Lubię zdrabniać słowa i tak mówię do córki. Nie zwracajcie mi uwagi - dobrze wiem, co robię!

Prawo autorskie: citalliance / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: citalliance / 123RF Zdjęcie Seryjne
Oj, żabuniu, zobacz jaki piesunio na spacerku. Jak robi piesunio? Hau hau? Brawo. Jesteś super mądrą dziewczyneczką. Chodź jeszcze wejdziemy do sklepiku to kupimy mleczko i bułeczkę, żebyś zjadła pyszniastą kolacyjkę.

A może by tak?
Zobacz córeńko, Pani wyszła z pieskiem na spacer. Śmieszny taki, kudłaty, prawda? I merda ogonkiem, bo jest bardzo zadowolony. Zanim wrócimy do domu, wstąpimy jeszcze do sklepu, ok? Musimy zrobić jakieś drobne zakupy, żeby przygotować kolację.

Też jest słodko, też jest uroczo, jest też zdrobniale. Ale rozsądnie
Co jakiś czas temat zdrobnień powraca. I za każdym razem budzi podobne emocje. Z jednej strony krzyczą poważniacy, totalni przeciwnicy zdrabniania. Naprzeciwko nich stają zwolennicy kaczuszek, bułeczek i kolacyjek. A co po środku? A po środku – mam wrażenie – sporo. Głównie ciszy.

Każdy z nas ma własne zdanie na dany temat. Pozostając z klimacie szeroko rozumianego parentingu, każdy rodzic ma jakieś zdanie na temat związany z dziećmi. Być może trudniej wypowiedzieć się o testach szóstoklasisty mając w domu uroczego roczniaka, ale z pewnością o tym co za nami można mówić bez końca. Dlaczego więc rodzice, którzy tak chętnie opowiadają o pierwszych krokach, kolkach, karmieniu i żłobkowych dylematach milczą w temacie o którym mowa, jeśli tylko nie są zwolennikami któregoś ze wspomnianych wcześniej skrajnych rozwiązań.


Osobiście bliżej mi chyba do obozu przeciwników zdrabniania wszystkiego, co napotykam na swojej matczynej drodze, choć trudno opowiadając małemu człowiekowi o świecie całkowicie powstrzymać się od używania „kotków”, „żabek” czy „myszek”. I jestem przekonana, że nie tylko ja jestem gdzieś po środku. Że wy też jesteście w tej grupie.

Pyszniasty chlebuś dla kaczuszek
Uważam, że czasem zdrabniać warto, a czasem po prostu należy. Mówiąc do dziecka poważnie o świeżo urodzonych kociakach, albo malutkich bucikach nie wyjaśnimy w prostu sposób do końca na czym świat stoi. Jednocześnie jednak wspomniana wcześniej kolacyjka, tudzież porcyjka śmiało może zostać zastąpiona jedną kanapką lub drobną przekąską. Coś może być malutkie czy drobniutkie. Mniej drobne, albo po prostu duże To proste.
Dzieciaki długo nie mówią, stąd mam wrażenie nasza tendencja do tłumaczenia im wszystkiego w ten cukierkowy sposób. Ale one dzielnie obserwują świat, naśladują go i doskonale wiedzą, że pies to pies, a nie piesulek czy inny piesuńcio. Skąd? Ano głównie stąd, że mama do taty mówi o obiedzie, o spacerze z psem i wizycie u babci a nie babulki.

Zastanawiam się na ile, stosując te wszystkie ulepszacze, utrudniamy dzieciakom rozwój. Czy przypadkiem nie siejemy im w głowie zamętu. Skoro mama mówi, że to książeczka, tata, że bajeczka, a kiedy podają sobie z ręki do ręki owy przedmiot twierdzą, że to Andersen.

Mały dorosły
Chyba w tym wszystkim najbardziej chodzi mi to, by za wszelką cenę szukać złotego środka. I by pamiętać o tym, że to co mówimy do dziecka, do niego dociera. Mały człowiek chłonie nasze słowa jak gąbka. To my jesteśmy na wstępnym etapie jego życia całym światem i najwyższym autorytetem. To od nas zależy jakie będą jego pierwsze słowa, jak będzie opisywał świat i co będzie nas pytał.

I pewnie z perspektywy czasu okaże się, że nie ma znaczenia, czy w torbie niosłyśmy chleb dla gołębi, czy chlebuś dla gołąbków, ale być może ktoś z was przyzna mi rację, że tu i teraz to rzeczywiście może być ważne. Dla nas, dla dziecka, dla otaczającego świata.

Wiem, że to nie jest najpoważniejsza rodzicielska zagwozdka ani problem, który spędza rodzicom sen z powiek. Ale wiem też, że mówi się o nim na tyle dużo, że warto zabrać głos i wyrazić swoje zdanie. Nawet, jeśli jest ono gdzieś zupełnie po środku. Albo właśnie tym bardziej, jeśli nie jest skrajne.

Dyskusję na ten temat uważam, za otwartą. I idę uszykować chleb. Dla kaczuszek.
Trwa ładowanie komentarzy...