Młodą korpomatkę nie stać na żłobek. Realia życia w mieście nie są takie piękne, jak mówią plotki

Prawo autorskie: yuran-78 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: yuran-78 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Warszawa, piękne nowe osiedle „na bogato” – poprzycinane żywopłoty, kontrola dostępu, śmietniki estetycznie usunięte z pola widzenia. I mikroskopijny plac zabaw, wiosną oblegany przez dzieci i opiekunów. Jest godzina dziewiętnasta, zatem pewnie dzieciaki wyszły ze swoimi rodzicami zaczerpnąć ostatnie wdechy powietrza, aby zasnąć zdrowym i przyjemnym snem.



Nic bardziej mylnego
Każda z pociech wyposażona jest w swoją własną osobistą nianię – starszą, elegancką panią, młodą energiczną studentkę, koniecznie pedagogiki lub kierunków pokrewnych lub przyjazną, uśmiechniętą trzydziestolatkę z obcym wschodnim akcentem. Dzieciom dłuży się czekanie na rodziców w domu, są już po przedszkolu i szeregu zajęć dodatkowych, więc utęsknione spędzają ostatnie godziny bez rodziców na placu zabaw.

Tu i ówdzie rozlega się płacz, kojony obietnicą, że „mamusia niedługo wróci z pracy”, widać wzajemne zmęczenie materiału, lecz cóż, trzeba czekać na rodziców, którzy po kolejnych naradach, zebraniach, korpoczynnościach wrócą wreszcie do swoich najbliższych i najdroższych.
Nie da się ukryć, dzieci kosztują. Współczesne matki z wielkich aglomeracji, zwykle rodzące po raz pierwszy w wieku 30+, stają przed dylematem: czy zawiesić rozwijającą się coraz prężniej karierę i poświęcić się w całości macierzyństwu, czy też iść do pracy – i słono za to płacić. W obliczu mało realnej pracy elastycznej czy pracy zdalnej (pracodawcy wciąż zapatrują się na takie rozwiązania bardzo niechętnie), wybór matki jest najczęściej zerojedynkowy.

Pozostanie w domu ojca jest zaś nadal w sferze utopijnej
Co pokazują zarówno prognozy, jak i dzisiejsza rzeczywistość. Jeśli kobieta, często z bólem serca, zdecyduje się na powrót do pracy, nie może liczyć na ulgowe traktowanie, a każde zwolnienie lekarskie oznacza nie tylko zaledwie 80% dochodu za każdy dzień absencji, lecz również obowiązek nadrobienia zadań – czy to w domu, nocą przy chorym dziecku, stukając w klawiaturę, czy po zwolnieniu, trzaskając nadgodziny.

Zatem młoda korpomatka, która zwykle jest zbyt dobrze sytuowana, by liczyć na państwowy żłobek, nie ma wyjścia – zatrudnia nianię. Żłobek prywatny, którego cena obecnie wynosi lekko poniżej dwóch tysięcy złotych, nie jest żadną alternatywą – nie przyjmie dziecka z gorączką czy ospą. Matka zatem i tak zmuszona by była mniej więcej połowę miesiąca przebywać na tzw. L4, ze szkodą dla swojej kariery i portfela, bo przecież i tak musiałaby zapłacić pełne żłobkowe czesne.
I tak coraz popularniejszy i bardziej dochodowy staje się zawód superniani – takiej, co dziecko ogarnie, utuli, przewinie, w chorobie pocieszy, gdy trzeba, zajmie się wieczorem, jeśli rodzice gdzieś wychodzą lub gaszą w firmie pożary.

Chętna, zdolna, młoda lub starsza, nie gotuje, nie pierze, bo swoją pracę szanuje
I słusznie, i tak znajdzie wielu chętnych na swoje usługi. Rodzice wymieniają się personaliami fajnych niań jak towarem deficytowym, do niektórych ustawia się kolejka – gdy dobra niania wychowa jedno dziecko, już czeka na nią gromadka innych, gotowych nieba przychylić i rozpieszczać mądrą, ciepłą nianię, aby tylko pokochała ich dziecko jak własne.
Instytucja dziadków, tak popularna niegdyś, w dużych miastach odchodzi do lamusa.

Pokolenie 50 i 60+ często jest jeszcze w wirze własnej kariery
Nie ma zamiaru zamknąć się w czterech ścianach wśród zupek i kupek. Z drugiej strony, wiele zadbanych, fajnych babek, często emerytowanych nauczycielek lubi kontakt z maluchami, lecz ich własne dzieci mieszkają za daleko, by mogły się cieszyć wnukami. Wtedy takie przyszywane babcie są jak znalazł dla rodziców w potrzebie. I wilk syty, i owca cała, chciałoby się rzec, bo też finansowo układ jest dla obu stron atrakcyjny. Niania zarabia niezłą pensję, często powyżej średniej krajowej, rodzice zaś nie muszą co chwilę wynajmować innej osoby na godziny, bo jakby nie kombinowali, nie dadzą rady zajmować się dziećmi, jeśli praca zawodowa wypełnia im więcej niż osiem godzin dziennie.

I tak, oprócz typowej niani, zajmującej się maluchami przed osiągnięciem trzeciego roku życia, mamy nianię odbierającą dzieci z przedszkola i zajmującą się nimi popołudniami lub w czasie choroby; jest specjalna taxi-niania, zawożąca i odbierająca dzieci z zajęć dodatkowych; mamy również guwernantki, które kładą nacisk na naukę dzieci oraz nianie nie mówiące słowa po polsku, lecz w którymś z modnych języków, dające maluchom możliwość zanurzenia się w języku obcym bezboleśnie i bez udziału świadomości.

Przychodzi weekend – nic się nie zmienia, zamiast niań dziećmi się zajmą wszelkie prywatne przybytki, klubokawiarnie, ogromne sale zabaw, gotowe za parę złotych zaopiekować się naszymi dziećmi, które bardzo drażnią, gdy przychodzi nam zagwarantować im całodobową opiekę. Są różne zajęcia dodatkowe, tańce, lepienie gliny, trywialne już małpie gaje z tysiącem kulek, cóż, żyć nie umierać, my w ich wieku nie mieliśmy połowy tych atrakcji.

Tłumaczymy sobie, że nie ma innego wyjścia
Czasem tylko głupio, gdy trzeba u niani potwierdzać sms-em aktualny ulubiony smak lodów i kolor skarpetek naszego dziecka, lecz tłumaczymy sobie, że nie ma wyjścia, taki los, musimy zarabiać na wszystkie atrakcje i udogodnienia, na świetlaną przyszłość, jaką naszemu dziecku gotujemy. Nie ilość się liczy, lecz jakość – a ta jest doskonała, o czym świadczą tony zdjęć, jakimi uwieczniamy perekcyjne dzieciństwo naszych skarbów.

I mówimy do siebie, czasem ironicznie, czasem z dumą, że księżniczki i książęta również rzadko widują swoich rodziców.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...