Grupa naTemat

Nie mam nic przeciwko rodzinnym wypadom do restauracji, ale mam dość wychowywania w nich waszych dzieci

Fot. romrodinka / 123RF Zdjęcie Seryjne
Fot. romrodinka / 123RF Zdjęcie Seryjne
Nie czepiam się (zazwyczaj). Zagryzam zęby, odwracam wzrok i robię wszystko, aby tylko nie myśleć o tym, czego właśnie jestem świadkiem (zazwyczaj). Powtarzam jak mantrę słowa: „Spokojnie, to nie moje dzieci. Nie wtrącaj się. Odpuść. To się zaraz skończy”. Czy działa? Prawie zawsze.

Są jednak i takie sytuacje, w których odpuścić nie mogę (choć pewnie powinnam). Tamtego niedzielnego popołudnia, choć usilnie starałam się powstrzymać, musiałam zareagować. Bo byłam zmęczona? Bo chciałam spokojnie zjeść i pójść, a jedyne czego pragnęłam, to chwila rozmowy z przyjaciółmi? A może po prostu irytują mnie mali i duzi, którzy są na bakier z dobrym zachowaniem? Pewnie i to, i to, i tamto.

Ale, do rzeczy!
Pech chciał, że mnie i moim towarzyszom w restauracji zaproponowano tylko jeden stolik: tuż przy toalecie. Niechętnie (te zapachy!), ale przystaliśmy na propozycję kelnera. Za oknem lał deszcz, było zimno, a my byliśmy głodni. Poza tym, jak mawiają: dobre towarzystwo wynagrodzi ci wszelkie niedogodności.

Pech też chciał, że w restauracji były rodziny z dziećmi. I od razu, na wstępie, śpieszę z wyjaśnieniem: Uwielbiam dzieci, naprawdę. Lubię ich trudne pytania i moje, często głupie, odpowiedzi. Uwielbiam ich radość i dziecięcą niewinność. Uwielbiam patrzeć jak przytulają się do swoich mam i swoich ojców wykrzykując wniebogłosy jak bardzo ich kochają. I nie mam też nic przeciwko rodzinnym wypadom do restauracji. Naprawdę, wierzcie mi.

Ale!
Siedzimy, gadamy, jemy i pijemy. Nie zwracamy szczególnej uwagi na biegających wokół naszego stolika dwóch (na oko) 5-latków. Krzyczących, piszczących i śmiejących się w głos. „To przecież tylko dzieci” tłumaczymy sobie w duchu. To nic, że musimy głośniej mówić (przeszkadzając pewnie innym gościom). To nic, że prawie nie słyszymy swoich słów, a każdy z nas jest coraz bardziej poirytowany. „To przecież tylko dzieci”, wciąż sobie powtarzamy.

Kiedy jednak urocza para 5-latków wbiega co chwilę do toalety (znajdującej się tuż obok nas), by następnie wybiec z niej z okrzykiem radości za nic mając pozostawione szeroko otwarte drzwi, które uderzają za każdym razem w plecy moją znajomą, reaguję. Nie, nie od razu. Nie za pierwszym, nie za drugim, nie za trzecim, czwartym, a dopiero za piątym razem.

„Hej, przepraszam, ale czy moglibyście zamykać za sobą drzwi do toalety?” – spokojnie mówię do jednego z nich. Patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami i uśmiecha się. Myślę: „Ok., podziałało” i uśmiech odwzajemniam. Nie mija 10 minut, a sytuacja znowu się powtarza.
Proszę drugi, trzeci i czwarty raz głośno zastanawiając się, gdzie są ich rodzice. Kiedy dzieci za nic mają moje uwagi, robię to, co w tej sytuacji mi pozostało. Za każdym razem, gdy małe rozbrykane szkraby opuszczają toaletę wesoło podskakując, wstaję i zamykam za nimi drzwi. Bo czy mogłabym zachować się inaczej?

Pogodzona z sytuacją, która już nawet zaczęła mnie nieco bawić, wracam do towarzyszy obecnej niedoli. Naszą rozmowę przerywa kobieta trzymająca za ręce dwoje uroczych, dobrze nam znanych 5-latków.

„Dlaczego pani zwraca uwagę moim synom? Nie ma pani prawa. Niech się pani zajmie swoimi dziećmi. A w ogóle, o co pani chodzi? To przecież tylko dzieci! Mają prawo do zabawy. Nie rozumie pani tego?”

Usłyszałam kilka gorzkich słów, po których przeszłam do… usprawiedliwiania się (?). Tłumaczyłam spokojnie, wierząc głęboko, że za chwilę ta oto awanturująca się kobieta przyzna mi rację. W odpowiedzi poczęstowała mnie wymownym spojrzeniem, odwróciła się na pięcie i już jej nie było.

A ja? Byłam zdezorientowana.
Są takie sytuacje, w których mam ogromną ochotę wziąć karny stołeczek i posadzić na nim rodziców. Powiedzieć im kilka słów, które może pozwolą im spojrzeć na swoje dziecko choć trochę krytycznie. Nie chcę wychowywać nie swoich dzieci, nie chcę zwracać im uwagi na to, co jest właściwe, a co nie. To rola rodziców.

No właśnie, Drodzy Rodzice, dlaczego nie reagujecie? Dlaczego siedzicie z uśmiechem przyklejonym na twarzy, gdy wasze dziecko uprzykrza życie innym? Gdy im przeszkadza i gdy łamie podstawowe zasady współżycia? Wiem, to tylko dziecko (!) Ale to wasza rola, aby to dziś jeszcze małe dziecko wyrosło na naprawdę fajnego, empatycznego dorosłego. Czy to takie trudne?

Kiedy moimi obawami, że może jednak niepotrzebnie wtrąciłam się (bądź co bądź) w wychowanie cudzych dzieci podzieliłam się z redakcyjną koleżanką, bałam się, że zostanę „zlinczowana”. Ona też przecież jest mamą. Czy nie będzie bronić innych mam? Uff, odetchnęłam z ulgą, gdy opowiedziała mi tę historię:

„Któregoś dnia spaceruję po dworze z moim psem. Nagle, podbiegają do nas dzieci, które zaczynają go zaczepiać. A to złapią za ucho, a to pociągną za ogon. Tuż za nimi idą ich rodzice, radośnie rozmawiając i zupełnie nie reagując na zachowanie swoich pociech. Pomyślałam, że po pierwsze: to niedopuszczalne, aby dzieci tak traktowały zwierzęta, a po drugie: nie jestem pewna, czy mój pies, podczas takich „zabaw” któregoś z dzieci po prostu nie ugryzie. Rodzice zareagowali dopiero wtedy, kiedy powiedziałam im, że mój pies jest bardzo groźny i gryzie. Wcześniej? Zero reakcji”.

Kiedy reaguję, często słyszę, że na wychowanie przyjdzie jeszcze czas. I że dziecko musi się wyszaleć i że to taki czas. Wtedy właśnie sięgam pamięcią wstecz do czasów, kiedy to ja byłam małą, rozbrykaną dziewczynką. I pamiętam moją mamę, która brała mnie za rękę, sadzała obok siebie i spokojnie tłumaczyła, dlaczego tak właśnie robić nie wolno. Dziś jestem jej za to wdzięczna, bo nauczyła mnie nie tylko słowa DZIĘKUJĘ, ale chyba co ważniejsze – słowa PRZEPRASZAM.

Czy jesteście pewni, Drodzy Rodzice, że za kilka lat wasze dzieci tę sztukę też opanują do perfekcji? Mam dobrą radę - naukę zacznijcie już dziś.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
RodzinaWychowanie
Skomentuj