Pułapki rodzicielstwa bliskości. Nie chcę być przyjaciółką moich dzieci

Prawo autorskie: kzenon / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: kzenon / 123RF Zdjęcie Seryjne
Z rodzicielstwem bliskości jest jak z demokracją – nie jest to metoda doskonała, ale mimo wielu usilnych starań, nie zdołano wymyślić lepszej, parafrazując W. Churchilla. Jest to najbardziej naturalny, instynktowny sposób na wychowanie młodego człowieka, zaszczepienie w nim miłości, która będzie dawała mu siły na całe życie, na pokonywanie trudności i codzienne zmaganie się z rzeczywistością wtedy, gdy nie będzie można stale liczyć na pomoc mamy i taty.

Zanim zostało dogłębnie przeanalizowane przez małżeństwo Sears’ów, było stosowane przez wielu rodziców od zarania dziejów. Choć nie posiadało nazwy, wielu z nas było dane doświadczyć takiego sposobu wychowania. Ludzie doświadczający bezpiecznego przywiązania w dzieciństwie, które tworzy się dzięki wychowaniu w poczuciu szacunku do potrzeb dziecka, bycia ważnym ogniwem rodziny, tak samo istotnym jak dorośli, tworzą dobre, głębokie związki, a ich życie w społeczeństwie jest z reguły bardziej satysfakcjonujące niż tych, którzy mieli mniej szczęścia. Pragnę jednak zaznaczyć, że rodzicielstwo bliskości nie jest sposobem łatwym dla każdego – myślę, że trudno znaleźć w sobie odpowiednie pokłady czułości, empatii, zrozumienia dla dziecka, jeśli samemu nie zostało się w nie wyposażonym w dzieciństwie. Z kolei nawet nie mając pojęcia o zasadach, jakimi rządzi się RB, możemy nieświadomie je stosować, wtedy gdy sami byliśmy wychowywani przez bezwiednie stosujących je rodziców.

Niestety, jak to bywa z operacjami na żywym organizmie, nie jest to doskonały sposób na wychowanie człowieka. Możemy na różnych etapach wzrastania dziecka natknąć się na kilka pułapek, na które chciałabym w tym tekście uczulić rodziców.

Od narodzin dziecka nastawieni jesteśmy na wsłuchiwanie się jego potrzeb, na obserwowaniu, czego w danym momencie się domaga. Karmienie piersią, przytulanie, noszenie dziecka, reagowanie na jego niezadowolenie, wyrażone płaczem, ma na celu wytworzyć bliską, wyjątkową więź, właściwą tylko dla danego dziecka. Cel szczytny, ze wszech miar właściwy. Jednak mam wrażenie, że łatwo przekroczyć granice empatii, aby po pewnym czasie reagować z takim samym zaangażowaniem na potrzeby ważne i całkiem trywialne, zupełnie nieznaczące. Dzieci, orientując się, że rodzic gotowy jest im gwiazdkę z nieba dać, potrafią po czasie poddawać go swego rodzaju testom – stąd pokładanie się w sklepie na widok kosztownej zabawki, na którą nie możemy lub nie chcemy wydać pieniędzy. Nie wierzę, że nikomu ze stosujących RB nie zdarzyła się sytuacja, w której ewidentnie został zmanipulowany przez swoja bystrą latorośl, która, żerując na głębokiej więzi, wymusiła coś niekoniecznie istotnego dla jej dobrego samopoczucia, często całkiem niewłaściwego, po to tylko, by sprawdzić, czy może sobie na to pozwolić.

Wzajemna głęboka więź działa również w drugą stronę. Gdy ufamy dziecku, dbamy o jego rozwój intelektualny i emocjonalny, często nasz przedszkolak jest nad wiek rozwinięty i dojrzały, wychowywany w poczuciu bezpieczeństwa i jako ważny człowiek społeczeństwa, bardzo szybko rozpoznaje rządzące nim reguły. W pewnym momencie możemy mieć do czynienia ze „starymi maleńkimi” i nawet rodzice łapią się na tym, że traktują dzieci zbyt dojrzale niż ich metryka na to wskazuje. Dzieci z kolei wsłuchują się w potrzeby rodziców, obserwują ich reakcje, sami żywo i rezolutnie reagując na ich słowa. Podsłuchując rozmowy dorosłych, rozumiejąc z nich więcej niż rówieśnicy, jednocześnie nie mogą mieć właściwego osądu tego, o czym rozmawiają rodzice. Jeszcze groźniej bywa, gdy rodzice, ulegając złudzeniu, że ich dziecko w wieku wczesnoszkolnym jest niemal tak samo dojrzałe jak rodzic, podejmują próby rozmawiania z nimi o sprawach zupełnie nie dla uszu malucha. Znam sytuacje, w których matki zwierzały się z problemów małżeńskich małym córeczkom, traktując je jak przyjaciółki, właśnie z powodu bliskiej, niemal symbiotycznej więzi. To już jest bardzo niebezpieczne zjawisko, prowadzące do nadużycia delikatnej psychiki.


