Blogerka obnażyła prawdę o "rodzeniu po ludzku" w Polsce. Teraz mobilizuje kobiety do przerwania milczenia

Poród w Polsce wciąż potrafi być najgorszym doświadczeniem w życiu kobiety.
Poród w Polsce wciąż potrafi być najgorszym doświadczeniem w życiu kobiety. 123rf.com/Facebook.com
Walka kobiet o poszanowanie ich praw trwa. Czujemy jednak, że wszystkie kończą się tam, gdzie zbiegają się nasze uda.

I chociaż recytujemy standardy okołoporodowe, to spójrzmy prawdzie w oczy – Na wielu porodówkach to mrzonki.



Joanna Pachla z wykształcenia jest filologiem, krytykiem i dziennikarzem. Od 2014 roku prowadzi bloga Wyrwane z kontekstu, który w tym krótkim czasie zebrał ponad 110 tys. polubień.

3 miesiące temu Asia weszła w jedną ze swoich najważniejszych życiowych ról, została matką. Teraz opisała, w jakich okolicznościach przyszło jej wydać synka na świat.

I wywołała burzę.

Oto jej oryginalny wpis:
Nazywam się Joanna Pachla i mam trzydzieści jeden lat. Na dziecko decydowałam się świadomie, ale i pod presją czasu. Ponad pięć lat temu zdiagnozowano u mnie mięśniaka macicy. Niby nic poważnego, a jednak ułożony tak, że usunąć się go nie da. Chyba, że z całą macicą. Lekarze próbowali wszystkiego – były eksperymentalne kuracje, gdzie za jedno opakowanie leku płaciłam 700 zł, było branie na przeczekanie, była w końcu embolizacja, którą lekarz prowadzący określił mianem „wywołania zawału, tylko w brzuchu”. Z mięśniakiem nie udało się wygrać. Zabieg pomógł, owszem. Ale na krótką metę. Okazałam się jednym z tych nielicznych przypadków, którym mięśniaki się odradzają. W styczniu zeszłego roku usłyszałam więc, że ciąża albo już, albo wcale. Z tym, że trudno może być zajść, a jeszcze trudniej utrzymać.

Nigdy nie byłam miłośniczką dzieci. Ale kiedy dostaje się taki wybór, człowiek nie waha się ani chwili. Pewnie, że chce. Przeżyć, dotknąć, poczuć. Urodzić. Choćby kosztem własnego zdrowia – fizycznego i psychicznego. Ale przygotować się do tego postanowiłam najlepiej, jak umiałam – wybrałam fantastycznego lekarza, na wizyty chodziłam częściej niż by zalecano, robiłam wszystkie obowiązkowe i nieobowiązkowe badania. Zajść udało się szybko, bo już w drugim miesiącu starań. Utrzymać także się udało, choć jeszcze chwilę wcześniej nikt temu specjalnych szans nie dawał. Natomiast mięśniak cały czas musiał być pod kontrolą – najpierw mógł być przyczyną poronienia, później utrudniać sam poród.

Dlatego jeszcze przed zobaczeniem dwóch kresek na teście było jasne, że jak poród, to tylko przez cesarskie cięcie. Nie dlatego, żebym sobie tego życzyła (choć nie boję się przyznać, że i bez wskazań tylko tę opcję brałabym pod uwagę), ale dlatego, że poród siłami natury mógłby zagrażać mnie i mojemu dziecku. Przez całą ciążę bywało z nim różnie – raz rósł szybciej, raz wolniej. Na szczęście dziecko z nim w końcu wygrało. Co więcej, pod koniec ciąży powiedziane zostało wprost, że może zdołałabym urodzić z nim naturalnie. Natomiast „bezpieczniej byłoby nie”. Tyle kwestią teorii. Na początku 39. tygodnia ciąży przyszła jednak praktyka.

