 
Dodaj: "Ja będę tu, w kuchni, gdybyś chciał do mnie zajrzeć". To ważne – nie zostawiasz go samego z frustracją, ale też nie przejmujesz sterów. Kiedy odpuszczasz, nie wtrącasz się, czasami trzeba zaczekać kilka-kilkanaście minut. Potem zaczyna się dziać magia,. Bo mózg dziecka rusza i szuka kreatywnych rozwiązań.
Dziecko uczy się, że nuda nie jest kryzysem. To moment przejściowy i z tej pustki zwykle rodzą się najfajniejsze pomysły na spędzenie czasu.
Nie musimy być animatorami czasu wolnego. Gdy stale podajemy gotowe rozwiązania, dzieci uzależniają się od naszej podpowiedzi. Gdy je później z jakiegoś powodu zbywamy – poczują się odrzucone.
Te pięć zdań to złoty środek, bo dzięki nim uczysz dziecko czegoś znacznie ważniejszego niż pewności, że mama zawsze pomoże i uratuje z opresji. Uczysz je, jak radzić sobie z pustką, jak szukać w sobie pomysłów i jak budować wewnętrzną motywację. A to umiejętności, które przydadzą się znacznie dłużej niż jedna, nudna sobota w domu.
Źródło: cnbc.com
]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/ddf5528daa64577584db282260528f96,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/ddf5528daa64577584db282260528f96,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Nuda dla dziecka nie jest przyjemna, ale prowadzi do rozwoju wyobraźni i kreatywności.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206572,przedszkolna-wycieczka-to-luksus-place-zeby-moje-dziecko-nie-bylo-wykluczone</guid><link>https://mamadu.pl/206572,przedszkolna-wycieczka-to-luksus-place-zeby-moje-dziecko-nie-bylo-wykluczone</link><pubDate>Tue, 10 Feb 2026 10:49:42 +0100</pubDate><title>Przedszkolna wycieczka to luksus. Płacę, żeby moje dziecko nie było wykluczone</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/dc7cd0f07eaf0ab85f14309fc7b1c5d3,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Jednodniowa wycieczka dla kilkulatków potrafi dziś kosztować 200-300 zł, nawet jeśli odbywa się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od domu. Rodzice płacą nie dlatego, że chcą, ale dlatego, że boją się wykluczenia swoich dzieci z grupy. To felieton o presji, pieniądzach i pytaniu, czy naprawdę musi być aż tak drogo.

Wycieczki dla kilkulatków za kilkaset złotych
Kartka z informacją o wycieczce wisi przed salą przedszkolną mojego syna już od ponad tygodnia. Jednodniowy wyjazd dla 5-latków z dwiema atrakcjami (sala zabaw i koncert) za 200 zł. Bez noclegu, bez dalekiego transportu, bez jakiejś długiej listy atrakcji wycieczki. Warszawa, zaledwie 60 kilometrów od domu. Kwota niby konkretna, ale bardzo zaskoczyło mnie, jak ktoś z lekkością uznał to, że 200 zł to osiągalna kwota dla każdej rodziny. 
Ostatnio o podobnej sytuacji opowiadała mi sąsiadka, której dziecko chodzi do innego przedszkola. Tam podobna sytuacja: jednodniowa wycieczka dla 4-latków za 300 zł, czyli jeszcze więcej. Słuchałam jej narzekania i kiwałam głową ze zrozumieniem, bo ta historia mogłaby być też moja. I wielu innych rodziców. 
Prawda jest taka, że przedszkolne wycieczki dawno przestały być "wyjazdem do gospodarstwa agroturystycznego" czy "wizytą w pobliskiej sali zabaw i kinie". Dziś to często drogie, modne atrakcje, które świetnie wyglądają na zdjęciach, wypasione nowoczesne sale zabaw, które – to fakt – są genialną atrakcją, ale to czyni wycieczkę czymś elitarnym, tylko dla wybrańców.
Bo nie każdego stać, żeby wysłać dziecko na jednodniowy wyjazd za 300 zł. A jak ktoś ma dwoje dzieci w tej samej placówce? Albo więcej? A jednak... zapisujemy dzieci na takie wyjazdy. Ja zapisuję. Zawsze.
Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się gorsze
Zaciskam pasa, odkładam inne potrzeby na później, mówię sobie: "Trudno, jakoś damy radę". Z tyłu głowy słyszę słowa, że przecież dostaję 800 plus to powinnam je na to przeznaczyć. No być może, choć jak ktoś ma dzieci, to wie, że to 800 zł to jest tylko dodatek do tego, ile się na dzieciaki wydaje. Myślę jednak tylko o tym, że najchętniej w formie buntu na taką cenę wycieczki zrezygnowałabym z niej. 
