Grupa naTemat

Spacer dla zdrowia? Na pewno nie dla zdrowia psychicznego mamy

Fot. Screen z Facebooka / [url=https://www.facebook.com/rysunkiannyl/photos/a.621466861258143.1073741828.619314941473335/867771399961020/?type=3&theater]Rysunki Anny L.[/url]
Fot. Screen z Facebooka / Rysunki Anny L.
"Codziennie chodzę z dziećmi na spacery. Trzeba chodzić! Dla ich i swojego zdrowia. Też będziesz chodziła, jak się w końcu jakiegoś dorobisz"- mawiała moja znajoma, doświadczona mama dwójki dzieci. No i się dorobiłam. Ojj, jak mylne pojęcię miałam o tym, czym jest spacer! W głowie przewijały mi się obrazy, slajdy z różnych reklam. Szczęśliwa rodzinka, dzieci uśmiechnięte od ucha do ucha a za nimi, uroczy pies. Zbieramy liście, bawimy w berka... Ahh, jak słodko i wesoło (no dobra, może troche jednak za bardzo).

Krok pierwszy: Ubrać się. Nie, to nie jest zwykła czynność, jakby mogło się wydawać każdemu, dorosłemu i bezdzietnemu człowiekowi. Tu trzeba mieć plan. Zwłaszcza jesienią i zimą. Rajstopki, koszulki, sweterki, polarki, kombinezony, szaliczki no i spiworki. Chwila, a jaka jest pogoda? A może w tym będzię mu za gorąco? Najgorsze, to przegrzać dziecko, więc może inny sweter? Ta czapka? Nie, już za gruba...Moment, ale tamta jest już za mała!". To dopiero początek.

Pięć razy wołasz, jednak dziecko zajęte jest czymś bardziej pasjonującym niż ubieranie. Logiczne. Więc ubierasz na raty. Sweter... i uciekł. Zakładamy buta... znów poszedł. W międzyczasie, ubierasz swą młodszą latorośl, która drze się przy tym niemiłosiernie. I sie dwoisz i sie troisz... . Może w innej kolejności? Może wolniej? Albo nie, spróbujmy zrobić to szybko! Nie ma metody. A skala jej głosu? - bez zmian. Robimy to codziennie i codziennie jest tak samo.

Nareszcie ubrani! Jeszcze portfel, torba na zakupy. A gdziej jest mój telefon! No tak, dzieci gdzieś go porzuciły po tym, jak robiły sobie zdjęcia...
Zbieramy klamoty, sprzęty, wózek i hulajnogę. Starszy już się nie może doczekać, aż nią ruszy po chodniku.

Wyszliśmy. Stoimy na pasach. Obok nas, uśmiechnięta starsza pani zagląda do wózka. "Ładny chłopiec (o mojej córce). Jak sie nazywa?". Odpowiadam uprzejmie, a na to ona: "Ooo jest taka święta, to patronka..." Ale już jej nie słyszę, bo dziecko numer 1, próbuje ze mna negocjować cel naszego spaceru. Sklep - nie. Plac Zabaw - tak!

Starsza pani wciąż mówi: "Nie jest ci zimno chłopczyku w główkę? Nie rozumiem, dlaczego twoja mama nie nałożyła ci czapki?", zainteresowała się jeszcze brakiem rekawiczek u dziecka numer 2. I nie ważne, że jest 10 stopni na plusie, "w końcu mamy zimę!" - odpowiedziała przerażona moją postawą.

Idziemy dalej. Kawałek drogi przed nami, ale na szczęście mam dostawkę. Sprytny i przydatny gadżet na dłuższe spacery, gdy dziecko numer 2 się zmęczy, czy znudzi. No i stało się. Hulajnoga jest już "be", bo nie skręca tak , jak by dziecko sobie tego życzyło. Zakupy poszły zaskakująco sprawnie. Jest tam tyle ciekawych rzeczy i świeżutkie bułeczki, które szybko zachęciły starszaka do konsumpcji, zamykają mu buzię :).

Wracamy. Ja - naczelny pchacz, dzieci moje i siaty. Dużo siat z nami. A więc: 8 kg dziecka numer 2 i 8 kg wózka, 14 kg dziecka numer 1 na dostawce, kilka litrów i kilka kg w wózkowym koszu, plus warzywa i owoce na jego rączkach. Mówiłam już, że hulajnogę też trzymam? Mówcie do mnie - Pudzian. Już blisko, naprawdę niedaleko. Trochę przyspieszam, bo muszę zdążyć z obiadem. Ale nagle starszak staje i nic nie jest w stanie go ruszyć. Chce pozbierać kamyczki. I budzi się młodsze... Jest głodne. Krzyczy coraz głośniej. Chcę biec już do domu, ale nie mogę ,"mam jeszcze za mało skarbów" - mówi mój numer 1. Coraz więcej mijających osób, zaczyna się nam przyglądać...

Szukam ławki, na próżno. Ha! Mam dużo siatek! Kładę na trawie kilka obok siebie, rozkładam się na nich z małą na rękach i wyciągam pierś. Przynajmniej starszy pozbiera kamyczki...

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
MatkaZdrowie
Skomentuj