"JA PANI NIE DAM SKIEROWANIA NA CC. ALE DOBRZE, ŻE JUŻ JE PANI MA”

Był piątek, godzina osiemnasta. Mój Paweł wrócił właśnie z pracy. Przez całą ciążę żartowałam, że boję się, że przegapię skurcze, ale wszystkie znajome mamy powtarzały jak jeden mąż: spokojnie, tego się nie da przegapić. I rzeczywiście. Kiedy się zaczęło, wiedziałam już, że to jest to. Był 31 marca, datę cesarskiego cięcia miałam wyznaczoną na 4 kwietnia. Od początku wiedziałam, że to się nie uda. Data porodu naturalnego wskazywała na 7 kwietnia, zostawały zatem tylko 3 dni zapasu. Wiedziałam, że mały tyle nie poczeka – wierzę w coś takiego jak intuicja, bo jak dotąd, jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Mówiłam o tym lekarzowi, ale operacji nie dało się już przyspieszyć.

Chociaż walizka do szpitala stała spakowana przy drzwiach od dobrych trzech tygodni, ból był tak silny, że nie wzięliśmy jej wtedy ze sobą. Każda minuta, każdy kilometr to były nerwy, stres i ból. Porodu naturalnego bałam się wtedy panicznie – do tego stopnia, że to także było wskazaniem do cesarki. Wiem, że masa kobiet załatwia sobie lewe wskazania psychiatryczne i nie dziwię im się ani trochę. Sama jednak mam za sobą półtora roku psychoterapii. Wiem, jak moje ciało reaguje na lęk i nie chciałam dopuścić do sytuacji, w której po poporodowej traumie znów kilka miesięcy czy lat musiałabym się emocjonalnie zbierać. A wszyscy mówili to samo – że prawa pacjenta są w szpitalach pogwałcane, że nikt nie patrzy na wskazania od kardiologa, ginekologa, okulisty. Że tylko wskazania psychiatryczne są tymi, których personelowi nie wolno podważyć. Dlatego tak, zabezpieczyłam się wtedy podwójnie i wzięłam papier także od psychiatry. Bo zwyczajnie miałam do tego prawo.

Ba, w połowie ciąży pojawił się też zakrzep żył okołoodbytowych – nie próbujcie sobie tego wyobrażać ani nie wpisujcie nazwy w Google. Dość wspomnieć, że człowiek z bólu chodzi po ścianach, a w przypadku porodu siłami natury możliwym powikłaniem jest wypadnięcie odbytnicy. Zapytałam proktologa, czy w takim razie jeszcze od niego mogę prosić wskazanie do operacji. Co usłyszałam? – Proszę pani. Odbytnica może wypaść, ale nie musi. Może pani próbować rodzić naturalnie, więc ja pani takiego zaświadczenia nie dam. Ale tak między nami, to powiem pani, że to dobrze, że ma je pani z innych źródeł.

Najlepszym komentarzem jest brak komentarza.

Niemniej, mój ginekolog wpisał mi to w książeczkę ciąży. A ja byłam spokojna, bo przecież z trzema wskazaniami do cesarki nikt się na naturalny nie porwie. O bogowie, jak bardzo byłam wtedy naiwna.

"PANI AKURAT WIE, CO PANI TAM MA”

Kiedy dojechaliśmy do szpitala, skurcze były już regularne. Występowały co pięć minut, ale dało się jeszcze wytrzymać. Niestety, o godzinie piętnastej zjadłam obiad, a do operacji powinno się być na czczo. Usłyszałam więc, że skoro nie ma rozwarcia, to zaczekamy. Do dwudziestej pierwszej, aż upłynie sześć godzin. A później prosto na stół.

Lampka alarmowa zapaliła mi się już w momencie, kiedy położono mnie na sali porodowej. Pytałam kilkukrotnie, czy na pewno wykonają mi cesarskie cięcie – w razie czego, wciąż miałam przecież czas na przeniesienie się do innego szpitala. – Tak, przecież ma pani wskazania.