Przecież jak dzieci przestaną jeździć, to ktoś może w końcu pomyśli, że te kwoty to są trochę przesadzone. Ale wiecie co? Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się gorsze. Nie chcę, żeby jako jedyne zostało w przedszkolu, kiedy cała grupa jedzie. Nie chcę, żeby wróciło do domu z poczuciem, że ominęło je coś ważnego i że jest tą osoba wykluczoną z grupy.
To jest presja, o której w sumie rzadko się mówi głośno. Presja grupy, która w przypadku dorosłych bywa trudna, a w przypadku dzieci – potrafi boleć podwójnie. Bo to nie one decydują. Decydujemy my, rodzice, lawirując między rachunkami a emocjami własnego dziecka.
I właśnie dlatego tak bardzo rozumiem moją sąsiadkę, kiedy mówi: "Te koszty są nie do udźwignięcia". Bo są – nie dla każdego 200 zł to taki drobiazg. Ja zawsze dziękuję losowi, że mnie na to stać, ale nie jest to komfort dany raz na zawsze. Szczególnie gdy wycieczek w roku jest kilka, a dzieci – więcej niż jedno. 300 zł na każde dziecko to w miesięcznym domowym budżecie tyle co miesięczne wyżywienie w przedszkolu.
Da się to zrobić lepiej i taniej
Najbardziej boli jednak to, że często wcale nie musi tak być. Że czasami wystarczyłoby trochę kreatywności, odrobina wyjścia poza "katalog" drogich atrakcji. Wierzę, że można by zorganizować coś równie atrakcyjnego, co nie kosztowałoby aż tyle i wszyscy rodzice mogliby sobie pozwolić na taki koszt. 
Może jakieś muzeum z sensowną ofertą dla przedszkolaków albo z możliwością grupowych biletów. Warsztaty w pobliskim domu kultury. Las, park, miejsce, które nie kosztuje fortuny, a nadal może być dla dziecka fascynujące.
Bo czterolatek nie potrzebuje Najbardziej wypasionego pakietu z najdroższą w mieście salą zabaw i koncertem w filharmonii. Potrzebuje przygody, wspólnego czasu, poczucia, że robi coś razem z grupą. To dorośli często podbijają stawkę – i ceny – myląc atrakcyjność z kosztownością.
I tak będę dalej zapisywać swoje dzieci na wycieczki. Pewnie znów sobie czegoś odmówię. Ale jednocześnie coraz głośniej będę mówić: "Hej, może da się inaczej?". Bo dostęp do przedszkolnych atrakcji nie powinien zależeć od zasobności portfela rodziców. A wycieczka nie musi kosztować miliona monet, żeby była dla dziecka prawdziwą przygodą.

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/dc7cd0f07eaf0ab85f14309fc7b1c5d3,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/dc7cd0f07eaf0ab85f14309fc7b1c5d3,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Wycieczki dla kilkulatków kosztują po kilkaset złotych i nie wszystkich na nie stać.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206530,zakaz-ekranow-w-przedszkolach-wywolal-burze-tym-razem-oberwalo-sie-rodzicom</guid><link>https://mamadu.pl/206530,zakaz-ekranow-w-przedszkolach-wywolal-burze-tym-razem-oberwalo-sie-rodzicom</link><pubDate>Mon, 09 Feb 2026 17:00:02 +0100</pubDate><title>Zakaz ekranów w przedszkolach wywołał burzę. Tym razem oberwało się rodzicom</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c04430233359d0ccd4b86819042d3b04,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Zakaz technologii w szkołach i pomysł ograniczenia mediów społecznościowych do 15. roku życia, rozpaliły emocje. W internetowej dyskusji szybko wskazano winnych. Rodziców, którzy "dają w domu dzieciom smartfony". Ale jak zakaz ekranów ma się do przedszkoli, w których dzieci nie mają własnych telefonów? Już wyjaśniam.

Ekrany w przedszkolu? Społeczna reakcja była natychmiastowa
Propozycja MEN dotycząca zakazu korzystania z technologii w przedszkolach wywołała w mediach społecznościowych gorącą debatę. Pod postami w sieci pojawiły się setki komentarzy, w których część osób, w tym także nauczyciele, przerzucała odpowiedzialność wyłącznie na rodziców.
