"Apelujemy do sprawcy o opamiętanie!". To, do czego posunęli się "wrogowie dzieci" wprawia w osłupienie

Na jednym z zamkniętych warszawskich osiedli ktoś rozsypał pinezki i szkło na placu zabaw
Na jednym z zamkniętych warszawskich osiedli ktoś rozsypał pinezki i szkło na placu zabaw fot. pixabay
Niebezpieczeństwo na placu zabaw nie zawsze oznacza szalejące na nim dzieci, które nie zważają na młodszych czy zepsute sprzęty, na których można nabawić się kontuzji. Czasem największym zagrożeniem są dorośli. Przekonali się o tym mieszkańcy jednego z zamkniętych osiedli na warszawskim Mokotowie.


"Zarząd Spółdzielni informuje, że w ostatnim czasie na trawnikach, w miejscach zabaw dzieci, ktoś rozsypał pinezki, podgięte spinacze biurowe oraz stłuczone szkło. Działanie to ma wyraźne znamiona rozmyślnej akcji skierowanej przeciwko użytkownikom tego terenu – małym dzieciom" - czytamy w piśmie do mieszkańców, które spółdzielnia zamieściła na drzwiach klatki. Treść dokumentu opublikował na łamach portalu Noizz dziennikarz Michał Bachowski, mieszkaniec osiedla.


Jak opisuje, mieszkańców miniosiedla (to dwa otoczone płotem budynki) od dawna dzieli konflikt. Chodzi oczywiście o dzieci, a konkretnie o to, ile robią hałasu. Choć autor tekstu ocenia, że nie są to hałasy uciążliwe – sam mieszka na parterze i nie ma problemu z odgłosami z placu zabaw, niektórzy są wyjątkowo zmęczeni.


"Dotychczas wyrażali swoje niezadowolenie w dość standardowy sposób, czyli uciszali dzieci, krzycząc przez okno, albo burczeli coś pod nosem, gdy przechodzili obok nich" - pisze Bachowski. Jak wiadomo, teraz posunęli się o krok dalej.

Choć nikt nikogo nie złapał za rękę, niemal pewne jest, że szkło i pinezki porozrzucał ktoś z mieszkańców osiedla. Inni nie mają tu raczej wstępu, poza tym dzieci z osiedla nie mogą przeszkadzać nikomu innemu.

Sprawa została zgłoszona do dzielnicowego. "Apelujemy do sprawcy o opamiętanie się i uświadomienie sobie jakie konsekwencje zdrowotne może przynieść skaleczenie się w wyniku nadepnięcia na taki przedmiot, szczególnie dla małego dziecka. Jednocześnie informujemy, że działania skierowane przeciw zdrowiu i życiu są w Polsce ścigane i podlegają karze, łącznie z karą więzienia" - czytamy w piśmie.


Pytanie, czy faktycznie ten, kto posunął się tak daleko, przejmuje się zdrowiem dzieci? Dziennikarz Noizz porównuje sytuację do mrocznej akcji z truciem zbyt głośno kumkających żab przez mieszkańców innego zamkniętego osiedla, "Mariny Mokotów".

Poza tym pułapki na dzieci na placach zabaw to nie nowość wśród wrogów "miłośników ciszy". Wiosną tego roku w Jasienicy w powiecie bielskim ktoś oblał wszystkie sprzęty na placu zabaw żrącą substancją, w wyniku czego poważnych oparzeń doznał pewien 2-latek.

Trudno powiedzieć, czy w tej sytuacji chodziło o hałas. Niemniej jednak to najczęstszy powód sporów. W Cieszynie na jednym z placów zabaw zawisły tabliczki z prośbą, by dzieci bawiły się w ciszy, a kłótni między sąsiadami o to, czy plac zabaw może powstać, nie da się zliczyć.

Jasne, można mieć swoje wymagania, jednak nic nie usprawiedliwia narażania zdrowia dzieci. Oby walka z „dziecięcym hałasem” skończyła się bez tragedii.
Źródło: Noizz.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...