Co czuje matka chorego dziecka? Tym na Instagramie nikt wcześniej się nie dzielił

Zoja, 28 kwietnia skończy 4 lata.
Zoja, 28 kwietnia skończy 4 lata. Instagram
Paulina Zagajewska-Strożek to młoda mama dwójki dzieci. Wrażliwa i silna, piękna i mądra. Jako mama i żona przeszła ten rodzaj tragedii, której kobiety boją się najbardziej - ryzyko utraty szczęścia rodziny. Ponad rok temu dowiedziała się, że jej ciąża jest zagrożona, a córeczka choruje na nowotwór. Skasowała konto na Instagramie, bo nie mogła patrzeć na dawne życie. Była w niej niezgoda. Dziś prowadzi nowe, ze świeżym spojrzeniem na wszystko co wokół. To jej rodzaj terapii, sposób na dzielenie się szczęście i zatrzymanie czasu. Dziś podkreśla: – Zmieniło się moje postrzeganie świata uchwycone w tych małych kwadracikach. Historia, której zdjęcia są ważną częścią.

Czym jest dla Pani robienie zdjęć?

To "łapanie chwil", które chciałabym zachować w pamięci na całe życie. Dzieci tak szybko dorastają, że aż chciałoby się nacisnąć stop i nacieszyć się wszystkimi ich gestami, zachowaniami, dwa, a nawet trzy razy dłużej. W tym właśnie pomagają mi zdjęcia. Nie potrafię zatrzymać czasu, ale mogę usiąść wygodnie na kanapie, otworzyć pudełko ze zdjęciami i przywołać wszystkie cudowne wspomnienia.

Czy od dawna robi Pani zdjęcia?

Zdjęcia zaczęłam robić odkąd założyłam swoje pierwsze konto na Instagramie, tj. około 6 lat temu. Były to przede wszystkim kadry z wyjazdów, spotkań z przyjaciółmi, codziennych inspiracji. Dopiero gdy na świat przyszła moja córka – Zoja, zaczęłam czerpać z tego więcej zabawy i radości, a kadrów na profilu pojawiało się coraz więcej. W każdym z jej gestów, kroków i postępów dostrzegałam moment, który chcę zachować na dłużej.

Pierwsze zdjęcie z informacją o chorobie dziecka wstawiła Pani 17 października 2017 r. Napisała Pani takie zdanie: "Ja leżę i walczę o jedno dziecko, Piotrek jeździ i walczy o drugie". Czy Państwa walka o Zojkę nadal trwa?

Na szczęście nie! Gdy dowiedzieliśmy się o chorobie Zoi byłam w piątym miesiącu ciąży. Dwa tygodnie później miałam umówioną wizytę kontrolną u ginekologa. Mina mojej pani doktor mówiła sama za siebie: – Pani Paulino z Zojką sobie dacie radę, ale z Zojką i takim wcześniakiem już nie – usłyszałam. Stres zrobił swoje, szyjka macicy skróciła mi się do 7 mm w 22 tygodniu ciąży. Natychmiast pojechałam do szpitala. Udało się dokonać zabiegu zszycia szyjki. Tylko najgorsze było przymusowe leżenie do końca ciąży. Mój ruch ograniczał się jedynie do wizyt w toalecie. Każda dodatkowa aktywność mogła przyczyniać się do naderwania szwu. Na początku nie mogłam się z tym pogodzić. Myślałam: co ze mnie za matka, która nie jest cały czas przy swoim chorym dziecku, ale z drugiej strony wiedziałam, że muszę leżeć, bo stracę drugie... Po jakimś czasie "ułożyłam" sobie wszystko w głowie. W taki sposób: jesteśmy w dwójkę, mamy pomoc rodziców i zaraz potem powstał wpis: "ja leżę i walczę o jedno dziecko, Piotrek jeździ i walczy o drugie". Nie było łatwo, ale udało się. 17 listopada o 7.40 przyszedł na świat Tadeusz. Zdrowy, silny chłopczyk. 2690 g szczęścia i miłości. Napisałam wtedy na swoim koncie: "...jak tylko Go zobaczyłam i poczułam, wiedziałam, że musi dać nam szczęście, że to co złe już odeszło, że zaczyna się wszystko od nowa, bo przyszło moje nowe życie na świat..."
Oglądając historię zdjęć na Instagramie odnoszę wrażenie, że przeszła (lub nadal przechodzi) Pani wszystkie etapy akceptacji choroby bliskiej osoby – od zaprzeczenia do akceptacji. Czy dobrze to odczytuje? Czy zdjęcia to dla Pani rodzaj terapii?


Racja, przechodzę do dzisiaj różne etapy akceptacji choroby Zoi. O dziwo tuż po diagnozie szybko znaleźliśmy w sobie siłę walki. Wiedzieliśmy, że zrobimy wszystko, żeby Zojka była zdrowa. Z biegiem czasu bywało różnie. Od stanów załamania do łez szczęścia. Największy kryzys przeżyłam po swoim powrocie ze szpitala. Zostawiłam w domu roześmianą, energiczną, pulchną dziewczynkę z włoskami, a gdy po dwóch tygodniach rozłąki (w tym czasie Zojka przeszła pierwszy cykl chemioterapii) zobaczyłam ją cichą, przestraszoną i łysą. Jednym słowem – załamałam się. Zaczęłam szukać winnego, zamknęłam się na wszystko i wszystkich. Wtedy też usunęłam swoje pierwsze konto na Instagramie. Na pewno nigdy nie będę w stanie zrozumieć i odpowiedzieć sobie na pytanie – dlaczego dzieci chorują? Niewinne istoty, które nawet nie zdążyły dać sobie powodów na taką chorobę, ale wiem, że każdy z nas, rodziców, nie miałby wyjścia i musiałby znaleźć w sobie siłę i podjąć walkę. Po prostu nie ma wyjścia. Zatem zdjęcia to rzeczywiście dla mnie pewien rodzaj terapii. Nawet napisałam to kiedyś jednej z Mam na Instagramie. Robiąc je, chwytam momenty, gdy moje dzieci bawią się, śmieją, są szczęśliwe. Wtedy uciekam od złych myśli, oglądam je, uśmiecham się do siebie i myślę: "Jest dobrze, musi być dobrze".

