
Zmiana może obnażyć poważne problemy nie tylko w relacjach nauczyciel-uczeń, ale i rodzic-dziecko. Czy współczesny człowiek potrafi mówić dobrze o innych?
Tak jest dziś... Wyobraźcie sobie wywiadówkę. Zazwyczaj wygląda ona w wielu szkołach podobnie. Zbierają się rodzice, oczywiście zarówno ci, którzy zdążą dojechać z pracy, bo reszta stoi w korkach (oficjalnie), jak i ci, którzy na takich zebraniach czują się jak ryby w wodzie i pojawiają się już pół godziny wcześniej z niecierpliwością przebierając nogami. W końcu można swobodnie ponarzekać, obarczyć winą za wszelkie niepowodzenia dziecka nauczycieli i innych rodziców, (bo nie potrafią wychować dzieci), co wpływa na to, że czyjeś "biedne dziecko" dostaje uwagi.
Idźmy dalej. Teraz spójrzcie do tyłu, tam siedzą rodzice dzieci, którzy nie spodziewają się po wywiadówce ani żadnych newsów, ani też nie liczą na otrzymanie jakichś pozytywnych informacji. Patrzą w niewidzialny punkt lub co odważniejsi zerkają w smartfony ukryte pod ławkami. Nauczyciel wyraźnie zmęczony i znudzony prowadzeniem zabrania, przechodzi punkt po punkcie do spraw, które musi omówić. Liczy po cichu, że nikt nie będzie zadawać pytań i zaraz wszyscy rozejdą się do domów. Spójrzcie teraz do przodu, to tu często gromadzą się nadgorliwi rodzice, oni mają sporo pretensji i pytań, bo wychodzą z założenia, że to szkoła ma wychowywać i uczyć i to od pedagogów oczekują wytężonego wysiłku.
No i mając ten obraz przed oczami, wyobraźcie sobie, że nauczyciel każe wam powiedzieć publicznie coś dobrego na temat waszego dziecka. Mało tego. Spróbujcie sobie wyobrazić, że nauczyciel zaczyna zebranie od wskazania pozytywnych cech waszego dziecka i od udowodnienia jakie postępy w nauce i kontaktach z rówieśnikami uczynił przez ostatni rok. Czy widzicie swoją minę, gdy zrozumiecie, że już nigdy więcej nie pójdziecie na wywiadówkę? Zamiast tego, nauczyciel zaprosi was i wasze dzieci na spotkanie, gdzie wspólnie omówicie bieżące sprawy. Ustalicie kwestie wycieczek, przedstawień, poznacie się bliżej. Taka idealna wizja szkoły.
No i teraz najlepsze na koniec. Takie szkoły już istnieją. W Polsce.
Wywiadówka inaczej? Czy to naprawdę możliwe? Budząca się szkoła to inicjatywa, której celem jest propagowanie kultury uczenia się opartej na rozwoju potencjału uczniów, nauczycieli i szkół. To dzięki akcjom przez nich wymyślonym i rozpowszechnianym, coraz więcej dobrego dzieje się w polskich szkołach.
dr Marzena Żylińska
Budząca się szkoła
Uczniowie mogą brać udział w spotkaniach razem z nauczycielami i rodzicami. Głównym celem takiego zebrania ma być wspólne rozwiązywanie problemów, ustalanie spraw kluczowych dla wszystkich, ale i wzajemne dowartościowywanie się. Jak zapewnia pani Jolanta Kowalska, dyrektorka szkoły podstawowej w Lubiewie, taki system działa. O dziwo, szkoła położna w woj. kujawsko-pomorskim, w gminie wiejskiej liczącej ok. 6 tys. mieszkańców jest jedną z najnowocześniejszych może nie ze względu na nowinki techniczne, ale na podejście do nauczania.
Jolanta Kowalska
dyrektorka Szkoły Podstawowej w Lubiewie
Nie jesteśmy nauczeni mówić dobrze o innych Niestety nie we wszystkich szkołach dyrekcja chce przeprowadzić zmiany. Niechęć nauczycieli, jak i rodziców często jest barierą nie do pokonania. Zwłaszcza że jednym z założeń tego programu jest wskazywanie w czasie takich trójstronnych spotkań osiągnięć dziecka. Okazuje się, że zarówno dla nauczyciela, jak i rodzica, jest ogromnym problemem opowiedzenie publicznie o dobrych i złych cechach zarówno swoich, jak i innych.
– Wynika to z kultury błędu – podkreśla dr Marzena Żylińska. – Dlaczego bowiem podkreśla się dzieciom błędy na czerwono, udowadniając ile zrobili źle, a dlaczego nie zaznacza się choćby na zielono poprawnych odpowiedzi, by zrównoważyć popełnione błędy i dać sygnał, że są problemy, ale i umiejętności?
Jolanta Kowalska
dyrektorka Szkoły Podstawowej w Lubiewie
– Młodzież się zmienia, nie możemy stać w miejscu, musimy za tym podążać. Trzeba zmieniać metody nauczania – mówi pani Jolanta Kowalska i oby więcej dyrektorów brało z niej przykład.