"Problem z ekranami to jest problem wyniesiony z domu, nie przenośmy tego do przedszkola i szkoły", "Problem jest z rodzicami, którzy dają dziecku smartfon do ręki", "W domu dzieci non stop siedzą w telefonie i w laptopie, a ja nie będę mogła włączyć filmiku edukacyjnego" – to tylko fragmenty tej dyskusji. Tyle że takie myślenie upraszcza problem do granic absurdu.
Warto od razu doprecyzować, o jakich "ekranach" w ogóle mowa. Nie chodzi o
tu bowiem smartfony przynoszone przez dzieci, bo tych w przedszkolach po
prostu nie ma. Zapowiadany przez MEN zakaz dotyczyłby korzystania z tabletów, telewizorów, projektorów czy tablic interaktywnych, czyli narzędzi, które dziś w wielu placówkach wykorzystywane są do celów edukacyjnych. 
Co to oznacza w praktyce? To, że w odpowiedzi na rosnące uzależnienie dzieci od ekranów w ogóle, pojawił się pomysł ich całkowitego wyeliminowania, a to już uderza w codzienną pracę nauczycielek, które straciłyby jedno z dostępnych narzędzi dydaktycznych.
Odporność cyfrowa to nie "prywatna sprawa rodziny"
Dziecko funkcjonuje jednocześnie w domu, w przedszkolu, w szkole i w przestrzeni społecznej. Dlatego budowanie odporności cyfrowej nie może kończyć się na progu mieszkania. Placówki edukacyjne mają ogromny wpływ na normy, jakie dzieci uznają za "normalne".
Właśnie dlatego propozycja MEN, o ile zostanie mądrze wdrożona, ma sens. Może realnie ograniczyć negatywne skutki wczesnego kontaktu z ekranami i pomóc dzieciom uczyć się świata offline, zanim wejdą w cyfrowy.
Granice są potrzebne. Także te ustawowe
Drugą propozycją jest obywatelski projekt ograniczający dostęp do mediów społecznościowych do 15. roku życia. To rozwiązanie, które zamiast przerzucać całą odpowiedzialność na rodziców, wyznacza jasną granicę systemową.
Dziś wciąż istnieje społeczne przyzwolenie na to, by małe dzieci korzystały ze smartfonów. Tymczasem zalecenia WHO są jednoznaczne: dzieci do 2. roku życia nie powinny mieć kontaktu z ekranami w ogóle, a w wieku 2–5 lat czas ekranowy nie powinien przekraczać godziny dziennie.
Umowa medialna zamiast wojny szkoła–rodzice
Rozwiązaniem nie jest szukanie winnych, tylko budowanie porozumienia. Jednym z ciekawszych przykładów jest tzw. umowa medialna, czyli dobrowolny kontrakt między rodzicami w klasie lub szkole.
O takim rozwiązaniu opowiadał Michał Płaza, członek Dzielnicowej Komisji Edukacji w Krakowie i rodzic. Umowa zakłada m.in., że dzieci nie zakładają kont w mediach społecznościowych przed 13. rokiem życia. Nawet jeśli nie wszyscy rodzice się na to zdecydują, dziecko traci argument: "Mamo, bo wszyscy w klasie mają".
Problem ekranów nie jest ani tylko "z domu", ani tylko "ze szkoły". To wyzwanie cywilizacyjne, z którym musimy się zmierzyć wspólnie, bez zawstydzania i przerzucania winy. 
Bo jeśli nie zaczniemy stawiać mądrych granic teraz, za kilka lat obudzimy się z problemem, którego nie da się już cofnąć.
O komentarz w tej sprawie poprosiłam Anetę Andronik, nauczycielkę Niepublicznego Przedszkola nr 7 "Wesołe Nutki" w Białymstoku:
Mamadu.pl: Czy w Państwa przedszkolu w ogóle korzystacie z ekranów?
Aneta Andronik: Korzystamy generalnie tylko z tablic interaktywnych i wyłącznie w celach edukacyjnych, na przykład do powtarzania nauki języka angielskiego. Dziecko może przy nich spróbować dotknąć, przeciągnąć odpowiedź i sprawdzić, czy zrobiło dobrze. 
Ogólnie jesteśmy przeciwnikami tabletów i telefonów – tablet używany jest tylko podczas zajęć z robotyki. Raczej jesteśmy tradycyjni, wolimy czytanie książek. Jako nieliczni, codziennie przez około pół godziny czytamy dzieciom baśnie, żeby mogły pobudzać wyobraźnię. 