Czy zdjęcia na Instagramie to rodzaj komunikacji ze światem, czy z samą sobą?

Myślę, że to zarówno komunikacja ze światem, jak i samą sobą. To łatwy sposób wyrażania siebie tu i teraz, ale w sposób kontrolowany. Dzięki takiej możliwości poznałam mnóstwo wspaniałych, inspirujących ludzi, ale też widzę, jak ja sama się zmieniam, jak zmienia się moje postrzeganie świata uchwycone w tych małych kwadracikach.

Czy jest coś, co chce Pani przekazać, wyrazić przez fotografowanie swojego chorego dziecka?

Tak, chcę pokazać, że nawet w najgorszych momentach życia można znaleźć w sobie siłę, walczyć i nie poddawać się. Mieć w sobie dużo nadziei, można się uśmiechać i starać żyć normalnie, nawet w przypadku choroby nowotworowej (choć podkreślę, że to bardzo trudne). Wiedzieliśmy też, że przede wszystkim potrzebuje tego nasza córka. Za wszelką cenę staraliśmy się ją uchronić, nie dawać jej powodów, aby czuła, że dzieje się coś złego. Zoja miała tylko myśleć, że "niedługo przyjdzie wróżka i nóżka znowu będzie zdrowa".

Dzieli się Pani życiem rodzinnym. Pani zdjęcia przedstawiające chorobę dziecka są inne niż widziałam do tej pory. Nie krzyczą bólem, emocjami, nie są drastyczne i dramatyczne. Przeciwnie dają refleksję i spokój. Są ładne. Czy ma Pani taki stan też w sobie?

Nie jestem w stanie opisać emocji związanych z chorobą dziecka, jakie przeżyłam i przeżywam do dzisiaj. Od skrajnego załamania, strachu do euforii i łez szczęścia. Jednak człowiek w końcu z dnia na dzień przystosowuje się do danej sytuacji, szuka równowagi i goni za szczęściem. Tak też jest ze mną – dążę do tego, aby w naszym domu ponownie zapanował spokój i harmonia.

Czy Pani córka Zoja lubi te zdjęcia?
Tak. Lubi je oglądać i nigdy nie przeszkadzało jej robienie zdjęć. Chociaż wiem, że są zabawy, w których muszę odłożyć telefon na bok, zaangażować się w zabawę zamiast w zdjęcia na 100 procent.
Czy choroba dziecka zmieniła Panią i Pani życie rodzinne?

Zmieniła nas wszystkich. Odnoszę wrażenie, że na korzyść. Człowiek zwalnia. Zastanawia się nad całym swoim życiem i nagle zdaje sobie sprawę, że większość dotychczasowych problemów to błahostki, niewarte większej uwagi. Zaczyna doceniać każdą chwilę spędzoną z rodziną – posiłki, wspólne gry i zabawy, spacery, czytanie książek, oglądanie telewizji, nudzenie się, picie kawy z mężem. Zwykłe codzienne czynności zyskują na wartości, tysiąc razy bardziej. Uczymy się, od nowa, czerpać radość z życia na wszystkie możliwe sposoby. Ale przede wszystkim kochamy się jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, jeszcze czulej.

Które z tych zdjęć jest dla Pani najważniejsze?

Nie ma jednego najważniejszego zdjęcia. Mam swoje ulubione, czyli te z dni narodzin moich dzieci. To cudowny moment, kiedy możesz podzielić się ze wszystkimi, wiadomością o przyjściu na świat maleństwa. Przeżyłam to dwa razy i chyba mam ochotę na więcej!
Czy są chwile, sytuacje, których Pani by nie sfotografowała?

Robienie zdjęć to coś, co sprawia mi przyjemność. A nie będę ukrywać, że podczas choroby były też i te bardzo złe dni. Dni awantur, buntów, krzyków, płaczów, bólu. W takich sytuacjach nie miałam głowy do brania telefonu w rękę. Jedyne co chciałam, to być przy Zoi całą sobą, przytulać ją z całych sił i szeptać do ucha, że ją bardzo kocham i wszystko będzie dobrze.

Co daje Pani siłę?

Rodzina, rodzina, rodzina! Udało mi się przetrwać właśnie dzięki niej, dzięki mojej mamie, mojemu tacie, siostrze i przyjaciółce. Ale przede wszystkim dzięki mojemu mężowi i dzieciom. To, w jaki sposób choroba zbliżyła Piotrka z Zojką jest nie do opisania, nigdy w życiu nie widziałam tak mocnej relacji tata-córka.
Dzieci to największy cud, jaki może się przydarzyć w życiu człowieka. Wiem, że bez nich nic nie miałoby sensu. To one dają mi najwięcej siły, Tadzio – okruszek, który przyniósł nam szczęście i obrócił ten zły los i ona – najsilniejsza dziewczynka, jaką znam, najcudowniejsza wojowniczka, moja superbohaterka, której nikomu nie oddamy!
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE