Grupa naTemat

Widzisz przed swoim dzieckiem świetlaną przyszłość? Przestań, nie bądź naiwny

Prawo autorskie: candy18 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: candy18 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Kieliszek czy różaniec? Wszyscy wiedzą, że roczkowe wróżby naprawdę należy traktować z przymrużeniem oka. A jednak te cieszą się nie malejącą popularnością. I że fakt, że dziecko bawi się cymbałkami nie oznacza, że będzie wybitnym muzykiem. A jednak takim „analizom” nie ma końca. Tylko do czego właściwie są one nam potrzebne?

Ciekawość tego, jakim człowiekiem będzie nasze dziecko w przyszłości jest zupełnie naturalna. Ciekawią się też ciocie, wujkowie, babcie, dziadkowie. I czasem wszyscy trochę za daleko posuwają się w absurdalnych dywagacjach na temat tego, jakie predyspozycje przejawia roczny maluch.


Skoro już mamy roczek, to niech będą i wróżby. Wątpliwe, by te zabawy wyrządziły komuś krzywdę, tylko czemu one właściwie mają służyć? W jednej z popularnych wróżb dziecko ma wybierać spośród rozłożonych przed nim przedmiotów. To, co wybierze ma sugerować, jaką maluch obierze przyszłość. Wśród przedmiotów znajduje się kieliszek. Że będzie alkoholikiem? Z powodu nałogu postawi swoją rodzinę w dramatycznej sytuacji, zafunduje własnym dzieciom nieszczęśliwe dzieciństwo? Czy może po prostu dziecko wyrośnie na swojego chłopa lub równą babkę, co to lubi wypić? Wówczas bardzo wcześnie zaczynamy przekazywać dziecku komunikat, jak wspaniałe jest picie alkoholu. Ono nic nie rozumie – można powiedzieć. W takim razie po co bawić się jego kosztem? Naprawdę kogoś to bawi?

Kim będzie z zawodu? Jednak rodzinne dywagacje na wróżbach się nie kończą. Małe dziecko weźmie do ręki kabel, bądź dowolne urządzenie – będzie inżynier! Korale – dama! Okręci się wokół własnej osi – tancerka! Kopnie piłkę - Lewandowski! Wejdzie o własnych siłach na kanapę – alpinista! Jednym słowem – czasem dziecko nie może wykonać ani pół ruchu, by jego zachowanie nie było poddane analizie kim będzie w przyszłości. A przecież dzieci postrzegają świat zupełnie inaczej niż my. Smartfon rodzica się świeci, a światełka są takie piękne! Korale są długie, można je w nieskończoność przekładać w paluszkach, lub owinąć na dowolnie wybranym przedmiocie w mieszkaniu albo ciągnąć za sobą po podłodze. Wspinanie się na meble do złudzenia przypomina to, co dzieci robią na placu zabaw (a raczej place zabaw są stworzone tak, by odpowiadały naturalnym dziecięcym potrzebom przemieszczania i wspinania się).
Drugą kategorią rodzinnych dywagacji jest dochodzenie, po kim dziecko odziedziczyło którą część ciała i którą domniemaną cechę charakteru. Kolor oczu (choć ten może się jeszcze zmienić) – po tatusiu! Usta – czysta mamusia! Talent muzyczny (bo przecież tak ładnie brzdąka na tych organkach) – po babci! Zamiłowanie do strojenia się (te korale!) – po cioci! I szybko okazuje się, że dziecko nie ma żadnej własnej, unikalnej cechy, jest tylko prostą kompilacją tego, co w rodzinie najlepsze. A przecież nawet jeśli dziecko do złudzenia przypomina jednego rodzica, to jest zupełnie niepowtarzalną ludzką istotą. Ma swoje oczy, usta, uszy, włosy, to wszystko nie jest kompilacją cech ciotki Baśki, wujka Wojtka, babci, dziadka i stryjecznego szwagra.

"Po kim ona jest taką blondyneczką?" Niemałą konsternację może za to wywołać niemożliwość prostego określenia, po kim dziecko dane cechy wyglądu odziedziczyła. Weźmy taką sytuację: mama brunetka, tata brunet i córka blondynka. To nic, że dziecko jest w wieku, w którym kolor włosów może jej się jeszcze zmienić. Nieustannie powtarzane jest wówczas pytanie: „A po kim ona jest taką blondyneczką?” – tutaj oczywiście pytający wzrok pada na ciemnowłosą mamusię. I o ile raz, drugi i trzeci można sobie zażartować, że po listonoszu, za piętnastym razem sprawa zaczyna być nieco męcząca.

Czasem dywagacje bywają też nie tak wesołe. Niech no tylko dziecko (zwłaszcza chłopiec) trochę za często przytula się do mamy, wyrok zapadnie szybko: maminsynek! I do tego cycol! I już wiadomo, że będzie mieszkał z mamą do czterdziestki, nie stworzy żadnego udanego związku, nie założy rodziny. No przecież się przytulił, prawda?

Czepiam się drobiazgów? Być może. Większość takich stereotypowych dywagacji pewnie nikomu nie wyrządza większej krzywdy. A jednak nie chcę myśleć o jakimkolwiek dziecku inaczej niż jak o zupełnie niepowtarzalnej istotce, nie dającej się zamknąć w żadne ramy i szufladki. Bo przecież tak niezwykłe są nasze dzieci, prawda?

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
RodzinaWychowanie
Skomentuj