Grupa naTemat

"Urodziłem się by dać rodzicom szczęście". Choć nie ma jeszcze roku, musi walczyć - poznajcie historię Piotrusia

Fot. Justyna Misiak
Fot. Justyna Misiak
„Urodziłem się by dać rodzicom szczęście. Wśród milionów par wybrałem właśnie ich na moich opiekunów i przyjaciół na całe życie. W brzuchu mamy było mi cudownie – idealne warunki by rosnąć i przybierać na wadze. Kiedy tak sobie rosłem w najlepsze, cesarskie cięcie zakończyło ten płodowy raj i wtedy pierwszy raz zobaczyłem mamę i tatę. „4800 g, piękny chłopczyk, gratuluję – usłyszeliśmy od położnej i zabrali mnie gdzieś daleko od mamy. Było to 23 lutego 2015 roku.”


Tak swoją historię zaczyna Piotruś, a właściwie jego rodzice, którzy ubiegłej zimy przywitali na świecie swojego syna. Ślicznego, radosnego młodego mężczyznę, który z życia miał czerpać pełnymi garściami. Dziś, nie mając jeszcze nawet roku musi walczyć. Jego przeciwnik, siatkówczak obuoczny nie daje za wygraną. Rodzice chłopca też nie, dlatego dziś proszą o pomoc.

Gdy Piotruś miał 3 miesiące udaliśmy się na rutynowe badanie dna oka. Usłyszeliśmy, że wszystko jest w najlepszym porządku. Na przełomie czwartego i piątego miesiąca życia syna, zauważyłam, że zaczyna uciekać mu oko, że zaczyna zezować. Chodziliśmy więc od jednego okulisty do drugiego i zawsze słyszeliśmy to samo: „Wszystko jest w porządku, dziecko może zezować do ukończenia 1. roku życia, proszę się nie martwić”.

Jeden z okulistów polecił nam nawet, abyśmy zapisali się do poradni leczenia zeza. Na wizytę musielibyśmy czekać aż pół roku. Ja jednak wciąż się martwiłam. Obserwowałam swojego syna i wiedziałam, że dzieje się coś złego. Gdy trafiliśmy do kolejnego okulisty, byłam zdeterminowała. Mój upór popłacił. Piotrkowi wykonano badania, których wyniki potwierdziliśmy w szczecińskich szpitalu. Okazało się, że syn cierpi na siatkówczaka obuocznego, a leczenie odbywa się tylko w Warszawie lub w Krakowie.


W warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka potwierdzono diagnozę i szybko ustalono plan działania. Nie było na co czekać, rak atakował szybko. Jak najszybciej trzeba było rozpocząć chemioterapię.

Warszawscy lekarze powiedzieli nam, że w najgorszym przypadku może dojść do pełnego usunięcia lewego oka, bo jego stan jest fatalny. Guzy są obecne w obu oczach, ale to w lewym guz jest największy i sprawia, że syn praktycznie nie widzi.

Jak często syn musi przyjmować chemioterapię?

Co trzy tygodnie pokonujemy 560 km w jedną stronę, aby syn mógł przyjąć chemię. Czasem w Warszawie jesteśmy tylko 3 dni, innym razem dwa dni dłużej, bo oprócz podania chemii lekarze przeprowadzają badanie dna oka, aby sprawdzić jakie są efekty leczenia.

Nowotwór, który zaatakował oczy Piotrusia jest paskudny. Obawiamy się, że jeśli syn przestanie przyjmować chemioterapie, zaatakuje ze zdwojoną siłą. Słyszeliśmy o przypadkach, gdy dziecko było już "czyste", czyli nie miało komórek nowotworowych i przestawało brać chemię. Po niedługim czasie nowotwór powracał. W takiej sytuacji nie ma już ratunku, oczy trzeba usunąć.


Leczenie pomaga?

Tak, jest poprawa. Najważniejsze, że choroba się nie rozwija, jest zatrzymana. Niestety, guzy wciąż są. Obawiamy się co będzie dalej. On jest przecież taki malutki, a chemia truje zdrowe narządy. Boimy się, że gdy Piotruś przestanie przyjmować chemię, będziemy musieli leczyć inne narządy. Musimy liczyć się również z tym, że nowotwór może zaatakować mózg syna.

Gdy usłyszała Pani diagnozę...

Zawalił mi się świat. Długo walczyłam, aby zajść w ciążę, aby Piotruś mógł pojawić się na świecie. Nie poddawałam się. Dziś znów musimy o niego walczyć. Wciąż w głowie pojawiały się pytania: Dlaczego my? Dlaczego Piotruś? Gdzie jest sprawiedliwość, gdzie Bóg?
Szansą dla Piotrka jest wyjazd do Nowego Jorku, gdzie przeprowadzone zostanie specjalistyczne leczenie

W Polsce syn otrzymuje chemię ogólną, jedynie 2 proc. trafia do oczu. W Stanach Zjednoczonych Piotruś otrzymałby specjalną dotętniczą chemię, która trafiłaby od razu do jego oka. Nie rozsiewałaby się po organizmie i nie osłabiała innych narządów.

Leczeniem chłopca miałby zająć się dr Abramson, z którym skonsultowaliście już przypadek syna?

Tak, doktor otrzymał całą dokumentację. Daje prawie 98 proc. szans na to, że dziecko będzie zdrowe, a usuwanie oczu nie będzie konieczne. Musimy tylko zebrać pieniądze.

1 500 000 zł. Tyle potrzebujecie

Mamy już około 230 tysięcy złotych. Zbiórkę prowadzą dwie fundację: Fundacja Rycerze i Księżniczki i Fundacja "Nasze Dzieci".

Gdy cała kwota zostanie zebrana lecicie od razu do Nowego Jorku?

Być może nawet wcześniej, gdy zebrana kwota zbliżać będzie się do miliona. Mam nadzieję, że już wtedy będziemy mogli starać się o wyznaczenie terminu leczenia. Tu chodzi o czas. Im szybciej rozpoczniemy leczenie, tym więcej Piotruś może zyskać.

To leczenie to jedyna szansa dla Piotrka. Chcemy, aby mógł normalnie żyć. Poznaliśmy bardzo wiele rodzin, które były w podobnej sytuacji. Wiemy, że to leczenie jest bardzo kosztowne, ale wierzymy, że uda się nam uzbierać te pieniądze. Innym się udaje, mamy nadzieję, że uda się i nam.


Co daje Pani siłę, aby każdego dnia walczyć o zdrowie synka?

Mój syn. Gdy widzę, jak się uśmiecha, gdy przytula się do mnie, gdy mnie całuje. Jestem jego matką i zrobię wszystko, aby mu pomóc. Wierzę, że się uda.

Więcej informacji o chłopcu, historii jego choroby i o tym, jak można pomóc znajdziecie na Facebooku.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
RodzinaZdrowie
Skomentuj