"Sama nie podejmuję żadnych decyzji poza tym, co kupuję do lodówki". Tak wygląda związek z narodowcem

Dla wielu małżeństw promowanie patriarchatu kończy się dramatem.
Dla wielu małżeństw promowanie patriarchatu kończy się dramatem. Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta
Kiedy Julka poznała Michała, był opiekuńczym, raczej zwyczajnym facetem. Imponowało jej, że poważnie traktuje wszystkie ich wspólne plany. Że potrafi sam wiele zorganizować, nie czeka, aż ona da sygnał. Wiedział, czego jej potrzeba, zanim zdążyła kiwnąć palcem. Nie mogła przypuszczać, że to przedsmak związku, który wkrótce doprowadzi ją na skraj rozpaczy. – Teraz, kiedy konserwatywny model rodziny oparty na patriarchacie w opinii publicznej jest chwalony i znów jest w cenie, ludzie, którzy w głębi ducha się z nim zgadzają, będą mieli więcej odwagi, by wcielać w życie swoje poglądy – mówi w rozmowie z MamaDu Monika Dreger, psychoterapeuta par i autorka książki "Co boli związek".

Julka i Michał są małżeństwem od kilku lat. Mają dwójkę dzieci, w tym młodsze narodzone kilka miesięcy temu. Odkąd Julka odeszła na zwolnienie na początku pierwszej ciąży, nie wróciła do pracy. To Michał utrzymuje rodzinę. Jego żona nie chce zdradzić, czym się zajmuje. Jeśli trafi na ten tekst, będzie wiedział, że to o nich. Nie chce ryzykować – nie byłoby wesoło. – Aktualnie sama nie podejmuję żadnych decyzji poza tym, co kupuję do lodówki i szaf mojej oraz dzieci – mówi zgaszonym głosem Julka.

"Tradycyjny model rodziny", czyli oswajanie przemocy
Jeszcze dekadę temu Julia studiowała ukochany kierunek i cieszyła się, gdy zdobyła pracę zgodną z wykształceniem. Choć zarabiała kiepsko, bywała sfrustrowana, to jednak umiała sobie poradzić. Była normalną dziewczyną, która wiedzie zwykłe studenckie życie. Kiedy poznała Michała, on nie miał do jej życiowych wyborów żadnych zastrzeżeń. – Wyróżniał się decyzyjnością i takim rozmachem w dbaniu o mnie. Podobało mi się to, że nie pyta dokąd mnie zabrać, tylko mnie zabiera. Czułam się przy nim bezpieczna i "zaopiekowana". Michał lubił też się mną chwalić. Zwłaszcza na imprezach. Z dumą przedstawiał mnie kolegom. Miłe to było – mówi Julka.

Dość szybko stanęli przed ołtarzem. – Nie twierdzę, że to była jakaś magiczna granica, ale sporo się wtedy zmieniło. Może dlatego, że wtedy zamieszkaliśmy w jego rodzinnym mieszkaniu. Tak jakby wrócił na swój teren i nabrał wiatru w żagle, tak bym to opisała – opowiada.


Zaczęło się wychodzenie bez wcześniejszego informowania o tym, co, gdzie i z kim. Michał swoimi decyzjami stopniowo ograniczał Julii niezależność – nie liczył się z jej opinią, stawiał przed faktem dokonanym i w kwestii tego, co robią wieczorem, jak i tego, na co wydają pieniądze. W grę weszła przemoc ekonomiczna. Michał kupował sobie drogie rzeczy, by realizować swoje wyszukane hobby, ona miała kilkaset złotych na miesiąc na wszystkie potrzeby. Zaczęły się awantury. – Nic do niego nie docierało. Jak pierwszy raz wyprowadziłam się z domu do swoich rodziców, nie byliśmy nawet rok po ślubie.

Po kilku takich sytuacjach Michał nieco się wyciszył. Nadeszły lepsze czasy. Wtedy Julka zaszła w ciążę. Jednak ich związek pod względem emocjonalnym przypomina sinusoidę do tej pory.

Koszulka z symbolem Polski Walczącej
Pierwszy patriotyczny T-shirt Michał założył, kiedy po narodzinach córki jeździli w gości "pokazać małą". – Ja nawet nie wiem, kiedy on zaczął to nosić. Nie zwracałam na to uwagi za bardzo. Byłam zmęczona, w domu bywał rzadziej, bo denerwował go płacz córki. Ale w końcu przyjaciółka mnie zagadała. Zapytała, czy Michał chodzi na marsze, bo ciuchy nosi jak "rasowy narodowiec". Szczerze mówiąc, trochę mną to wstrząsnęło, a trochę nie wiedziałam, o co chodzi. Przez dziecko byłam odcięta od wiadomości z kraju, jakoś tak się zapadłam w tej swojej rzeczywistości – opowiada Julka.