Około dwudziestej wyłam już z bólu. Skurcze były coraz częstsze, miałam wrażenie, że coś od środka miażdży mi kości. Bolało wszystko – nawet każdy krok Pawła wokół łóżka. Kiedy przychodził kolejny skurcz, krzyczałam, że ma się nie ruszać. Na zmianę płakałam i jęczałam. Paweł kilkukrotnie wychodził po pomoc. Czy ją znalazł? A gdzie tam.

Kiedy przyszła lekarka, przyciągnęła ze sobą stado studentów, chociaż nikt mnie o zgodę nie pytał. Przez dziesięć minut szukała na USG mięśniaka, ale nie potrafiła go znaleźć, więc do akcji wkroczyła druga lekarka. Po kolejnych dziesięciu minutach orzekła, że to chyba jest to – u góry, po lewej stronie. Nie pomogły zapewnienia, że przecież tyle lat był u dołu, po prawej. Usłyszałam, że mięśniaki mogą się w ciąży przemieszczać – problem w tym, że na kontroli u swojego ginekologa byłam tydzień wcześniej, więc to nierealne, żeby nagle przemieścił się na drugą stronę. To nic, że miałam ze sobą całą dokumentację medyczną – bitych 9 miesięcy ciąży. Lekarka zażądała wszystkich badań mięśniaka, od dnia wykrycia. Czyli z jakichś pięciu lat. Kiedy powiedziałam, że nie mam ich przy sobie, ba – nie mam ich nawet w Warszawie – usłyszałam lekceważące: To pani akurat wie, co pani tam ma!

Pięć lat regularnych wizyt za astronomiczne pieniądze. Tabletki, konsultacje, w końcu zabieg. I od lekarki, która widzi mnie pierwszy raz w życiu na oczy słyszę, że co ja tam wiem i że to chyba jest to. I że mięśniak najprawdopodobniej nie przeszkodzi w porodzie, więc może zatem próbujmy.

Chyba, może, najprawdopodobniej. To od nich miało zależeć życie moje i mojego dziecka.

"JA PANI NIE PUSZCZĘ SIKU, BO PANI DO MUSZLI URODZI”

Kiedy nie zgodziłam się na poród siłami natury, usłyszałam, że w takim razie będziemy dalej czekać. To nic, że skurcze były chyba już co chwilę. To nic, że miałam już rozwarcie i wyłam z bólu. Kojarzycie ten sprzęt do KTG, który przystawia się pacjentce do brzucha? Ta kobieta taśmę związała tak mocno, że miałam wrażenie, że za chwilę przebije mi się przez skórę prosto do kręgosłupa. Prosiłam, żeby poluzowała. Prychnęła i wyszła. Na szczęście została przy mnie dwójka studentów, równie przerażona jak ja. Razem poluzowali taśmę, próbowali dodać otuchy.

O dwudziestej pierwszej, kiedy przecież miałam mieć wykonaną operację, dyżurka położnych znów była pusta. Błagałam Pawła, żeby coś zrobił. Na zmianę płakałam i krzyczałam – z tego ogromnego bólu i niewyobrażalnej bezsilności. W końcu usłyszeliśmy, że był nagły przypadek, a sala do cesarki jest jedna. Musimy czekać nadal. Pół godziny, maksymalnie czterdzieści minut.

Tak minęły nam kolejne dwie godziny. Kolejne dwie godziny mojego bezsensownego cierpienia. Cierpienia, które było kompletnie niesprawiedliwe i niepotrzebne. Pomyślicie: ta inna operacja się przedłużyła? To teraz się mocno trzymajcie: jak okazało się już po porodzie, sale do cesarki są dwie.

Wtedy o tym nie wiedzieliśmy. Kiedy ponownie przyszła lekarka, radośnie oznajmiła sześć centymetrów rozwarcia. – Robienie cesarki w tym momencie to byłaby już głupota. Wytrzymała pani tyle, to i poród wytrzyma.

