"Wszędzie się panoszą, święte krowy". Czyli kilka słów o wózkowych

Prawo autorskie: radist / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: radist / 123RF Zdjęcie Seryjne
Rozpychają się tymi wózkami, chodnikiem też nie da się przejść - kontynuował swój wywód, jakże uprzejmy, mężczyzna w sędziwym wieku. Cholera jasna - powiedziałam (ale pomyślałam dużo więcej, mniej cenzuralnych określeń) - Czy Pan naprawdę uważa, że mi jest lekko? I wychodzę z domu tylko po to, żeby takim jak pan uprzykrzyć życie? Przecież pan też kiedyś był dzieckiem! Okazało się, że szanowny Pan może i kiedyś nim był, ale już nie pamięta, za to sam dzieci nie ma.

Wiecznie pod górkę
Pamiętam jak mojego starsze dziecko jeszcze siedziało w spacerówce, raptem dwa lata temu, zwykły wypad na pocztę i ... wyzwanie numer 1. Największy budynek oddziału w okolicy, w mieście moich rodziców i mojego dzieciństwa. Zanim do niego dotarliśmy, rzucało dzieckiem na prawo i lewo, bo cała ostatnia prosta chodnika, była właściwie jego fragmentami, szczątkami, z nachyleniami i wypukłościami - każde w inną stroną i innej wysokości. Pod głównym wejście - schody kilometrowe - Na pewno jest winda - myślę sobie. No to się przeliczyłam. Otóż na tyłach budynku znajduje się jakiś super podjazd automatyczny, który ochroniarz uruchomi i pomoże jak się zadzwoni tajemniczym dzwonkiem. Spróbowałam. Po 5 minutach nikt się nie pojawił, więc wzięłam wózek na plecy i wtargałam go sama. No przecież nie będę pod budynkiem kwitła pół godziny!

Komunikacja i sklepowa akcja
Wielkie rondo w warszawie, podziemia -winda nie działa. Schody długie, że końca ich nie widać. Podjazd za szeroki dla naszego wąskiego wózka, koła nie pasują. Stoję tak minutę i gdybam - Może pójdę naokoło? Ale mam szczęście, dwóch młodych mężczyzn przybiega mi z pomocą - Ale to ciężkie - komentują.


Autobusy, tramwaje... to standardowe kłopoty mam wózkowych. Miejsca dla nas przeznaczone - zajęte, albo drugi z kolei podjeżdża z wysokimi schodami. Nie to jest hitem moich wypraw, tylko pewna sieć super aptek. Wjeżdżam z moimi tobołami. Wózek zapchany, w nim dziecko, a ja (wtedy jeszcze) w ciąży. Podchodzi do mnie poważny pan ochroniarz z informacją - Tu niewolno z wózkami, proszę zostawić na zewnątrz. - Słucham? -mówię - Przecież ja tu mam dużo rzeczy osobistych, dziecko. Nie dam rady tego zabrać ze sobą jeszcze z synkiem na rękach (był bardzo senny, a ja w siódmym miesiącu z córką). Takie mamy zasady - odparł postawny obrońca wejścia. To podziękowała i nigdy więcej tam nie poszłam. I nie pójdę.
Służba (nie)zdrowia
Przyszpitalna przychodnia w centrum Warszawy. Każą mi iść na trzecie piętro - windy brak, wózka nie pozwalają zabrać, bo ponoć tam ciasno. Zresztą i tak bym go nie wniosła po takich wąskich schodach. Moje dziecko - duże, ale jeszcze nie chodzi, więc mam wizję (która się niestety ziściła aż nadto, bo ostateczny czas opóźnienia wyniósł 2,5 godziny), że będę musiała je nosić i zabawiać przez godzinę. Pozbawione miejsca do leżenia będzie chciało raczkować. Szorowanie podłogi w przychodni - kiepski pomysł. Ale wracając do wózka, jak ja mam zostawić go w głównym hallu z całym tym majdanem? Torba rzeczy na zmianie, plus pieluchy, chustki, butelki, śliniaki. Torba z przekąskami, obiadkiem, drobne zakupy. Jeszcze luzem: kocyki, czapeczka, pieluchy tetrowe... Noż kurde - powiedziałam do siebie. I wzięłam na ramie to wszystko, do tego swoją torebkę, plus dziecko i poszłam na górę odstać swoje. Wściekła ja osa - Tak być nie może - myślałam ciągle - To nie jest normalne.

Poskarżyć się komuś? Tylko komu? Nie będę wyżywać się na lekarzu, pani z portierni - przecież to nie jest ich wina. Jak budynek, w którym są specjaliści, pediatrzy od maluszków, może nie być do nich przystosowany!?

W ogólnych nastrojach społeczeństwa nie ma polityki prorodzinnej. A dzieci przecież nie są zjawiskiem współczesnej cywilizacji, na które kraj mógłby czuć się nie przygotowany ( ale przecież zima też zaskakuje co roku, i śnieg zadziwia pkp, więc może taka już nasza natura).
Każdy z nas był dzieckiem, a wiele osób o tym zapomina. Nawet, albo zwłaszcza, te starsze panie, które są matkami, a teraz krzyczą na mnie w drogerii, że mój syn im się pląta pod nogami. Co z tego, że jest coraz więcej kawiarni przeznaczonych dla rodziców z maluchami. To nic nie zmienia. Na kawiarnie trzeba mieć i kasę i przede wszystkim, czas. I może raz w miesiącu taką odwiedzę. A codzienność? Ta bywa naprawdę szara i pozostawia wiele do życzenia.
Trwa ładowanie komentarzy...