Zanim podasz dziecku, spróbuj! Nawet w najlepszej restauracji. Ja, raz tego nie zrobiłam…

Wakacje to czas, kiedy częściej odwiedzamy z dziećmi restauracje i kawiarnie
Wakacje to czas, kiedy częściej odwiedzamy z dziećmi restauracje i kawiarnie Prawo autorskie: vchornyy / 123RF Zdjęcie Seryjne
Lato, urlop, rodzinny wyjazd. Podczas wakacji nad morzem rzadko przygotowujemy posiłki samodzielnie. Przecież po to wyjeżdżamy, żeby odpoczywać, zwiedzać, spędzać czas z dziećmi. Oderwać się od codzienności, w której to praca, dom, obowiązki, do których należy gotowanie, to całe godziny spędzane w kuchni. No więc, od tych garów też wypada się odciąć.



Zdarza się, że na wycieczkę przygotowujemy prowiant, różne przekąski, ale ciepły posiłek w ciągu dnia, to rzecz obowiązkowa. W nadmorskich barach, restauracjach bywa różnie. O tym wiedzą wszyscy, więc co tu więcej pisać. Czy to zupka, czy to rybka – zawsze próbuje choćby jedną łyżeczkę z talerza, przed podaniem swoim maluchom. Tutaj trzymam się tej zasady, ale w przypadku kawiarni, ostatnio poległam.

Nie było to miejsce, które zaprasza klientów na słodkości wyłącznie w czasie letniego sezonu. Owa kawiarnia istnieje od wielu lat i jest dość znana w swoim mieście, oddalonym raptem o kilka kilometrów od polskiego wybrzeża. To moje rodzinne strony, stąd co nieco o niej wiem, i co lato odwiedzaliśmy to miejsce, sporadycznie, ale jednak, głównie kupując w niej lody. Tym razem dzieci zapragnęły muffinki.

Nie rozwlekając się już zanadto: Tak, moje maluchy zamiast lodów dostały wymarzoną babeczkę, ale po zakończonej jej konsumpcji, a właściwie zaledwie kawałku, nie mogłam się powstrzymać przed publicznym wyrażeniem swojej opinii, ku przestrodze:
Nie wiem jak to się stało, że tym razem nie spróbowałam. Chyba tak zwyczajna babeczka nie wydawała mi się groźna. Wiem wiem, najlepiej piec samemu. I owszem, robię to i całkiem dobrze mi to wychodzi, bo zrobienie dobrej muffiny jest dziecinne proste. Ale kto sam piecze na wakacjach? A ciastko czasem fajnie zjeść.
Dzieci usiadły przy stoliku i rozpoczęły jedzenie. Ja brałam jeszcze chyba kawę, albo koktajl. Młodsza wzięła jednego gryza a potem zero zainteresowania, co w jej wypadku było dziwne. Starszy, niestety skonsumował połowę zanim mnie coś tknęło...

Nie jest nowością, że czasami stare produkty się „odświeża” albo „ulepsza”, by można je było i tak wepchnąć klientom. Ale robienie z tego „bajecznego dzieła”, by trafiało w gusta dzieci, jest przerażające, jak również fakt, jak bardzo musimy być czujne.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...