
Rodzice powinni z dziećmi siedzieć w domu?
Rodzice w miejscach publicznych coraz częściej spotykają się z niechęcią, wykluczeniem, a nawet hejtem. W restauracjach krzywo patrzy się na płaczące niemowlęta, w autobusach ludzie przewracają oczami na rozbrykane przedszkolaki, a w sklepach zirytowani klienci komentują pod nosem zachowanie dzieci, które są zmęczone i przebodźcowane. Z jednej strony można to zrozumieć – niektórzy rodzice rzeczywiście nie stawiają dzieciom granic, pozwalając im na wszystko. Ale z drugiej strony, czy społeczeństwo naprawdę zapomniało, że dziecko to nie robot?
Maluchy uczą się funkcjonowania w świecie poprzez doświadczanie. To oznacza, że czasem będą głośne, czasem nie poradzą sobie z emocjami i wybuchną płaczem, a innym razem zrobią coś, co dorosłym wyda się "niegrzeczne". Jednak to nie znaczy, że rodzice nie wychowują swoich dzieci – po prostu nauka społecznych zasad nie dzieje się w kilka sekund, tylko wymaga czasu, cierpliwości i praktyki. A jak dziecko ma się nauczyć, jak zachowywać się w restauracji czy autobusie, jeśli nie będzie miało okazji tam przebywać?
W sieci nie brakuje pełnych frustracji wpisów na ten temat, ale można też znaleźć wiele szokujących ocen rodzicielstwa. Jeden z użytkowników Threads o nicku skrzydlatypawel napisał: "W dzisiejszych czasach dzieci wydają się przeszkadzać niemal wszystkim i wszędzie. Jeśli jednak ich obecność jest nieunikniona, oczekuje się, że będą odpowiednio 'wytresowane' – rozumieć otoczenie i zachowywać się z dojrzałością godną dorosłego człowieka".
I choć tu wpis jest pozytywny i broni rodziców oraz pokazuje tylko zdanie tych, którym dzieci przeszkadzają, to mnie zdenerwował. Słowo "wytresowane" oburzyło mnie jako osobę, która też chodzi z dziećmi w wieku przedszkolnym do różnych publicznych miejsc. Dziecko to nie zwierzę, które można poddać tresurze. To człowiek, który ma prawo do błędów, nauki i emocji. Na szczęście podobnego zdania jest większość komentujących osób, które popierają słowa autora wpisu, zauważając jego sarkazm.
Trochę więcej zrozumienia
Rodzice są dziś atakowani z każdej strony – jeśli pozwalają dziecku na zbyt wiele, są oskarżani o brak wychowania. Jeśli próbują stawiać granice, słyszą, że są zbyt surowi i nie mają serca. Jakby tego było mało, coraz częściej daje się im odczuć, że dzieci po prostu przeszkadzają i najlepiej byłoby, gdyby siedziały cicho w domu. Zawadzają w sklepie, w komunikacji miejskiej, na basenie, wszędzie. Tylko czy na pewno chcemy żyć w społeczeństwie, w którym dzieci mają być "niewidzialne"?
Zamiast piętnować rodziców, warto zastanowić się nad tym, jak możemy im pomóc. Może zamiast krzywego spojrzenia – wystarczyłby uśmiech? Zamiast kąśliwego komentarza – odrobina cierpliwości? Jako matka, której zdarza się przemierzać miasto ze zbuntowanym, krzyczącym i złoszczącym się 4-latkiem, wiem, że chamskie komentarze czy kąśliwe uwagi jeszcze nigdy nie sprawiły, że nagle dziecko ucichło.
Nigdy też magicznie nie przestało krzyczeć, bo ktoś obcy skomentował jego "niegrzeczne" zachowanie. Może to i dobrze, bo przynajmniej widzę, że w zdrowy sposób wyraża swoje emocje i nie kłębi się to wszystko w nim w środku. Dzieci nie powinny zachowywać się jak zaprogramowane roboty. Każdy z nas kiedyś był dzieckiem i każdy musiał się nauczyć, jak żyć wśród ludzi. Dajmy więc dzisiejszym dzieciom tę samą szansę.