Grupa naTemat

"Chciałam znieczulenie, ale zaufałam położnej. Mówiła, że przy drugim porodzie będzie lżej. Ból był nie do zniesienia"

Prawo autorskie: yuliang11 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Prawo autorskie: yuliang11 / 123RF Zdjęcie Seryjne
Jest 6 rano. Zaczęło się! Paulina nie spała już od trzech godzin, tylko mierzyła odstępy między skurczami. Ale teraz, akcja rezkręciła się na dobre. "Pomyślałam, że czas najwyższy obudzić męża. Żebyśmy mogli jeszcze spokojnie zjeść, dopakować kilka rzeczy i poczekać na dziadków, którzy obiecali zaopiekować się starszą córką" .


Paulina ma 31 lat i pierwsze doświadczenie porodowe za sobą. Wtedy, nie udało jej się urodzić w pełni naturalnie. Jej córka, nie spieszyła się z przyjściem na świat. Po kilkunastu dniach oczekiwania, niepewności i lęku o zdrowie dziecka, lekarze zdecydowali o indukcji oksytocyną.
"Chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia. Czuliśmy się naprawdę przygotowani na ten dzień. To co mnie przerażało, to myśl o jakichkolwiek komplikacjach. Podanie kroplówki z oksytocyną to też już ingerencja w moje ciało. Wiedziałam, że może to wydłużyć cały okres trwania porodu, wywołać silniejsze i bardziej bolesne skurcze, że istnieje ryzyko niedotlenienia, krwotoku czy oddzielenia się łożyska". Na szczęście, wszystko dobrze się skończyło. Mama i córka już chwilę po porodzie były w bardzo dobrej formie.

Tym razem, wszystko zaczęło się wręcz podręcznikowo. Paulina, wraz z mężem, o 9 dojechali do szpitala, a dwie godziny później byli już na porodówce. Mieli salę tylko dla siebie. Pokój był bardzo przytulny. Z prysznicem, akcesoriami do gimnastyki, drabinkami. Położna przychodziła co chwilę. Z początku... Potem sytuacja zdecydowanie się zmieniła. " Kiedy ból zaczął się robić nie do zniesienia, a wiedziałam, że najgorsze jeszcze przede mną, poprosiłam o znieczulenie. Przypomniało mi sie, jak strasznie się męczyłam za pierwszym razem".

Paulina wiedziała, że od lipca 2015 roku, ma możliwość poproszenia o znieczulenie, a szpital ma obowiązek tę prośbę spełnić. Ponadto, ustaliła to też z partnerem. Tak na wszelki wypadek. Jakby straciła świadomość czy bełkotała, miał być jej głosem. Oboje uważali, że znieczulenie jest indywidualną sprawą każdej kobiety i każda kobieta, powinna mieć możliwość decydowania o własnym ciele, o własnym porodzie. Tylko ona doświadcza swojego bólu i nikt nie powinien decydować o tym, jaka jest jego skala i jak sobie z nim radzi. Jednak, gdy padło hasło "znieczulenie", położna zaczęła przychodzić rzadziej.

"Nie tylko ja, ale i mój partner zauważyliśmy, że nie zagląda do nas już tak często. Poza tym, za każdym razem jak przychodziła, pytaliśmy się, kiedy możemy liczyć na podanie znieczulenia? Baliśmy się, że niebawem może być już za poźno. A ja czułam, że ból już przekroczył wszelkie skale. Wiem, że mówi się o kryzysie 7 cm. Gdy rozwarcie jest na tym etapie, mówimy stop, ja już nie chcę, nie dam rady... A potem, jakoś to ponoć idzie. Ale ja już zwyczajnie nie miałam siły".

W końcu, położna zdecydowała się na dłuższą rozmowę. Powiedziała, że droga do końca już niedaleka. Zaproponowała gaz rozweselający, czyli mieszankę tlenu i podtlenku azotu. Dodała, że przecież to drugi poród, a te z reguły idą szybciej i są mniej bolesne. Paulina zaczęła się wahać. Zaczynało jej być wszystko jedno. W końcu zaufała położnej. Nawet, przez kilka sekund czuła w sobie ducha walki, moc wojownika, który podoła tej misji. Do kolejnego skurczu... "Mam troche żal do męża. Miał mi pomóc być asertywną i zdecydowną. Ale z drugiej strony? Przecież nie miał świadomości co ja czuje i że już mało ogarniam?"

Gaz ma za zadanie uśmierzać ból, pomagać się skupić, uspokoić. W Pauliny przypadku było zupełnie odwrotnie. "Z tego co pamiętam, to mówiłam niewyraźnie i według mojego męża -nie słuchałam. A ja wszystko słyszalam, ale mialam gdzieś udzielanie jakichkolwiek odpowiedzi. Po prostu nie chciałam współpracować no i ból był przerażający. Do tego... wzywałam rodziców! Błagałam, żeby mi pomogli, co mogło być dość zabawne. No, różne rzeczy sie krzyczy w takiej sytuacji. Prawda jest taka, że było o wiele gorzej niż za pierwszym razem".

Po porodzie, Paulina poszła na kontrolę do swojego ginekologa. Była zadowolona i spokojna. Jej druga córka przyszła na świat piękna i zdrowa. Nie miała żadnych komplikacji po porodzie i szybko wróciła do domu. Tylko jedno ją denerwowało. Dlaczego musiała tak cierpieć? Znieczulenie zewnątrzoponowe nie otępia, a uśmierza ból. Owszem, może przedłużyć cały proces porodu, skurcze mogą być mniej wyczuwalne, ale jeśli w gruncie rzeczy jest bezpieczne, legalne i dostępne na żadanie...

A nie. Zaraz. Na jakie żądanie? W przypadku Pauliny, okazała się to tylko teoria.
"Był jednak w szpitalu taki lekarz... Wszedł do naszej sali akurat, jak wszystkie karmiłyśmy piersią. W tym czasie, nasze macice sie obkurczały i niektóre z nas bardzo cierpiały. Zaproponował nam leki przeciwbólowe, ale nie było oddzewu z naszej strony. Ja, znów się zawahałam. W końcu powiedział -Nie róbcie z siebie Świętej Matki Polki! Jak boli, to po co się męczyć? "

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Poród siłami naturyPoród
Skomentuj