W TYM momencie? Przez pięć godzin trzymano mnie w pustej sali, poza tamtą jedną wizytą pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzał. A teraz słyszę, że w sumie, ciągnijmy to dalej. Nieważne, że mam wskazania, że kompletnie nie przygotowałam się do porodu siłami natury. – Wszystko przebiega książkowo, rodzi pani dołem.

To był ten moment, kiedy z bólu zgodziłabym się na wszystko. Zapytałam, czy teraz mogliby podać już znieczulenie. Znieczulenie, które – choć wtedy tego nie wiedziałam – podaje się przy trzech lub czterech centymetrach rozwarcia, choć ja wtedy miałam ich sześć. – Tak, w sumie tak, jak pani chce, to niedługo moglibyśmy podawać.

Po pięciu godzinach zwijania się z bólu bardzo, ale to bardzo potrzebowałam już siku. Poprosiłam o odpięcie pasów od KTG. Usłyszałam, że to niemożliwe, bo poród idzie tak ładnie, że lekarka boi się, że urodzę do muszli. Podstawiła mi basen, choć przez płacz mówiłam, że to się nie uda. Po kilku minutach wyłam znowu. Z łaską pozwoliła mi wstać, choć nie byłam już w stanie chodzić o własnych siłach. Do toalety musiał iść ze mną mój facet. Wiecie, jak to jest, kiedy tak trzęsą się Wam z bólu ręce, że nie potraficie złapać za klamkę? Bo ja już wiem.

"W URZĘDZIE TEŻ TYLKO TAK UMIE SIĘ PANI PODPISAĆ?!”

W końcu uratował mnie Paweł. Ja byłam tak przerażona i obolała, że zgodziłabym się urodzić im nawet mamuta. To on stanowczo zażądał cesarki. Powołał się na wskazania i odmówił zgody na poród naturalny. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo ta lekarka była wtedy wściekła.

Od razu zawieziono mnie na salę operacyjną, która o dziwo okazała się wolna. Kazano mi przenieść się z łóżka na łóżko w chwili, kiedy trwał kolejny skurcz. Błagałam, żeby zaczekali tych kilkadziesiąt sekund, że ja już z bólu nie mogę. Wtedy jedna z kobiet przerzuciła mnie siłą, a ja usłyszałam, że gdyby miała same takie pacjentki jak ja, to już dawno nabawiłaby się urazów kręgosłupa.

Zanim pozwoliły mi się położyć, miałam coś jeszcze podpisać. Nie wiem, co, ale podpisałabym wtedy wszystko. Przyszedł kolejny skurcz, więc z bólu nie byłam w stanie utrzymać długopisu. – Co tak koślawo! W urzędzie też tylko tak umie się pani podpisać?!

Dookoła mnie było, jeśli się nie mylę, sześć osób. Jedna z kobiet próbowała ze mną rozmawiać. Pytała, jak synek będzie miał na imię, opowiadała o dzieciach, które wcześniej się urodziły. Przez łzy podziękowałam – powiedziałam, że dzięki niej boję się mniej i to mi naprawdę pomaga. Wtedy usłyszałam od drugiej: – Jak pani chciała sobie porozmawiać, to trzeba było przyjść z psychoterapeutą. Wszystkim by nam było lżej.

Nie wiem, czy to zimno, ból czy strach wywołały u mnie potworne dreszcze. Ale to tak silne, że bolały mnie kości szczęki, ręka uderzała o podłoże, a aparat nie był w stanie zmierzyć ciśnienia. Pytałam, czy to normalne. – A bo przestałaby się pani tak telepać! Nie chciała pani sama rodzić, to chociaż teraz mogłaby współpracować!

"PANI POZDROWI OD NAS SWOJEGO DOKTORA”

Nie muszę mówić, że mięśniak wcale się nie teleportował? To nie jego lekarka widziała wtedy na USG. Rzeczywiście umiejscowiony był u dołu i mógł stanowić przeszkodę w porodzie. Ba, w trakcie cesarki lekarka dzwoniła do ordynatora, bo nie wiedziała, co dalej z nim robić. Spróbujcie to sobie wyobrazić. Leżycie przytomni na stole, wszystko słyszycie, wszystkiego jesteście świadomi. I słyszycie, że lekarz, który właśnie rozciął Wam brzuch i wydobył z niego dziecko, dzwoni po radę do przyjaciela. A zanim ten odbierze, pyta mnie, czy wycinamy tego mięśniaka, czy nie.