Mamadu.pl: Czy z Pani doświadczenia widać różnice między dziećmi, które mają częsty kontakt z ekranami w domu, a tymi, które korzystają z nich rzadko lub wcale?
A.A.: Tak, jest bardzo wielka przepaść. Dzieci, które na co dzień korzystają z tabletu, komputera czy telefonu, są znudzone i trudno jest je czymkolwiek zainteresować. 
Mają bardzo ubogą wyobraźnię i praca z nimi jest trudna. Natomiast dzieci, które korzystają z takich urządzeń sporadycznie, są zaciekawione czymś nowym, więc zajęcia są dla nich bardzo atrakcyjne. Oczywiście technologia jest potrzebna w naszym życiu, ale w pewnym wieku uważam, że przedszkolaki nie powinny jeszcze korzystać z tabletu. 
Mamadu.pl: Czy zapowiadany przez MEN zakaz ekranów w przedszkolach postrzega Pani bardziej jako realne wsparcie dla dzieci i nauczycieli, czy jako decyzję oderwaną od codziennej pracy w placówce?
A.A.: To dość trudny temat, bo uważam, że taka reforma powinna zacząć się od rodzica, od domu – od pierwszego środowiska, w którym dziecko już w wieku sześciu miesięcy ma podany przed nos ekran telefonu czy tabletu. W naszej sytuacji taki zakaz za dużo by nie zmienił.
Źródło: strefaedukacji.pl

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c04430233359d0ccd4b86819042d3b04,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c04430233359d0ccd4b86819042d3b04,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">&quot;To wyniesione z domu&quot; – piszą internauci o ekranach u dzieci. Tyle że szkoła i państwo też mają tu coś do zrobienia.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206413,koniec-tloku-w-przedszkolach-poslowie-chca-ograniczyc-liczbe-dzieci-w-grupach</guid><link>https://mamadu.pl/206413,koniec-tloku-w-przedszkolach-poslowie-chca-ograniczyc-liczbe-dzieci-w-grupach</link><pubDate>Wed, 04 Feb 2026 16:45:50 +0100</pubDate><title>Koniec tłoku w przedszkolach. Posłowie chcą ograniczyć liczbę dzieci w grupach</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/0c30c488dc32d12bc3c88e64e96d3f40,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Niż demograficzny zamiast poprawy warunków dla najmłodszych doprowadził do zamykania przedszkoli w wielu miastach. Teraz do Sejmu trafił projekt, który zakłada zmniejszenie limitu dzieci w przedszkolach i zmianę zasad finansowania placówek. Pomysł wywołuje emocje wśród samorządów, nauczycieli i rodziców.

Od kilkunastu lat w Polsce obserwujemy spadek liczby urodzeń dzieci. O kryzysie demograficznym eksperci alarmowali już jakiś czas temu, ale tak słabych statystyk, jeśli chodzi o narodziny, jak w ostatnich 2-3 latach, nie było w historii naszego kraju nigdy. W związku z tym, że w żłobkach, przedszkolach i szkołach jest coraz mniej dzieci, pojawiło się pytanie o zasadność istnienia tak wielu placówek. 
Już teraz wiele szkół czy żłobków po godzinach lekcji lub opieki nad dziećmi udostępnia swoje budynki klubom seniora czy innym inicjatywom społecznym. Część też po prostu zostaje zamknięta przez samorządy. 
Mniej dzieci w grupach
Do Sejmu trafił projekt ustawy autorstwa partii Razem, która postanowiła zająć się przepisami dotyczącymi przedszkoli w trudnym czasie niżu demograficznego. Ich pomysł to zmniejszenie limitu dzieci w grupach przedszkolnych do 18 (obecnie limit wynosi 25 dzieci w każdej grupie). Zmniejszenie liczby dzieci sprawi, że grupy będą łatwiejsze w opiece i edukacji dla nauczycieli, a kilkulatki unikną przemęczenia i przebodźcowania. 
Razem proponuje, by limit liczby dzieci był wprowadzony ustawowo, ponieważ obecnie regulują go rozporządzenia, co oznacza, że minister edukacji może tę liczbę dowolnie zmieniać, nie zawsze zważając na dobro dzieci oraz jakość ich wychowania i opieki w placówkach.
Lepsza opieka dla dzieci
– Zamiast wykorzystać fakt, że jest niż demograficzny, przedszkola zamykane są w Katowicach, w Bielsku Białej, w Poznaniu, w Gnieźnie i w Warszawie. Ostatnio na komisji w Warszawie dyrektorki przedszkoli nie były nawet dopuszczone do wyjaśnienia nieprawd, które były mówione przez radnych.
