Nawet nie wiesz, że ono zmusi cię do przekroczenia granic, których nie chcesz przekraczać

"Czekam, aż będę mogła zalać się... złami". Też tak robicie?
"Czekam, aż będę mogła zalać się... złami". Też tak robicie? Prawo autorskie: joseasreyes / 123RF Zdjęcie Seryjne
Zdajesz sobie sprawę, że wszystko się zmieni, ale nie spodziewasz się tego. Tym większe czujesz zaskoczenie, gdy zmusza cię do stanięcia oko w oko z własnymi lękami.

Nie będzie wzniosłych słów o pięknym macierzyństwie. Będzie za to o kobiecych lękach, do których pokonania zmusza cię mała istota, o zmęczeniu, na które nie możesz sobie pozwolić i winie w lodówce, które musi poczekać.

Jedni boją cię wysokości (ja z nią nie mam problemów), inni pająków, a jeszcze inni widoku krwi i do tych właśnie ja się zaliczam. Odkąd pamiętam, mdlałam przy pobraniu krwi. Zawsze odwracałam głowę, gdy przecięłam palec czy starłam kolano. Odwrócenie wzroku chroniło mnie przed omdleniem. To jeden z moich lęków, z którym nie miałam ochoty się mierzyć, ale...

- Poproszę butelkę białego wina – rzuciłam do sprzedawczyni, wracając z pracy. Dzień nie był łatwy, ale drobne sukcesy to dobry powód do wieczornego świętowania z mężem. Już niemal czułam ten przyjemny smak w ustach, gdy po powrocie do domu okazało się, że przyjdzie mi jeszcze na niego sporo poczekać.
- Mamo! Mamo, chodź szybko! - słyszę krzyk dobiegający z łazienki mojego domu.
- Co się stało? - pytam, zanim przyjdę, bo gdybym miała biec na każde wezwanie moich dzieci, spokojnie mogłabym już startować w maratonach.
- Szybko! - woła moja nastoletnia córka.

Spokojnie przekraczam próg łazienki i to jest moment tej historii, gdzie po raz ostatni mogłam użyć słowa „spokojnie”. Widzę, jak moje dziecko pochyla się nad zlewem, zasłaniając twarz rękoma, a wokół niej wszędzie zabrudzenia krwią. Zlew, podłoga, wanna, jej ręce... Krew, krew, krew!

Tu właśnie przychodzi moment konfrontacji. Najchętniej poddałabym się własnym lękom i padła jak długa na podłogę czekając na reanimację. Doskonale jednak wiem, że tak się nie stanie. To nie ja wymagam pomocy tylko moje dziecko. Tak więc liczę do 10, biorę 3 głębsze oddechy i muszę wypowiedzieć słowa, których nie mam wcale ochoty mówić: „Pokaż mi, co się stało”, a następnie, zamiast odwrócić głowę w innym kierunku, kieruję swój wzrok na krwawiącą ranę na ustach mojego dziecka. Muszę ją obejrzeć, by podjąć decyzję czy jechać do szpitala na zszycie. Nie lekarz, tylko ja.
Wino czaka więc w lodówce, a ja czekam, aż usta przestaną krwawić. Godzinę, dwie... Aż dziecko pójdzie spać, aż będę mogła wyciągnąć korkociąg i ulubiony kieliszek i zalać się... łzami. To jest dopiero ten moment, kiedy mogę dać upust swoim emocjom. Gdy światła w domu gasną, a w pokojach dzieci zapada cisza. Nie mogłam tego robić kilka godzin wcześniej ani wtedy, gdy 8 lat temu na oddziale ratunkowym kazali mi się położyć na córce, żeby własnym ciałem przytrzymać ją podczas szycia, ani gdy usłyszałam od lekarza, że moje dziecko może mieć padaczkę, ani gdy miałam 39 stopni gorączki podczas rotawirusa, ale musiałam zajmować się córkami, od których się zaraziłam, ani gdy... (wstaw własne).

Każda z nas ma długą listę chwil, w których dzieci zmusiły ją do przekroczenia kolejnych granic, pokonania własnych lęków, o których często nikomu nie mówi, tylko czasem cicho wypłacze się po wszystkim w poduszkę.

Mamuśki, dziś pije Wasze zdrowie!

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...