Trudno bowiem wyznaczyć granice bliskości – kiedy jest właściwie, a kiedy już zbyt blisko. Kiedy zachowywać się jak rodzic, kiedy jak przyjaciel. Czy można powiedzieć „nie, bo nie”, czy też zawsze należy się odwoływać do dziecka zdrowego rozsądku. I na ile rozsądny może być trzylatek, na ile piętnastolatek. Poczucie odpowiedzialności, jakiego wymagamy od dziecka, może być często zbyt duże, zbyt trudne do udźwignięcia dla dziecka na danym etapie jego rozwoju. Wynika to po prostu z biologii, z rozwoju mózgu, którego w żaden sposób nie da się i nie powinno się usiłować przyspieszać. Moim zdaniem czasem warto odwoływać się do nie podlegającego dyskusji autorytetu rodzica, by oszczędzić dziecku konieczności rozważania kwestii, na które nie jest jeszcze gotowy.

Taki „stary maleńki” czuje się dobrze w domowym gniazdku, gdzie jego potrzeby są ważne, gdzie pragnienie bliskości jest zaspokajane, gdzie traktowany jest z szacunkiem. Wchodząc w środowisko szkolne, może srodze się zawieść, bo relacje rówieśnicze oraz między nim a pedagogami bywają dalekie od ideału. Dziecko spada z piedestału, jest jednym z wielu domagającym się uwagi malców. Może usłyszeć zdania, na które nie był przygotowany, które przyjmuje ze zdumieniem, epitety, niesprawiedliwe opinie, może paść ofiarą agresji fizycznej. W domu otrzymał tylko ciepło i zrozumienie, jak ma się odnaleźć w tak trudnych sytuacjach, na które nie był przygotowany? Jak mu wytłumaczyć, że świat zewnętrzny bywa trudny, jak wyjaśnić kontrast między tym, co na zewnątrz, a tym, co w domu? Bywa, że kusi nas, aby dziecko odizolować od tego, co złe, asystować w podróży do i ze szkoły do późnych lat adolescencji, zamknąć w szklanej, bezpiecznej kuli. Choć oczywiście w momencie stałego dostępu do sieci takie rozwiązanie jest nierealne, często samo dziecko do niego dąży, zamykając się w świecie między swoim biurkiem, kuchnią, a czułymi ramionami matki.

W efekcie może to prowadzić do sytuacji, w którym dziecko, pierwotnie przedwcześnie dojrzałe społecznie, w wieku, w którym ta dojrzałość jest wymagana i pożądana, jest intelektualnie wybitne, natomiast emocjonalnie na poziomie kilka lat niższym. Głęboka, symbiotyczna więź między nim a rodzicami, częściej matką niż ojcem, zaburza relacje rówieśnicze, opóźnia wiek wszelkich inicjacji i przecięcie pępowiny. Takie dzieci późno rozpoczynają życie seksualne, jeszcze później wyprowadzają się z domów rodzinnych, długo nie podejmują w pełni odpowiedzialnego, dorosłego życia. Choć finalnie tworzą bardzo dobre relacje, trochę to trwa, zanim emocjonalnie dogonią rówieśników, mających mniej szczęścia w domu rodzinnym.

Podsumowując, moim pragnieniem jako młodej matki jest umiejętne wyznaczanie granic, umiejętność zdystansowania się do emocji moich dzieci, wspieranie przede wszystkim ich rozwoju emocjonalnego. Nie będę usiłowała być ich przyjaciółką – nie chcę być pierwszą osobą, której córka się zwierza z problemów sercowych. Sama również chcę pielęgnować relacje z moimi przyjaciółkami, by to do nich się zwracać w razie kryzysów. Mam nadzieję, że uda mi się być blisko moich dzieci, lecz na tyle daleko, by mogły bezboleśnie stworzyć własną przestrzeń.
Trwa ładowanie komentarzy...