Współcześni rodzice mają przechlapane. Wszystkiemu winne "Zjawisko Susan"

Pixabay/PublicCo
Przeglądasz zdjęcia na Instagramie i Facebooku. Są takie mamy, w których istnienie wciąż nie wierzysz. Na ich profilach są nie tylko zdjęcia zdrowych posiłków, uśmiechniętych dzieci (bez telefonów w rękach i nie przed telewizorem), przestrzeni uporządkowanych, a co najgorsze... To wszystko utrzymane jest w duchu aktywności i witalności, poparte opowieścią o "weekendowych przygodach rodzinnych" i chwilach sam na sam tylko z partnerem. Jak to możliwe?

Urodzony organizator!
Jedną z możliwych opcji są naturalne predyspozycje. Niektórzy są typem organizatorów, dla których takie życie to przyjemność i sposób na osiągnięcie zadowolenia. Łatwo jednak odnieść wrażenie, że zalewające nas fale idealnych zdjęć z mediów społecznościowych, pokazują, że nie można już po prostu żyć, a wszystko sprowadza się do "tworzenia chwili". A te muszą być perfekcyjne, wyselekcjonowane i skrojone na miarę obserwatorów. Oni oczekują tego, co piękne, a nie tego, co prawdziwe.

Bardzo dużo artykułów odnosi się trudów dzieciństwa we współczesnych czasach. Specjaliści wskazują na pogłębiające się problemy psychiczne młodych ludzi, presję i wpływ Internetu na ich rozumienie świata i relacji. Elizabeth Becker z portalu "Scary Mommy" napisała jednak o czymś równie ważnym: "Trudno być dorosłym. Trudno być rodzicem. Trudno być mamą". A winę zrzuca na "Zjawisko Susan". W nim upatruje załamania współczesnego rodzicielstwa i presji, która skomplikowała już i tak niełatwe zadanie wychowania dzieci.

I wtedy pojawiła się ONA
– Wszystko zaczęło się od naszej przyjaciółki, Susan. W 2010 roku zaraz po narodzinach Instagrama i Pinteresta – zaczyna Elizabeth.

Susan to kobieta, mama. Każdy zna jakąś Susan. Jest przesadnie ambitna, ale sprawia wrażenie, że ​​wszystko przychodzi jej bez wysiłku, jakby z naturalną swobodą. Wystarczają jej trzy godziny snu. Jest ekspertem w dziedzinie kaligrafii, fotografii i ceramiki. Potrafi wyhaftować poduszkę, uszyć sukienkę i zrobić koc na drutach. Wie, jak wykonać figurkę z drewna, wyciąć szkło i używać piły stołowej.


Susan ma foremki do ciastek na każdą okazję. Nawet na Dzień Flagi. Nigdy nie zapomina o działaniu charytatywnym i wolontariacie. W zamrażarce ma domowe zapiekanki, a lodówkę wypełniają wcześniej przygotowane smaczne i zdrowe dania. W wersji dla dzieci i dorosłych oczywiście.

Susan robi wszystko sama, od ciastoliny do zabawy, przez kule do kąpieli, aż po jednakowe sukienki dla druhen. Pamięta każdą okazję, od pierwszego pocałunku z mężem do urodzin swojego kota.

Susan robi co roku kostiumy dla swoich dzieci na Halloween. Ręcznie ozdabia świąteczne stroje i kartki. Gotowe są miesiąc przed terminem.

Dzieci Susan nigdy się nie nudzą. Zawsze wybierają zabawy sensoryczne i rozwojowe. Nie oglądają telewizji, bo oczywiście nie mają w domu telewizora.

Susan czuje się spełniona i kocha swoje życie.
Jest w tym dobra i nie ma w tym nic złego. W czym jest zatem problem? W 2010 roku Susan polubiła media społecznościowe. Zaczęła dzielić się scenami ze swojego doskonałego życia, a ponieważ były tak piękne, inni ludzie zaczęli je udostępniać. Potem coraz więcej osób nie tylko je udostępniało, ale podjęło próbę naśladowania. Po ośmiu latach znaleźliśmy się w punkcie, w którym wielu z nas czuje, że życie Susan to przepis na szczęśliwe życie. Przestało być wyjątkiem, a zaczęło być standardem.

To z powodu Susan wszystko powinno być perfekcyjnie zorganizowane. Przez nią czujemy, że koniecznie musimy udokumentować naszą ciążę, pierwsze dni malucha, a także jego pierwsze urodziny i pierwszy ząb. To wszystko oczywiście w oryginalnej oprawie. Wśród traw na łące, najlepiej w promieniach zachodzącego słońca.

To przez Susan urodziny dziecka nie mogą sprowadzić się do zamówienia pizzy i małego tortu. Musi być tematycznie, wystrzałowo i inaczej. Podobnie wygląda sprawa z ogłoszeniem światu, że spodziewasz się kolejnego potomka - musi być z przytupem.

To źle, że chcemy otaczać się pięknem?
Właściwie w powyższym opisie nie ma nic złego. Są osoby, które lubią planować imprezy tematyczne, co kilka miesięcy aktualizować rodzinny album czy piec wymyślne ciasteczka, co tydzień w innych kształtach. Jeżeli komuś sprawia to przyjemność, to dlaczego nie?

Warto jednak zadać sobie to proste pytanie: dlaczego to robię? Bo lubię i czuję, że to sprawia przyjemność zarówno mi, jak i moim bliskim? Czy dlatego, że robi to Susan? A mi się wydaje, że w takim razie i ja powinnam żyć podobnie? Bo jak nie, to na pewno robię coś źle, bo nie potrafię tak zorganizować sobie tygodnia, by zupę robić zawsze na kostkach rosołowych własnej roboty, a na deser serwować wymyślne desery.

Czasami warto odpuścić i powiedzieć: "Wiesz co Susan, jesteś w tym świetna, ale ja nie muszę!". Jeżeli na jakąś okazję kupimy tort ze sklepu, a kostium na bal przebierańców wypożyczymy, to świat się nie zawali. Może warto, dla własnego spokoju, zrezygnować z tej gry pozorów, pozbyć się presji i przestać być kolekcjonerem "momentów".


Źródło: Scary Mommy
Trwa ładowanie komentarzy...