"Nie oczekiwałam, że uratuje Pan mojego męża. Liczyłam tylko na odrobinę wsparcia w chorobie"

List po śmierci ukochanego męża.
List po śmierci ukochanego męża. bialasiewicz / 123RF
List pogrążonej w żałobie żony do lekarza, poruszył wiele osób. Dlaczego? Bo każdy znalazł się choćby raz dokładnie w takiej sytuacji jak ona.

Próbujesz nie krzyczeć...
Gdy w domu pojawia się choroba, zaczyna chorować cała rodzina. Nie możesz się od tego odseparować, zwłaszcza gdy wiesz, że czeka was ciężka walka, a szanse na wygraną są niewielkie. Próbujesz nie krzyczeć, nie wariować, nie wyrywać włosów z głowy, nie załamywać się… bo to ty musisz być silniejsza i wspierać chorego. Oczekujesz więc od innych odrobinę wsparcia i podtrzymania na duchu, a od lekarza pomocy medycznej i odrobinę empatii. Gdy jej nie otrzymujesz, załamanie może przyjść niespodziewanie.
Czy to było zbyt wiele?
Magdalena, 52 lata
list od czytelniczki

To miała być zwyczajna kolonoskopia, zwykłe rutynowe badanie. W rodzinie męża mężczyźni chorowali na raka, więc postanowił się przebadać, tym bardziej że w ostatnich miesiącach nie czuł się najlepiej. Gdy usłyszeliśmy – są zmiany, musimy operować, jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, co tak naprawdę nas czeka. Na temat nowotworów mieliśmy szczątkową wiedzę, choć oczywiście wiedzieliśmy, jak groźna jest to choroba.

Udało się po znajomości dostać do dobrego szpitala i polecanego chirurga. Wynik histopatologii był jednoznaczny, rak jelita grubego, III stopień zaawansowania. W opisie informacja, że brak przerzutów odległych, więc radość. Nikt nie zwrócił wtedy uwagi, że zajętych było wiele węzłów chłonnych, bo kto by zwracał na to uwagę, gdy udało się w całości usunąć guz?

Kolejne miesiące to huśtawka nastroju. Pół roku później już było wiadomo, że czeka nas kolejna operacja, guzy na wątrobie. I znowu radość, bo szybka operacja, bo reszta organizmu zdrowa. Tym razem jednak mieliśmy już większą wiedzę. Wiedzę zdobywaną z internetu, od innych chorych przesiadujących na szpitalnych korytarzach. Lekarze zdawkowo informowali nas o sytuacji chorego, nigdy nie mieli czasu, brakowało im cierpliwości. My ledwie trzymający się chcieliśmy tylko odrobiny zrozumienia, pomocy i rzetelnych informacji. Nic więcej…

Mój mąż walczył przez pięć lat, pięć długich pełnych rozpaczy, nerwów, stresu i rzadkich chwil radości lat. Jego ostatni lekarz, młody i szybko robiący w onkologii karierę specjalista, okazał się najgorszy. Ostentacyjnie mówił o braku czasu i zmuszał pacjenta do uniżonej pokory, bo jak kiedyś powiedział – Jak wam coś nie pasuje, możecie iść gdzie indziej. Tylko jak można iść gdzie indziej, jak mąż dostawał eksperymentalną chemię, dostępną tylko w tym jednym szpitalu? Połykałam łzy złości i upokorzenia, byle zapewnić mężowi jak najlepszą opiekę.

Potrzebowałam wsparcia, poczucia, że lekarz jest tu także dla nas, że wie, jak nam ciężko i stara się wykonywać jak najlepiej swoją pracę. Ale on miał nas w głębokim poważaniu, zasłaniając się zmęczeniem, przepracowaniem i nadmiarem obowiązków. A przecież decydując się na specjalizację, jako onkolog, wiedział, z jakimi ludźmi przyjdzie mu pracować. To nie internista, który leczy katar i nadciśnienie, to lekarz, który często jest ostatnią deską ratunku, wyrocznią, bogiem dla pacjenta błagającego o pomoc. I gdy pacjent czuje, że osoba, której powierza życie, traktuje go tylko jako statystykę, jak zło konieczne, to traci zapał do walki.

Najgorsze było na koniec. Mój mąż nagle zaczął słabnąć, pojechałam więc do lekarza, by powiedział co robić. Nie miał czasu mnie przyjąć, kazał czekać 2 dni, do umówionej następnej wizyty. Niestety mój ukochany nie doczekał. Okazało się, że pękł mu wrzód na żołądku i ubytek krwi okazał się zbyt duży dla osłabionego organizmu. Nie jestem w stanie wybaczyć lekarzowi, że mnie zbył, że nie potraktował poważnie moich obaw i lęków, że coś niepokojącego się dzieje. Dziś chcę mu powiedzieć — Nie oczekiwałam, że uratuje Pan mojego męża. Liczyłam tylko na wsparcie i pomoc w przejściu przez jego chorobę. Zbyt wiele?

Lekarze zapominają czasem o byciu człowiekiem
Trafienie na właściwego lekarza, który nie traktuje pacjenta jak kolejnego numeru w dokumentach jest ogromnie trudne. Nic dziwnego, że do jednych onkologów trudno się dostać, bo ludzie ich sobie polecają, a do innych terminy są z dnia na dzień. Nie na darmo mówi się, że dobro powraca. Drodzy lekarze, przeczytajcie ten list kobiety, która mogła być tylko niemym świadkiem waszej niekompetencji.
Możecie udostępniać ten list, może jest szansa, że dotrze on do środowisk medycznych. Lekarze powinni sobie wziąć te słowa do serca. Wielu pacjentów jest dokładnie w takiej sytuacji, jak Magda.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...