Powiedziałam, że nie wiem. Że niech oni decydują, bo ja przecież się nie znam. Nie wiem, czy warunki są odpowiednie, czy nie grozi nam wizja krwotoku. – To ja mam za panią decydować?! Przecież to pani macica!

Na szczęście ordynator zabronił wycinać. Zszyli mi brzuch, po raz kolejny wypomnieli, że jestem leniwa, że co to za filozofia urodzić naturalnie. Ale najlepsze usłyszałam na koniec:

Pani myśli, że jest po wszystkim? To teraz pani zobaczy, jak będzie pani z tym brzuchem fajnie. A później pozdrowi pani od nas swojego doktora.

Naprawdę, wiele jestem w stanie zrozumieć. Przepracowanie, stres, frustrację. Ale nigdy nie zrozumiem sadyzmu. Chamstwa. Braku szacunku dla drugiego człowieka. Nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, w której można było wyrządzić mi większą krzywdę. Od tamtych ludzi zależało życie moje i mojego długo wyczekiwanego dziecka. Mimo to próbowano zlekceważyć zalecenia ginekologa, pod którego opieką jestem od dwóch lat i który prowadził całą moją ciążę. Próbowano mi wmówić histerię i lenistwo i – mimo ustalonej daty cesarskiej cięcia i niepodważalnej dokumentacji medycznej – zmusić mnie do naturalnego rodzenia. Rodzenia, do którego nie byłam kompletnie przygotowana. Do dziś pamiętam słowa położnej, która mówiła, że do rodzenia nikogo nie da się zmusić, a przerażona matka jest zagrożeniem dla siebie i dla swojego dziecka. I że to już jest wskazanie do tej cholernej cesarki. Mimo to trafiłam na personel, który kłamał mi w żywe oczy. Który próbował wykpić się brakiem sali, ociągał się z podaniem znieczulenia, nie reagował na mój płacz ani krzyk. Który zignorował wskazania do cc i nie uszanował mojej odmowy.

A nie był to szpital z przypadku. Wybrałam go, bo ma opinię jednego z najlepszych w Polsce, a nie tylko w Warszawie. Bo pracuje w nim wykwalifikowany personel, bo to na jego oddziałach znajduje się zaawansowany sprzęt. Wierzyłam, że znajdę w nim fachową opiekę i że to najbezpieczniejsze miejsce dla mnie i mojego dziecka. Nie wiem, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby mały zaczekał do terminu planowanego cięcia – może wtedy wszystko poszłoby zgodnie z planem. Wiem natomiast, że całego tego zła, bólu i lęku można było uniknąć. Że całe to moje cierpienie było tak naprawdę niepotrzebne.

I choć od tamtego dnia minęły trzy miesiące, to o to ciągle mam żal. Niewyobrażalny.

"Dość milczenia, tutaj trzeba krzyczeć"
Po tym, jak autorkę wpisu zasypały pytania, postanowiła zmienić pierwotny zamiar i opublikować nazwę placówki. Poród, o którym nie chce pamiętać, wydarzył się w szpitalu przy ul. Karowej w Warszawie.

Teraz Joanna nawołuje kobiety, których doświadczenia są podobne, by dzieliły się z nią swoimi historiami. Skrzynka podobno pęka w szwach. I choć to świetnie, że kobiety mają odwagę, by mówić o tym, co ich spotkało, to przerażające jest, ile porodów wciąż mija się z zapisami standardów okołoporodowych i jakichkolwiek standardów w ogóle…

Tekst oryginalny autorstwa Joanny Pachly, pochodzący z bloga Wyrwane z kontekstu.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...