"Czułam się jak żołnierz wracający z Iraku". Historia ze szpitala demaskuje służbę zdrowia

Poronienie to łzy i cierpienie w ukryciu przed personelem medycznym.
Poronienie to łzy i cierpienie w ukryciu przed personelem medycznym. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Ciężarne w szpitalu są wyśmiewane i krytykowane, nawet wtedy, gdy są tam po to, by farmakologicznie wywołać poronienie. Historia opisana przez Barbarę jest dowodem na to, że w Polsce poronienie traktowane jest jak drobna rana, na której skupiać się nie trzeba. Należy iść dalej. Nikt jednak nie mówi, jak to zrobić.

Lekarze, pielęgniarki, położne – czemu to robicie?
Wydawałoby się, że o tym, jak trudnym przeżyciem dla kobiety jest poronienie, nie trzeba chyba nikomu przypominać, a w szczególności środowisku medycznemu. Niezupełnie. Ci, którzy codziennie widzą cierpienie kobiet podczas narodzin i straty dziecka, najlepiej powinni wiedzieć, jak bardzo w tym dniu potrzebują zwykłej, ludzkiej empatii. Tymczasem jest inaczej.

Szacuje się, że co dziesiąta, a nawet co ósma rozpoznana ciąża skończy się naturalnym poronieniem. Ogromna liczba. Z poronieniem wiąże się trauma, ból, poczucie krzywdy wymieszane z poczuciem winy. Duża w tym bolesnym przeżyciu rola lekarza, by wyjaśnić kobiecie, jak ma do tego podejść, jak się podnieść, nie załamać i dlaczego może być to w tej historii kluczowe.

Historia Barbary budzi ze snu
Kobieta, która takie poronienie przeżyła i zdecydowała się wszystko opisać w poście publicznym na Facebooku, pomocy nie dostała. Wręcz przeciwnie – poczuła, jak przekroczone zostały granice intymności, jak bardzo nie była poszanowana jej prywatność, godność, o beznadziejnych komentarzach ("Ech, za wcześnie mówiliście!") nie wspominając. Opisuje najgorsze z możliwych zachowań lekarzy.


– W kraju, w którym opowiada się nie tylko dzieciom, ale nawet osobom dorosłym, że nie ma większego cierpienia i okaleczenia duszy niż przerwanie ciąży (także niechcianej), jak już jesteś w tej sytuacji, że dochodzi do przerwania ciąży chcianej i wyczekiwanej, nie zasługujesz nawet na tyle empatii, żeby lekarz robiący Ci USG uznał za stosowne nie rozmawiać w trakcie badania przez telefon – pisze Barbara w jednym z punktów swojego wpisu. Świat morałów upada – jak widać. Bulwersuje każdy opisany przez nią punkt.
Ciąża obumarła. Tak się zdarza
NFZ, lekarze, położne, Urząd Stanu Cywilnego – przy utracie dziecka nikt się nie sprawdza. Poronienie to trauma dla kobiety, jednak nasz system tego chyba tak nie traktuje. – Pomiędzy wielką żałobą a nierobieniem nikomu problemów nie ma miejsca na to, żeby wprawdzie nie odczuwać traumy i rozpaczy, ale najpierw poczuć żal, zanim jeszcze wybrzmi przeżyć dawkę stresu (np. kiedy ronisz w łazience oddalonej do sali szpitalnej i równocześnie zaczynasz wymiotować i masz zawroty głowy, a nikogo przy tobie nie ma), a po kilku dniach zacząć odczuwać solidne zmęczenie. I chcieć o tym porozmawiać. Nawet nie raz, ale ze dwa razy. Może i z psychoterapeutką. I po dwóch tygodniach nie czuć się jeszcze pewnie wracając do pracy. No takiej opcji nie ma – opisuje w kolejnym punkcie.

Kobiety nie szukają litości, jakiejś szczególnej uwagi, ceremonii, a jedynie empatii i rozmowy, chwili uwagi. Nie kosztuje to wiele – tak mi się wydaje. Dla niektórych jednak to poza zasięgiem ludzkich umiejętności.

Tak nie może być, ale jest
O doświadczaniu przemocy za zamkniętymi drzwiami oddziałów położniczych, który pozostawia trwały ślad w ciele i psychice kobiet, pisałyśmy całkiem niedawno, po najnowszym raporcie opublikowanym przez Fundację Rodzić po Ludzku. Badanie przeprowadzone na grupie kobiet, które rodziły w 2017 i w 2018 roku, wykazało, że kobiety chcą w opiece efektywnej komunikacji, szacunku, godności i wsparcia emocjonalnego. Dopiero po tych punktach wymieniają wykształcenie i kompetencje.

Choć jak się okazuje, z kompetencjami też różnie bywa. Kobiety zauważają, że poronienie to niejedyna tragedia. Z nią wiążą się kolejne niepokoje. Pod wspomnianym postem pojawiły się głosy o tym, że w Polsce nie istnieją jednolite procedury wywoływania poronienia.

– Wszystko powyższe jest smutną prawdą. Mnie osobiście jeszcze wkurza, że poronienia zatrzymane są w Polsce wywoływane lekami, które nie są do tego przystosowane (arthrotec na stawy lub cytotec na wrzody), ponieważ w Polsce nie ma dopuszczonych do obrotu leków wczesnoporonnych i choć substancja czynna jest taka sama, to droga podania całkiem odmienna. Nie istnieją też w Polsce jednolite procedury wywoływania poronienia, a lekarze (w większości) nie mają w tym odpowiedniego doświadczenia. Szczęściem jest, gdy szpital ma jednolitą procedurę, ale często zalecenia lekarskie zmieniają się z każdym dyżurem – dotyczy to nie tylko dawki leków, ale też drogi podania. Ronić w Polsce jest po prostu niebezpiecznie – pisze Marta.

Nie chcą już tego kryć. Kobiety dojrzały do upubliczniania prawdy
Kobiety chcą o problemie mówić, ale już nie tylko w domu, w otoczeniu bliskich. Chcą być słyszane, bo ich głos jest ważny.

Listy do szpitali dotyczące opieki okołoporodowej, skargi do Rzecznika Praw Pacjenta, publiczne opisywanie doświadczeń, domaganie się od personelu medycznego szacunku – to możemy. Pomóc mogą nam w tym bliscy i zsolidaryzowane środowisko kobiet. Siedzenie cicho na sali, korytarzu czy po wyjściu ze szpitala, to zgoda na takie taktowanie, a przecież tego nie chcemy.

Jakiś czas temu w rozmowie z położną usłyszałam, że kobiety po poronieniu czują się, jak żołnierz wracający z Iraku ze stwierdzonym zespołem stresu pourazowego. Po takim traktowaniu przez "specjalistów", trudno, żeby było inaczej.

Masz podobne przeżycia?
Napisz do nas: wiktoria.drozka@mamadu.pl
Trwa ładowanie komentarzy...