Zanim zostawicie śpiące niemowlę i „na chwilę” wyjdziecie z domu puknijcie się w głowę! Nie mam dla was szacunku

Prawo autorskie: alenkasm / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: alenkasm / 123RF Zdjęcie Seryjne
Kilka dni temu trafiłam w Internecie na wyjątkowo bulwersujący mnie wpis. Tak bardzo bulwersujący, że musiałam ochłonąć, żeby z kimś o tym porozmawiać. I to – choć myślałam, że niemożliwe – zbulwersowało mnie jeszcze bardziej. Co konkretnie? Brak wyobraźni, bezmyślność, nieodpowiedzialność…

Na portalu Mumsnet pojawił się wpis użytkowniczki Dakin1 pytającej pozostałe mamy czy w pozostawieniu śpiącego, 10-cio miesięcznego malucha samego w domu, oczywiście na moment, jest coś niestosownego. Ten moment to według użytkowniczki 7 minut. Tyle wystarczy, by wyskoczyć do oddalonego 50 metrów od domu sklepu spożywczego po kilogram cukru. Głos zabrało ponad 800 mam. I zanim wczytałam się w ich odpowiedzi, byłam święcie przekonana, że jednogłośnie staną naprzeciw Dakin1. Ale tak się nie stało.

Tego dnia spotkałam się ze znajomą, mamą dwójki fajowych urwisów. Pełna emocji opowiedziałam jej o tym, co przeczytałam. I wiecie co? Ona też powiedziała mi, że nie widzi w tym nic złego. I sama, gdy starszy był jeszcze maleńki i spał, schodziła na dół do osiedlowego sklepiku. Tyle, że z elektroniczną nianią w ręku.

Jak to nie widzisz w tym nic złego?
Myślałam, że nim spróbuję coś napisać, to ochłonę, ale jak tylko zaczęłam zastanawiać się jak ubrać to co czuję w słowa, negatywne emocje wróciły. Dlaczego? Dlatego, że nie jestem w stanie pojąć jak można zostawić niemowlę samo w domu. Jak do jasnej cholery można być tak bardzo nieodpowiedzialnym i pozbawionym wyobraźni!


Ja wiem, że straszne sceny dzieją się tylko w trzymających w napięciu amerykańskich serialach. Wiem też, że kobiety (w tym ja) mają tendencję do wyolbrzymiania problemów i wymyślania czarnych scenariuszy, które mogą się nigdy nie wydarzyć. Ale wiem też, że życie nie wygląda tak jak w reklamach telewizyjnych, a wypadki się zdarzają.
Pod moim blokiem też jest mały sklepik. Nie dalej jak 1,5 minuty piechotą spod drzwi mieszkania. Nie muszę przechodzić przez ulicę, więc potencjalnie nie ma szans, by potrącił mnie samochód. Nie ma też zagrożenia ze strony drapieżnych ptaków, by porwały mi klucze od domu, bo przecież mieszkam w mieście. A klucze mogę schować do kieszeni. Za mleko szybko zapłacę drobnymi, lub by przyspieszyć zakupy mogę wziąć „na zeszyt” a później, podczas spaceru z dzieckiem uregulować należność. Proste.

Co złego może się wydarzyć?
Teoretycznie nic. I teoretycznie wszystko. Bo teoria i praktyka, to w teorii to samo. Ale w praktyce już nie. Klucze mogą upaść mi na ziemię i niefortunnie się skrzywić. Albo mogą mi wpaść do studzienki kanalizacyjnej. Mogę się potknąć na nierównym chodniku, przewrócić i stracić przytomność. Albo na głowę może spaść mi coś z balkonu sąsiadów, bo droga do sklepu wiedzie pod tymi właśnie. Pewnie w sklep nie wjedzie samochód, ani nie wbiegnie do niego gangster z bronią w ręku, co czasem pokazują stacje telewizyjne zza oceanu, ale nigdy nic nie wiadomo.

Kiedy moja córka zasypia na popołudniową drzemkę, mam chwilę dla siebie. Robię ciepłą kawę, czytam książkę, wykonuję zaległe telefony, biorę prysznic (tak, szybki prysznic przy otwartych drzwiach, a nie długą kąpiel), jestem w domu.

Owszem, wychodząc spod prysznica mogę się przewrócić i stracić przytomność, mogę rozciąć sobie palec szykując kanapki, mogę zasłabnąć, może wydarzyć się cała masa różnych wypadków. Ale jestem w domu. I co jakiś czas zaglądam do małej. Sprawdzam, czy się nie odkopała, czy nie przewróciła się na brzuszek i nie leży buzią na poduszce, czy przypadkiem nie włożyła rączki lub nóżki między szczebelki, czy nie zadławiła się śliną. A jeśli zapłacze, nie będzie musiała czekać na mamę aż ta wróci ze sklepu. Bo jestem obok.

I jeśli coś mi się stanie i ktoś zareaguje na drące się w niebogłosy dziecko, to znajdzie nieprzytomną matkę w kuchni lub salonie, a nie pod blokiem.

Jestem nadopiekuńcza? Przesadzam? Mam chorą wyobraźnię? Co jeszcze – śmiało, biorę to „na klatę”, ale dla Was, rodziców którzy tej wyobraźni nie mają wcale i zostawiają niemowlę „na chwilę”, „na sekundkę”, „tylko po cukier” lub „przecież do śmietnika są dwa kroki” nie mam za grosz szacunku.

By nie musieć z tym żyć…
Pewnie tak, pewnie ryzyko jest niewielkie. Tak znikome, że można by powiedzieć żadne. I każdy będzie żył po swojemu. Wychodził po cukier albo nie. Wiem, że żaden rodzic nie chce dla swojego dziecka źle. Żaden nie pozwoliłby zrobić mu krzywdy i żaden świadomie nie zgodziłby się na nic, co mogłoby sprowadzić na jego pociechę nieszczęście. I nikomu nie życzę, żeby cokolwiek się stało. Wręcz przeciwnie.

Ale wychodzę z założenia, że w starym powiedzeniu iż przezorny zawsze ubezpieczony jest odrobina życiowej mądrości. Dlatego zapinam pasy w samochodzie, dziecku zakładam kask podczas wycieczki rowerowej i nigdy nie stawiam kubka z wrzątkiem na brzegu stołu. I nie zostawiam dziecka bez nadzoru. Nawet na minutę.

Bo gdyby wydarzyło się cokolwiek, musiałabym z tym żyć. Musiałabym do końca swoich dni uspokajać sumienie. I myśleć o tym „co by było gdyby”. Więc wolę pomyśleć o tym na zapas. Na wszelki wypadek. Bo co by było, gdyby…
Trwa ładowanie komentarzy...