Tyją, bo piją — nastolatek nawet wannę rocznie. Epidemię otyłości można zatrzymać, eliminując z diety jedną rzecz

Fot. 123rf.com / Kittikorn Phongok
Rodzinny obiad: uśmiechnięta mama wnosi na stół kolejne parujące półmiski, dumny tata nakłada dzieciom słuszne porcje mięska, idealne dzieci z własnej woli sięgają po gotowane na parze warzywa. Do tego jeszcze odrobina ciemnej, bogatej w błonnik, kaszy i można zajadać! Chwileczkę, kochanie, czy o czymś nie zapomnieliśmy? Ależ oczywiście! Przecież trzeba ten zbilansowany posiłek czymś popić. Na stole, za dotknięciem magicznej telewizyjnej różdżki, pojawia się dwulitrowa, buzująca od gazowanej słodyczy butla. Cięcie!

Taki scenariusz znamy z niejednej reklamy i, nie ma co się oszukiwać, z niejednego domu. Przesada? Najwyżej moment, kiedy nieprzymuszone przez nikogo dziecko sięga po kopiastą łychę brokułów. Bo to, że napoje gazowane czy słodkie soki to pozycja obowiązkowa wielu rodzinnych jadłospisów, widać jak na dłoni w statystykach dziecięcej otyłości.

Drożdżówka w płynie
Zbędne kilogramy nosi już co piąty uczeń, a tempo, w jakim tyją polskie dzieci, można porównać najwyżej z prędkością wdrażania nowej reformy edukacji. Pod tym względem jesteśmy na niechlubnym pierwszym miejscu w Europie, na co spory wpływ ma fakt, że rok rocznie konsumujemy morze słodzonych napojów.
Z zeszłorocznego raportu KPMG wynika, że na napoje wydaliśmy 21,7 mld złotych, z czego aż 8,3 mld - na napoje gazowane. Woda butelkowana kosztowała nas trochę ponad połowę tej kwoty - 4,9 mld. I choć na przestrzeni ostatnich pięciu lat zaczęliśmy pić jej coraz więcej (aż o 14 proc.) to i tak wielu z nas pragnienie zaspokaja na słodko. Statystyczny Polak wypije rocznie 57 l napojów gazowanych, 35 l soków i 3 l napojów energetyzujących. W sumie daje nam to litraż znacznie przewyższający spożycie wody, której pijemy rocznie 82 litry (dla porównania - Włosi w tym czasie wypiją 182 l, a Hiszpanie - 152 l wody).

Ile litrów z tej puli “wysiorbią” polskie dzieci nie wiadomo, ale gazowanego picia nikt przecież nie trzyma pod kluczem, co biorąc pod uwagę statystyki brytyjskie, nie byłoby może pomysłem aż tak niedorzecznym. Jak donosi bowiem Cancer Research UK, brytyjskie nastolatki (11 - 18 lat) co roku wypiją wannę gazowanych napojów, a ilość cukru, którą w ten sposób przyswajają, trzykrotnie przewyższa dopuszczalne normy. Dla przypomnienia: w puszcze coli rozpuszczonych jest 16 kostek cukru (39 g), w dwóch litrach - 70, czyli prawie ćwierć kilo cukru (212 g).

Liczby te Brytyjczycy wzięli sobie głęboko do serca. Podczas gdy my kłóciliśmy się o obecność drożdżówek w szkolnych sklepikach, wyspiarze doszli do wniosku, że konsumpcja cukru w postaci płynnej ma na otyłość tak duży wpływ, że to właśnie producentów napojów gazowanych zdecydowali się obłożyć dodatkowym podatkiem. Tzw. “sugar tax” wejdzie w życie w przyszłym roku i zgodnie z prognozami, ma zapewnić wpływy w wysokości 520 mln funtów rocznie. Zyski mają zostać przeznaczone na walkę z otyłością wśród dzieci.

A jest o co walczyć. Jak wynika z szacunków organizacji GULP, wypijając puszkę napoju gazowanego dziennie, nasze dziecko jako dorosły będzie trzykrotnie bardziej narażone na śmierć z powodu zawału serca, nie mówiąc o tym, że w ciągu roku będzie systematycznie przybierało średnio sześć kilo wagi.
Nie czekaj, aż wyręczy cię rząd, poj swoje dziecko sam - wodą
W najbliższej przyszłości raczej nie mamy co liczyć na wprowadzenie ustawy na wzór “sugar tax”. Zresztą producenci słodkich napojów dostępnych w UK już obiecują, że procedury zmodyfikują tak, aby zawierały one mniej cukru i substancji słodzących - oczywiście tylko na tyle, aby nie łapać się w widełki ustalonych przez rząd “cukrowych norm”. Pozorny akt korporacyjnej skruchy z pewnością więc nie będzie lekarstwem na całe zło dziecięcej nadwagi. A teraz uwaga, bo rozwiązanie problemu istnieje i wdrożyć je może samodzielnie każdy rodzic, nie czekając na rządową interwencję. Brzmi ono: woda.

Wiadomo, łatwiej powiedzieć, niż wprowadzić w życie, zwłaszcza jeśli sami słodkiego i gazowanego czasem nie potrafimy sobie odmówić. Na zmianę nawyków nigdy nie jest jednak za późno, a wyrobienie tych zdrowych u dzieci to nasz rodzicielski obowiązek (cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo).

Picie wody to nie tylko metoda na znaczne obniżenie codziennego spożycia kalorii - to również sposób, aby dostarczyć organizmowi niezbędnych mikroelementów. Podczas zakupów należy jednak pamiętać, że nie wszystkie rodzaje wód są dla dzieci odpowiednie. Rodzice niemowląt szczególnie powinni uważać na etykiety i wybierać tylko te, które są dla takich maleństw szczególnie przeznaczone, czyli niskozmineralizowane i niskosodowe - takie jak Akvile.
Producent tej wody czerpanej z ujęć w litewskim Parku Regionalnym Zakola Niemna przykłada szczególną wagę do tego, aby każda butelka spełniała surowe normy jakości.

Akvile to woda o zasadowym pH 8, niezawierająca azotanów, czyli dokładnie taka, jaką bez obaw możemy podawać dzieciom już od pierwszych lat życia. Na jakość wody wpływa przede wszystkim miejsce jej ujęcia. W przypadku Akvile są to tereny ekologicznie czyste, gdzie woda jest naturalnie filtrowana przez warstwy podziemne pełne minerałów. To również przyroda odpowiada za utrzymanie idealnego dla noworodków pH i poziomu mineralizacji: źródła Akvile w Druskiennikach chroni ponad 100-metrowa warstwa gruntu. Czysta, naturalnie alkaliczna, z niską zawartością sodu, woda Akvile nadaje się do codziennego spożycia przez całą rodzinę, a jej zdatność do picia przez niemowlęta gwarantują unijne atesty.

Pamiętajmy, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym będzie poić się w dorosłym życiu. Nasza w tym więc głowa, żeby była to głównie woda.

Artykuł powstał we współpracy z Akvile.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...