Mamo, mamo! Kleszcz! Nie panikuj – jest sposób, aby boreliozę wykluczyć od razu

Fot. 123rf / Szocs Jozsef
Starasz się nie dać tego po sobie poznać, ale przed każdym wyjściem do lasu – lekko panikujesz. Zamiast cieszyć się rodzinnym popołudniem, myślisz głównie o tym, czy w skórę któregoś z członków rodziny nie wgryza się właśnie kleszcz. Obawy są uzasadnione – choroby przenoszone przez te pajęczaki mogą mieć poważne konsekwencje, a dodatkowo dość trudno je poprawnie zdiagnozować. Boreliozę czy kleszczowe zapalenie mózgu można jednak wykluczyć lub potwierdzić bardzo szybko – wystarczy przebadać samego kleszcza.

Odkrywając kleszcza na ciele dziecka powinna nam się zapalić czerwona lampka. Pytanie, jak szybko sprawdzić, czy “złapaliśmy” jedną z chorób odkleszczowych? Odpowiedź jest prosta, choć na razie jeszcze mało popularna: usuniętego ze skóry kleszcza można przekazać do badania. W specjalnym laboratorium jego DNA zostanie sprawdzone pod kątem nosicielstwa chorób takich jak wspomniana borelioza, ale również kleszczowe zapalenie mózgu, anaplazmoza i bebeszjoza. Jak to działa?

Wyjmij, zapakuj i wyślij
Dokładnie tak wygląda procedura postępowania. Kleszcza, którego delikatnie usuniesz pęsetą z nóżki czy rączki dziecka, wkładasz do foliowego woreczka, zabezpieczasz folią bąbelkową – tak jak każdą delikatną przesyłkę i wysyłasz do laboratorium Blumed Lab – kurierem lub listem priorytetowym, wcześniej zlecając wykonanie badania na stronie zbadajkleszcza.pl.

“Twój” kleszcz trafia do specjalistycznego laboratorium genetycznego, gdzie za pomocą metody RealTime PCR naukowcy sprawdzą, czy posiada on sekwencje DNA charakterystyczną dla określonego chorobowego patogenu. Technika ta jest niezwykle dokładna i pozwala stwierdzić niemal ze 100-procentową pewnością, czy kleszcz, który ugryzł nasze dziecko, należy do nosicieli. Wynik badania po kilku dniach dostajemy na maila. Jeśli jest pozytywny, możemy od razu udać się do lekarza i wdrożyć skuteczną terapię.


Po co badać kleszcza, jeśli można zbadać krew?
Prawdopodobnie twoją pierwszą myślą, po usunięciu kleszcza jest wizyta u lekarza i wykonanie testów na związane z tym choroby. Problem w tym, że dwie najszerzej stosowane w tym celu metody – test Elisa oraz test Western Blot, mają dość niską skuteczność oraz często dają wyniki fałszywie pozytywne lub fałszywie dodatnie. Pierwszy z nich jest skuteczny jedynie w 30-40 proc., a drugi - 50-80 proc. Dodatkowo, oba badania można przeprowadzić dopiero kilka tygodni po ukąszeniu, co oznacza ponad miesiąc życia w niepewności. Samego kleszcza z kolei można, a nawet trzeba, przebadać od razu.

Czekasz na rumień? Może go nie być
Borelioza jest chorobą trudną w leczeniu i równie trudną w diagnozie. Jak jeden z jej symptomów wymienisz pewnie wędrujący rumień i bardzo słusznie, problem w tym, że występuje on jedynie u 30 proc. zarażonych boreliozą. Inne sygnały, które powinny zwrócić twoją uwagę są mniej charakterystyczne: bóle głowy, stawów, zmęczenie - brzmi jak grypa? Właśnie dlatego bardzo często rozpoznanie boreliozy odwleka się w czasie, co automatycznie zwiększa ryzyko powikłań.

Antybiotyki profilaktycznie – zły pomysł
Boreliozę leczy się kuracją antybiotykową. Jej skuteczność zależy jednak od dobrania właściwego leku oraz od tego, czy… w ogóle jest on nam lub naszemu dziecku potrzebny. Biorąc pod uwagę niską, w porównaniu z badaniem samych kleszczy, skuteczność testów z krwi, istnieje prawdopodobieństwo, że antybiotykami “nafaszerujemy” dziecko, które wcale tego nie potrzebuje. W związku z tym, że stosowana w leczeniu boreliozy terapia antybiotykowa jest długotrwała, a skuteczne leczenie trwa nawet około trzech tygodni lub dłużej, musimy liczyć się z możliwością wystąpienia groźnych skutków ubocznych takiej terapii w postaci wyjałowienia flory bakteryjnej, biegunek, osłabienia układu odporności, grzybicy układu pokarmowego, a nawet zapalenia jelit. Kiedy więc następnym razem po powrocie z lasu znajdziesz kleszcza – nie panikuj. Wyślij, zbadaj i nie działaj po omacku.
Trwa ładowanie komentarzy...