[...] My jako Koło Razem przygotowaliśmy projekt ustawy, który pozwoli na to, żeby liczba dzieci w oddziałach przedszkolnych nie przekraczała osiemnastki. Mamy sytuację, w której w tych przedszkolach publicznych, w których jest 25 dzieci, te dzieci są po prostu przestymulowane, opieka nad nimi jest trudniejsza. Wykorzystajmy fakt, że jest niż demograficzny, dajmy dzieciom lepszą opiekę, a jednocześnie zmieńmy system – tak o projekcie ustawy w Sejmie mówiła posłanka Marcelina Zawisza.
Niż demograficzny to doskonała okazja
Posłowie sugerują, że niż demograficzny należałoby wykorzystać w pozytywny sposób i zadbać bardziej o opiekę oraz rozwój przedszkolaków. Ostatnio pisaliśmy również o podobnym pomyśle ze strony rodziców, którzy w dramatycznie niskiej liczbie urodzeń dzieci upatrywali pozytywnego aspektu dla wychowania najmłodszych (rodzice mieliby bardziej świadomie dbać o wychowanie i potrzeby dzieci).
Oprócz stałego limitu liczby dzieci w grupach przedszkolnych autorzy projektu proponują także korektę w zakresie finansowania placówek. Obecnie samorządy często działają w taki sposób, że im więcej dzieci, tym przedszkole otrzymuje większe środki finansowe, co niestety sprzyja tworzeniu dużych grup, które są mniej korzystne dla rozwoju dzieci.
"Takie ustalenie kryteriów powoduje sytuację, w której finansowanie przedszkoli jest tym wyższe, im większa jest liczba dzieci w danym przedszkolu. [...] Ustawodawca motywuje więc do maksymalizacji rozmiarów oddziałów przedszkoli, jako że ich zmniejszanie wiąże się ze zmniejszeniem finansowania" – czytamy w ustawie.
Posłowie chcą wypracować najlepsze rozwiązania
Posłowie z Razem proponują, aby finansowanie było zależne od liczby dzieci w oddziale – w mniejszych grupach na jedno dziecko przypadałoby odpowiednio wyższe dofinansowanie. Ta zmiana, ich zdaniem, powinna wejść w życie jako pierwsza, a dopiero później należałoby zmniejszyć limity liczebności grup. Projekt ustawy znajduje się dopiero na pierwszym etapie drogi legislacyjnej – obecnie zbierane są podpisy posłów.
Partia Razem już teraz otwarcie mówi, że będzie dążyć do kompromisów i porozumienia z innymi ugrupowaniami w tej kwestii, aby stworzyć przedszkolakom jak najlepsze warunki rozwoju.
– Wierzymy jednak, że w obliczu kryzysu demograficznego znajdziemy ponadpartyjne poparcie dla wzmocnienia sieci publicznych przedszkoli, tak wspierającej rodziców i dającej konieczną opiekę dzieciom. Pokazaliśmy, że taka ponadpartyjna zgoda jest możliwa przy ustawie Razem dotyczącej bezpłatnych obiadów w szkołach. Zachęcamy wszystkie siły polityczne do wsparcia projektu – powiedział rzecznik Razem Mateusz Merta.
Projekt zakłada, że nowe zasady finansowania weszłyby w życie od 1 stycznia 2027 roku, natomiast nowe limity liczby dzieci w grupach – od 1 września 2028 roku.
Źródło: strefaedukacji.pl, gov.pl, sip.lex.pl

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/0c30c488dc32d12bc3c88e64e96d3f40,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/0c30c488dc32d12bc3c88e64e96d3f40,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Limit 18 dzieci w przedszkolnej grupie zapewni im bardziej kameralne warunki rozwoju.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206305,poslalam-syna-do-przedszkola-dopiero-w-wieku-4-lat-nie-kazde-dziecko-jest-gotowe</guid><link>https://mamadu.pl/206305,poslalam-syna-do-przedszkola-dopiero-w-wieku-4-lat-nie-kazde-dziecko-jest-gotowe</link><pubDate>Wed, 04 Feb 2026 07:00:02 +0100</pubDate><title>Posłałam syna do przedszkola dopiero w wieku 4 lat. &quot;Nie każde dziecko jest gotowe&quot;</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/70dbfbfb2d434f53d9d7dc383b451080,1000,1000,0,0.png" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />Nie każde dziecko jest gotowe na przedszkole w wieku 3 lat. Coraz więcej rodziców przyznaje, że celowo odraczają czas pójścia dziecka do placówki. Na jednym z forów mamy dzielą się doświadczeniami dzieci, które poszły do przedszkola dopiero jako czterolatki (a czasem jeszcze później). Większość z nich podkreśla, że to była najlepsza decyzja, jaką mogli podjąć.

