Rezydentka pediatrii ujawnia, jak wygląda opieka w szpitalach. Trudno się nie bać

Rezydentka pediatrii zdradza, jak wygląda opieka nad dziećmi w szpitalu. Brak specjalistów utrudnia pracę.
Rezydentka pediatrii zdradza, jak wygląda opieka nad dziećmi w szpitalu. Brak specjalistów utrudnia pracę. cylonphoto / 123RF
"Ostrzegam, będzie osobiście i emocjonalnie, bo coś we mnie pękło". Tak zaczyna swój list rezydentka, której słowa na pewno wstrząsnęły wieloma rodzicami.

Każdy musi odegrać swoją rolę
Rolą pacjentów jest oczekiwać jak najlepszej opieki lekarzy i konsekwentnie wymagać właściwego leczenia.



Rolą lekarzy jest leczyć i zapewnić pomoc potrzebującym, na jak najwyższym poziomie.

Rolą państwa jest spełnianie oczekiwań ludzi, by żyło im się lepiej i by mogli liczyć na pomoc w czasie choroby.

Rolą obywateli jest występowanie we wspólnym interesie i dbanie o to, by podstawowe prawa były zapewnione.

Tak powinno być, a jak jest? Czy istnieje solidarność ludzi z głodującymi rezydentami? Czy zdają sobie sprawę, że protestują oni w interesie nas wszystkich, a nie tylko własnym? Nie możemy więc patrzeć bezczynnie na strajk głodowy rezydentów i udawać, że nas to nie dotyczy. Tak się nie da. Wpis tej rezydentki pediatrii otwiera oczy wszystkim rodzicom, bo to do nich kieruje właśnie swoje słowa.

"Nadzór specjalisty? Przez telefon"
Rezydentka pediatrii
źródło: Facebook

Jestem rezydentem pediatrii, a właściwie, żeby wszyscy zrozumieli, o co chodzi, napiszę: jestem lekarzem, leczę dzieci. Czy jak przychodzicie do największego szpitala dziecięcego w Warszawie, obchodzi Was moja forma zatrudnienia? Raczej nie. A czy chcecie, żeby opieka lekarska była sprawowana na najwyższym poziomie? Raczej tak. No to posłuchajcie mojej (i wielu moich kolegów) historii.

Rezydenturę zaczęłam w listopadzie 2015 r.
Po 4 miesiącach pracy u szefostwa zapadła decyzja, że czas dla mnie na rozpoczęcie samodzielnego dyżurowania. Prośba o odsunięcie tego o miesiąc nie została zaakceptowana. Nie miałam również możliwości skorzystania z prawa do niedyżurowania, które mi teoretycznie przysługuje, gdy mam dziecko poniżej 4 r.ż., oraz nie miałam możliwości nie podpisać klauzuli opt-out, która "pozwala" pracować powyżej dopuszczalnej normy godzinowej.


Brzmi fajnie, co nie?
No i efekt był taki, że jako najmłodszy dyżurant dostawałam dyżury prawie wyłącznie w weekendy (przecież nie lubię spędzać czasu z rodziną, prawda?), już w lipcu przepracowałam prawie 250 h/miesięcznie. Dodam do tego, że w tym czasie leczyłam kwasicę ketonową, niewydolność oddechową, sepsę u noworodka (wszystko to są stany bezpośredniego zagrożenia życia!) i wiele innych. Tak – z 4-miesięcznym doświadczeniem. A nadzór specjalisty (jak to jest zapisane w programie specjalizacji)? Tak, przez telefon… No to zapraszam, żeby o 2 w nocy dzwonić do szefa po porady. Ręka w górę, kto odważny!

Tak wygląda moja praca (którą bardzo lubię!), nie mam na to wpływu. Teraz pytanie, CZEMU ona tak wygląda?

BO JEST NAS O WIELE ZA MAŁO!

Gdyby było więcej specjalistów, rezydentów obciążenie pracą byłoby dużo mniejsze. Byłby możliwy zapisany w programie specjalizacji właściwy nadzór nad młodymi lekarzami. Bo on jest konieczny!!! Można by otworzyć więcej poradni specjalistycznych, zmniejszyć kolejki, nie trzeba by było, za każdym razem próbując się dostać do specjalisty, uciekać się do forteli i błagać panie w rejestracji o szybszy termin. Bo o ile kogoś stać na wizytę prywatną, to ok. Ale gdy nas przestanie stać?

Czy teraz po tej opowieści przestajecie mieć wątpliwości, czy całe zamieszanie wokół strajku dotyczy was bezpośrednio? Przemęczony lekarz to specjalista, który może się pomylić, który traci motywację do działania, który nie widzi rozwiązania dobrego dla wszystkich, traci cierpliwość i staje się obojętny i ma do tego prawo. Warto więc może nawet, choćby i egoistycznie wesprzeć protestujących lekarzy, myśląc o tym, że to oni właśnie będą ratować nam życie i naszym dzieciom.
źródło: Grupa REWA/Facebook
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...