Wtedy postanowiła sprawdzić męża i któregoś razu, zagadując niby z ciekawości, wypytała go o poglądy na temat konkretnych politycznych zdarzeń, które wówczas były w mediach szeroko komentowane. – Michał nigdy nie był jakimś intelektualistą, więc nie spodziewałam się, że np. ma jakieś stanowisko w sprawie aborcji. Wiedziałam, że nie znosi imigrantów i że lubi antysemickie żarciki, ale sądziłam, że to tylko takie gadanie, które wynosi od swoich kolegów-kiboli. Myliłam się. Totalnie nienaturalnie z jego ust brzmiały "mądrości" o patriarchacie i "tradycyjnym modelu rodziny". Mówił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wtedy wszystko zaczęło mi się układać w jedną całość – mówi Julka.

Julia zaczęła obserwować, uważniej słuchać tego, co Michał wykrzykuje po pijaku. Co jego koledzy gadają przy piwie, gdy siedzą na ławce pod klatką. – Jakoś zawsze myślałam o nim, że jest inny i nie pasuje do swojego towarzystwa. Teraz niebezpiecznie wydaje mi się pasujący idealnie. W dodatku na jego kuriozalne poglądy o tym, co powinnam, a czego nie ma coraz mocniejsze argumenty. A to że ślubowałam przed ołtarzem, a to, że matka to z dziećmi powinna być. Jak wspomniałam o powrocie do pracy, bo dzieci mogą iść do żłobków i przedszkoli, to mnie wyzwał, że chcę je zostawić. Kiedyś machnęłabym na to ręką i robiła swoje. Dziś widzę, że to wszystko jest na poważnie, a ja nie mam odwagi się sprzeciwić. I tak sobie myślę, że gdyby mi na to nie zwrócił nikt uwagi, to choć czułabym się pokrzywdzona, nie łączyłabym tego z żadnym zjawiskiem społecznym, czy poglądami konkretnych ugrupowań. Nie rozumiałabym nic ani z jego zachowania, ani z tej sytuacji. Uświadomiłam sobie też, że żyję jak samotna matka. Że kiedy rozmawiamy, to robię wszystko, żeby się nie pokłócić i swobodnie czuję się tylko, jak nie ma go w domu.

Głowa rodziny, pan domu
– Rzadko bywa tak, że ludzie o zupełnie odmiennych poglądach politycznych dobierają się w pary – komentuje Monika Dreger, psychoterapeutka par. – W poglądach politycznych widać nasze różne normy i zasady, także nasze podejście do modelu rodziny. Te normy determinują podejście do partnera czy partnerki. To są zakorzenione wzorce. Rzeczywiście może być tak, że teraz, kiedy konserwatywny model rodziny oparty na patriarchacie w opinii publicznej jest chwalony i znów jest w cenie, ludzie, którzy w głębi ducha się z nim zgadzają, będą mieli więcej odwagi, by wcielać w życie swoje poglądy. Teraz każde zjawisko ma swoją nazwę, wyraźnie mówi się o tym, na co jest przyzwolenie, a na co nie. Można w tym odnaleźć siebie lub wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś to zrobi, może nabrać odwagi i śmiałości. Tak jak kibole – kiedyś byli traktowani jak osoby niebezpieczne, a teraz bycie kibolem to chluba – mówi nasz ekspert.

Co więcej, według psycholog, patriarchat i partnerstwo się wykluczają. – Patriarchat często
uprzedmiotawia kobiety, pozbawia suwerenności. Jeszcze kilka lat temu nie było tak dużego
przyzwolenia społecznego, by tak wyraźnie ograniczać prawa kobiet w związkach. Dziś w
prawicowym dyskursie coraz częściej się to pojawia. Jest to niebezpieczne zjawisko, ponieważ taki związek może powędrować w kierunku przemocowego. Mężczyzna ma w nim usprawiedliwienie, które świetnie brzmi – jest głową rodziny. Panem domu – mówi Monika Dreger.

Wiele wskazuje na to, że przypadek przemocowego traktowania to właśnie związek Julii i jej męża. Jednak czy przemoc w związku z "narodowcem" to reguła? – Patriarchat to nie jest model wspierający rozwój partnerstwa, w którym kobieta ma równe prawa i decyduje o sobie. Więc jest szkodliwy. Ale są kobiety, które w takim modelu czują się najlepiej i w takich rodzinach nie zawsze dzieje się coś złego.

Obecnie Julia znów jest w dołku emocjonalnej sinusoidy. Po raz kolejny wyprowadziła się do swoich rodziców. Posłała dzieci do placówek opiekuńczych, a sama szuka pracy. Jest jej ciężko, wsparcia szuka u psychologa. Do tej pory nie odważyła się złożyć pozwu o rozwód.
Imiona bohaterów zostały zmienione.
Trwa ładowanie komentarzy...