Coraz więcej rodziców przyznaje wprost, że wiek metrykalny to nie to samo co gotowość emocjonalna. Choć w Polsce przyjęło się, że dzieci zaczynają przedszkole jako trzylatki, wiele mam świadomie decyduje się poczekać jeszcze rok albo nawet dłużej. Większość z nich wcale tego nie żałuje. 
"Czy żałujecie, że dziecko poszło do przedszkola rok później?"
Takie pytanie pojawiło się na jednym z forów parentingowych. Mama zastanawiała się, czy decyzja o posłaniu dziecka do przedszkola dopiero w wieku 4 lat była słuszna i jak wyglądało to u innych rodzin. Odpowiedzi było wiele, ale łączyło je przekonanie, że warto było zaufać własnej intuicji. 
"Rok wcześniej nie był gotowy. Po roku, zmiana o 180 stopni"
Jedna z mam napisała wprost, że próba wysłania syna do przedszkola w wieku 3 lat zakończyła się dramatem. Dziecko nie chciało nawet wejść do budynku, a każdy dzień był ogromnym stresem. Rodzice odpuścili. "Rok później zmiana o 180 stopni. Syn chodził chętnie, a nawet miał pretensje, że za szybko go odbieram. Nie żałowałam tej decyzji ani przez chwilę."
"Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego razem"
"Wspaniały, wartościowy czas spędziłyśmy razem. Wiele osób namawiało, żeby puścić córkę wcześniej, ale zostałyśmy przy swojej decyzji. I nie żałowałam ani przez chwilę." Dla części mam decyzja o późniejszym przedszkolu była możliwa także dlatego, że mogły zostać z dzieckiem w domu jeszcze przez rok. I ten czas wspominają jako wyjątkowy.
Łatwiejsza adaptacja, mniej łez, mniej stresu
W wielu komentarzach powtarzał się ten sam motyw, że dzieci czteroletnie dużo lepiej rozumiały, co się dzieje. Wiedziały, że mama wróci, potrafiły nazwać emocje, szybciej nawiązywały relacje. "Zero problemów przy rozstaniu, żadnego płaczu. Od pierwszego dnia chodziła chętnie. Dziś ma prawie 6 lat i uwielbia przedszkole oraz rówieśników."
Kilka mam zwracało też uwagę na mniejszą liczbę infekcji, mimo że dziecko nie chodziło wcześniej do żłobka i nie "wychorowało się" jako trzylatek.
A co z relacjami i szkołą? "Nie miało to żadnego znaczenia"
Pojawiały się też głosy mam starszych dzieci, które dziś są już uczniami. "Syn poszedł do przedszkola mając 5 lat. Nigdy nie płakał, nie miał problemów z odnalezieniem się w grupie. Dziś jest wzorowym, koleżeńskim uczniem." Wielu rodziców podkreślało, że późniejszy start w przedszkolu wcale nie oznacza problemów społecznych, wręcz przeciwnie.
Jedna zasada, która się powtarza – indywidualne podejście
Czytając te wszystkie komentarze, doszłam do wniosku, że tak naprawdę posłanie dziecka do przedszkola powinno być sprawą indywidualną. Wśród historii mam dominowało przekonanie, że nie ma jednego dobrego momentu dla wszystkich dzieci.
Drugim ważnym spostrzeżeniem jest to, że to nie społeczne oczekiwania powinny decydować o tym, czy dziecko ma już iść do placówki, ale gotowość dziecka –emocjonalna, rozwojowa i relacyjna.
Jedna z mam napisała: "Każde z moich dzieci poszło do przedszkola w innym wieku – wtedy, gdy uznałam, że jest gotowe. Wszystkie od pierwszych dni chodziły chętnie. Nic bym nie zmieniła w swojej decyzji."

