"Moje bakterie są mu znane" – co to za wymówka?! Nie oblizujcie smoczków – apeluje lekarz

Już samo podawanie dziecku smoczka generuje podziały opinii. Kwestia jego oblizywania przez rodziców jest jeszcze bardziej sporna.
Już samo podawanie dziecku smoczka generuje podziały opinii. Kwestia jego oblizywania przez rodziców jest jeszcze bardziej sporna. Prawo autorskie: chalabala / 123RF Zdjęcie Seryjne
Są takie rodzicielskie dylematy, które nigdy nie zostaną definitywnie rozstrzygnięte. Mimo, że każdy przyszły rodzic ma swój superplan, to życie redefiniuje znaczną część jego punktów.

I tak nie istnieje metoda idealna na usypianie, na karmienie, na ząbkowanie, na kolkę. Każdy rodzic ma swój najlepszy sposób dla swojego najlepszego dziecka. Co jakiś czas powracają jednak spory, których choćby próba rozwiązania jest wyjątkowo kusząca.



Dla mnie taką kwestią jest „oblizywanie dziecięcego smoczka”. Do tej pory wydawało mi się, że nie ma w tym niczego niestosownego a nawet jest to zupełnie normalne. Okazuje się, że byłam w dużym błędzie. Opinii na ten temat jest tyle, ilu rodziców. Sprawdziłam, co ma do powiedzenia lekarz z wieloletnim doświadczeniem i świeżo upieczona matka.

"Oblizywanie smoczka - stanowczo odradzam"
Telefon do profesora wykonałam w celu wyjaśnienia problemu z perspektywy medycznej. Ten nie miał żadnych wątpliwości, był w swojej ocenie bardzo zdecydowany:
prof. dr hab. n. med. Andrzej Radzikowski
Pediatra

Praktyka "oblizywania" przez rodziców dziecięcego smoczka jest stanowczo nieprawidłowa, a nawet wysoce ryzykowna! W środowisku medycznym ta opinia jest powszechna i jedyna słuszna.

Człowiek dorosły ma zupełnie odmienną florę bakteryjną niż ta występująca w jamie ustnej dziecka. W przypadku zarażenia dziecka bakterią, np. paciorkowca, rodzic stwarza realne zagrożenie, nie tylko zdrowia, ale również życia swojego dziecka.

"Moje bakterie są mu chyba znane..."
Poszukując innego spojrzenia na kwestię, skontaktowałam się z młodą mamą. Jej zdanie okazało się być całkowicie odmienne:
Mama 7. miesięcznej Apolonii

Miałam do tej kwestii mieszane uczucia, zanim zostałam matką. Z pewnym niesmakiem wspominam sytuacje, w których to moja mama śliniła chusteczkę, żeby wytrzeć mi buzię po czekoladowym ciastku. To były czasy bez tak popularnych teraz chusteczek nawilżanych, nikt nie dyskutował czy zwilżenie chusteczki śliną przez matkę jest w porządku czy nie.

Na początku macierzyństwa, każdy upadek smoczka wiązał się z wyparzeniem go we wrzątku. Z każdym tygodniem tendencja ulegała zmianom. Najpierw zrezygnowałam z wrzątku, potem z wody mineralnej na rzecz tej z kranu, a po 3. miesiącu życia Poli w sytuacjach, kiedy nie mam dostępu do innych metod zaczęłam oblizywać smoczek, jeśli upadł.

Zdaję sobie sprawę z tego, że bakterie są wszędzie. W jamie ustnej jest ich stosunkowo najwięcej. A ja całuję swoje dziecko, to chyba jest normalne. Całuję jej twarz i rączki, które wkłada potem do buzi. Ma kontakt z moją śliną tak czy inaczej. Myślę sobie, że moje dziecko rozwijało się w moim organizmie, w moim łonie, moje bakterie są mu chyba znane?

Nie wychowuję córki w sterylnych warunkach, nie wyparzam co chwilę każdej zabawki, która ląduje na ziemi. Poza tym, mała ma skłonności do alergii, a ich powstanie to nic innego jak braki odporności na to, co w otoczeniu. Nie chcę ich pogłębiać swoją nadopiekuńczością.

Brak spójności
To, jak to w końcu jest z tym "oblizywaniem" smoczków? Medycyna mówi "nie" i nie pozostawia żadnych wątpliwości. Rodzice mówią cichym głosem "nie", dopóki nie znajdą się w sytuacji, w której będzie to jedyne wyjście.

Dla jednych nielogiczną jest obawa przed bakteriami matki, która chyba jak nikt jest z organizmem dziecka "połączona". Innym nie mieści się w głowie, nawet pomysł "oblizania" smoczka. Wniosków końcowych więc brak, a każdy postąpi tak, jak podpowiada mu instynkt najlepszego rodzica.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...