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/70dbfbfb2d434f53d9d7dc383b451080,1500,0,0,0.png" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/70dbfbfb2d434f53d9d7dc383b451080,1500,0,0,0.png" medium="image"><media:title type="html">Często rodzice odraczają pójście dziecka do przedszkola, ze względu na brak gotowości.</media:title></media:content></item>
		<item><guid isPermaLink="true">https://mamadu.pl/206320,przedszkolakom-zakaze-sie-ekranow-men-mowi-jedno-robi-zupelnie-co-innego</guid><link>https://mamadu.pl/206320,przedszkolakom-zakaze-sie-ekranow-men-mowi-jedno-robi-zupelnie-co-innego</link><pubDate>Tue, 03 Feb 2026 11:42:47 +0100</pubDate><title>Przedszkolakom zakaże się ekranów. MEN mówi jedno, robi zupełnie co innego</title><description><![CDATA[<img class="type:primaryImage" src="https://m.mamadu.pl/c0babb50b9797c93caf508e16d29517a,1000,1000,0,0.jpg" alt="" style="float:left; margin: 0 10px 10px 0;vertical-align:text-top;" />W przedszkolach ma obowiązywać odgórny zakaz ekranów, choć jeszcze niedawno MEN inwestowało miliony złotych w cyfryzację placówek. Ministerstwo tłumaczy decyzję troską o rozwój dzieci i powołuje się na badania dotyczące negatywnego wpływu czasu ekranowego. Rodzice i nauczyciele pytają jednak, czy to realna zmiana, czy tylko kolejna sprzeczna deklaracja.

W przedszkolach będzie odgórny zakaz ekranów
Dzieci w wieku przedszkolnym to grupa, która powinna rozwijać się przede wszystkim poprzez zabawę oraz zajęcia aktywizujące. Kiedy Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiadało wprowadzenie nowej podstawy programowej w przedszkolach, wielu nauczycieli było oburzonych tym, że kilkulatki miałyby być zmuszane do siedzenia przy stolikach, wykonywania ćwiczeń manualnych przygotowujących do pisania oraz nauki literek, tak aby już na starcie szkoły podstawowej wszystkie potrafiły czytać. 
Pedagodzy zwracali uwagę, że tych umiejętności można uczyć dzieci bez ślęczenia nad książkami – poprzez ruch, aktywność i kreatywne zabawy – i to właśnie na tym powinna opierać się edukacja przedszkolna.
Teraz MEN zdecydowało się na kolejny projekt, który ma wejść do przedszkoli już niebawem. Przez kilka, a nawet kilkanaście ostatnich lat systematycznie inwestowano w nowoczesne technologie: placówki otrzymywały dotacje na sprzęt cyfrowy, nauczycielom przyznawano bony na laptopy, a sale wyposażano w projektory, ekrany i inne nowoczesne pomoce dydaktyczne. 
W ostatnim czasie obserwujemy jednak wyraźny zwrot w przeciwnym kierunku. Coraz częściej przywoływane są badania dotyczące negatywnych skutków nadmiernego czasu ekranowego, a eksperci ostrzegają przed wykorzystywaniem urządzeń cyfrowych w edukacji najmłodszych, wskazując na ich niekorzystny wpływ na rozwój mózgu i sposób przyswajania wiedzy. MEN zdecydował więc, że zakaz ekranów obejmie również przedszkola.
Już jakiś czas temu mówiła o tym Katarzyna Lubnauer, która oficjalnie ogłosiła start programu "Przedszkole bez ekranów". Równolegle jednak szkoły i przedszkola w mediach społecznościowych chwalą się zakupami sprzętu sfinansowanego z dotacji programu "Cyfrowy uczeń". W tych działaniach, prowadzonych jednocześnie, trudno nie dostrzec pewnej sprzeczności, a nawet hipokryzji.
Jak znaleźć złoty środek?
Z jednej strony MEN głośno podkreśla, że ekrany są zagrożeniem, a dzieci w przedszkolach powinny bawić się i uczyć wyłącznie w sposób analogowy. Pojawiają się głosy, że bajek, gier i filmów z YouTube'a i tak nie brakuje w domach, bo rodzice nie zawsze dbają o higienę cyfrową i nie zawsze mają świadomość skutków nadmiaru technologii. 
Z drugiej strony, podczas dyżurów w ferie czy wakacje, kilkulatki w placówkach i tak oglądają animacje, bo nauczycielki nie mają zorganizowanego programu zajęć na czas przerw. W rozmowie z "Newsweekiem" mama 5-latka z Warszawy komentuje to następująco:
– Przedszkolanki twierdzą, że tylko programy edukacyjne i że bardzo rzadko. Moim zdaniem jednak kilka razy w tygodniu [...] Program nauki w przedszkolu jest jawny, ale używanie technologii już nie. Nic nie wiem z wyprzedzeniem, to od dziecka się dowiaduję, że coś oglądali. Martwi mnie, że nie wiem dokładnie, co i jak długo.
Rodzice przyznają, że nawet jeśli w domu rygorystycznie pilnują limitów czasu ekranowego, zdarza się, że w przedszkolu dzieciom pozwala się oglądać bajki. Nikt nie wie dokładnie, ile minut – a czasem godzin – kilkulatki spędzają przed ekranem. Zdarza się jednak, że wracają do domu zmęczone, rozdrażnione i przebodźcowane, co może świadczyć o negatywnym wpływie ekranów na ich samopoczucie i zachowanie.
Eksperci zwracają uwagę, że im wcześniej dzieci otrzymują swobodny dostęp do urządzeń cyfrowych, tym trudniej w późniejszych latach wyegzekwować rozsądne ograniczenia korzystania ze smartfona czy komputera. Często prowadzi to do uzależnień – również od mediów społecznościowych – a stąd już prosta droga do problemów zdrowotnych, osłabienia kondycji psychicznej, kryzysów psychicznych i chorób.
Zbierając te obserwacje, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) już kilka lat temu alarmowała w tej sprawie. Rekomendowała rygorystyczne limity czasu ekranowego dla małych dzieci, a w przypadku dzieci do drugiego roku życia całkowity zakaz kontaktu z technologią. MEN próbuje nadążyć za tymi zaleceniami, stąd zapowiedzi zakazu ekranów w przedszkolach i powrotu do analogowych form zabawy i nauki.
Edukacja o higienie cyfrowej to podstawa
Trzeba jednak jasno powiedzieć, że żyjemy w świecie, w którym technologii nie da się całkowicie wyeliminować. Całkowite zakazy budzą wątpliwości także dlatego, że nauczyciele i tak muszą prowadzić dokumentację czy obserwacje rozwojowe dzieci na komputerach. Tu traktuje się ich tak, jakby w rpacy z dziecmi nic nie robili, tylko sadzali je przed ekranami w salach dla świętego spokoju.
Obecność sprzętu w sali przedszkolnej nie oznacza automatycznie, że jest on wykorzystywany w pracy z dziećmi. Czy w takich przypadkach ekrany również będą zakazane? Znacznie lepszym rozwiązaniem wydaje się edukacja cyfrowa od najmłodszych lat: uczenie zasad higieny cyfrowej i tłumaczenie, że nadmiar technologii może przynosić negatywne skutki. 
Wypieranie faktu, że technologie są obecne i często bywają realnym ułatwieniem, oraz izolowanie od nich dzieci, może w dłuższej perspektywie przynieść więcej szkody niż pożytku. We wspomnianym artykule "Newsweeka" wypowiada się również dr Aleksandra Lewandowska, konsultantka krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, która mówi wprost:
– Całkowity zakaz? To się nie uda. Ekrany są częścią naszego życia i tak już będzie.
Nowa podstawa programowa dla przedszkoli, w której pojawia się zapis dotyczący ekranów, ma planowo zacząć obowiązywać od września 2026 roku, jeśli rozporządzenie uzyska pozytywne opinie w konsultacjach społecznych. MEN zapowiada jej wdrażanie w podobnym trybie jak reformy dotyczące szkół.
Ministerstwo Edukacji Narodowej najpierw inwestuje setki milionów złotych w cyfryzację przedszkoli, żeby teraz zapowiadać niemal całkowity zakaz korzystania z ekranów. Ta niespójność rodzi pytania nie tylko o sens takich decyzji, ale przede wszystkim o ich wykonalność. 
Specjaliści podkreślają, że technologia stała się nieodłącznym elementem codzienności i edukacji, a próby całkowitego jej wyeliminowania mogą okazać się ideologicznym bełkotem. Być może zamiast kolejnych zakazów potrzebujemy wreszcie uczciwej, konsekwentnej polityki, która nie udaje, że ekrany znikną, tylko pokaże, jak korzystać z nich mądrze i z umiarem.
Źródło: newsweek.pl

]]></description><media:thumbnail url="https://m.mamadu.pl/c0babb50b9797c93caf508e16d29517a,1500,0,0,0.jpg" /><media:content url="https://m.mamadu.pl/c0babb50b9797c93caf508e16d29517a,1500,0,0,0.jpg" medium="image"><media:title type="html">Zakaz ekranów w przedszkolach ma wpłynąć pozytywnie na ich rozwój.</media:title></media:content></item>
		
	</channel>
</rss>
