"Nie mogłam nawet się z nią pożegnać. Nie mogłam powiedzieć, dlaczego już nie będę jej mamą"

Fot. Pexels / [url=https://www.pexels.com/photo/sisters-walking-nature-road-25946/]unsplash.com[/url]/[url=https://www.pexels.com/photo-license/]CC0 License[/url]
Fot. Pexels / unsplash.com/CC0 License
Zawsze wiedziała, że będzie mamą. Mamą najlepszą, prawie idealną. Taką, która zrobi dla swojego dziecka wszystko. Taką, która będzie ocierać z twarzy łzy, gdy po raz kolejny wróci do domu ze złamanym sercem. Taką, która opatrzy krwawiące kolano przyklejając na nie plaster z bohaterami ulubionej kreskówki. Taką właśnie mamą miała być.

-Poczułam się, jakbym straciła kogoś bardzo bliskiego. Głupie, prawda? Żeby coś stracić, trzeba najpierw to mieć. A ja nie miałam. Wystarczyło, że usłyszałam, że nigdy mieć nie będę, a cały mój misternie układany plan na życie nie znaczył już nic. Ja też niewiele już znaczyłam.

Kiedy słyszę, że nie można mieć wszystkiego, zgadzam się, ale i pukam w czoło. Bo czy można tak powiedzieć kobiecie, która pragnie być mamą? Czy to, że ma pracę, męża, psa i dom sprawia, że nie ma prawa mieć pretensji do losu? Nie ma prawa wkurzać się na życie? Bo ma AŻ tyle, po co więcej?


-Mam pecha. Nigdy nie będę mogła mieć dziecka. Nie usłyszę bicia jego serca, nie poczuje jak porusza się we mnie. Nigdy nie będę zastanawiać się czy to chłopiec, czy dziewczynka. Nigdy nie powiem, jak długo na nie czekałam. Nigdy.

Kiedy Sylwia poznała Michała świat zawirował.
Był tylko on. Byli tylko oni. Śmiało mogliby reklamować miłość od pierwszego wejrzenia i przekonaliby niejednego. Kiedy byli młodzi, nie myśleli jeszcze o dziecku. Mieli siebie, ukochanego psa, wybudowany dom, całkiem niezłą pracę, do której każdego dnia chciało się wstawać. Ot, takie życie do zazdroszczenia.
-Decyzję o dziecku podjęliśmy 6 lat temu. Ja miałam już trzydziestkę na karku, nie było więc na co czekać. Staraliśmy się długo, bez efektów. Kiedy trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy, trochę spanikowałam. Robiłam wszystko, aby odwlec wizytę u lekarza. Michał miał ją już za sobą, jest zdrowy. A więc to ja. Ja jestem problemem.

Sylwia nie chce dziś mówić, co jest powodem jej niepłodności. Nie chce, żeby przeszłość ją dogoniła. -Jedna zła decyzja w przeszłości i droga bez wyjścia. Za błędy trzeba płacić. Zawsze to wiedziałam. Nie wiedziałam tylko, że ta cena będzie tak cholernie bolesna.

Hasło "adopcja" padło, gdy myśl, że nigdy nie będą mieli własnych dzieci, mocno się w nich zakorzeniła.

-Propozycja, byśmy stworzyli dziecku dom wyszła od Michała. Pamiętam dobrze ten dzień. Bałam się pokazać, jak bardzo się cieszę. Bardzo się bałam, że za chwilę powie: „Nie, to kiepski pomysł”. Nie powiedział. Jeszcze nie.

Sylwia przeczesywała Internet, aby poznać całą procedurę adopcyjną. Nie zniechęciła się. Ani przez chwilę nie zwątpiła.
-Spotkania informacyjne, rozmowy z psychologiem, testy, wywiady rodzinne, szkolenia, kolejne zajęcia i kolejne warsztaty. To trwało miesiącami. Wciąż mieliśmy zielone światło, a ja wciąż wierzyłam, że to już ostatnia prosta.

Nieważne, czy dziewczynka czy chłopiec. Nieważne, ile ma lat. Ważne, aby było zdrowe.
-Michał nie chciał chorego dziecka. Powiedział, żebyśmy nigdy już nie wracali do tego tematu. Myślę, że bał się, że nie da rady. To więcej obowiązków, pewnie większa odpowiedzialność. Nie do końca go rozumiałam, ale akceptowałam jego decyzję.

Zosia miała wtedy 5 lat. Posiadaczka długich kasztanowych włosów i ciemnych oczu. Trochę w nich strachu, trochę niepewności.
-Najpierw zobaczyliśmy jej zdjęcie. Pomyślałam, że jest śliczna. Trochę nieśmiała, trochę przestraszona. Dla mnie decyzja była prosta. Chcę ją poznać. Michał też chciał. Wtedy jeszcze chciał…Trochę zdziwiło nas to, że Zosia ma swoją teczkę, a w niej „papierowy wywiad”. Opis jaka jest, co lubi, opinie psychologów. Wszystko.

Pokój dla Zosi był już gotowy, choć jeszcze nigdy nie przekroczyła progu domu Sylwii i Michała. Domu, który miał być jej domem. Gdy usłyszeli „TAK”, rozpoczął się proces poznawania i oswajania dziewczynki.

-To my jeździliśmy do Zosi. Nie było łatwo. Musieliśmy bardzo się postarać, aby nam zaufała. Aby otworzyła się przed nami. Odliczałam dni i godziny do kolejnych wizyt wyobrażając sobie, jak biorę ją w ramiona i przytulam. Czy kiedyś powie do mnie „mamo?”. Czy ja będę dla niej dobrą mamą? Gonitwa myśli którą miałam w głowie przerażała mnie. Tak wiele się działo. Tyle ważnych rzeczy. Czy dam radę?

„Zastanówcie się jeszcze. To decyzja na całe życie. A jeśli to dziecko pochodzi z patologicznej rodziny? A jeśli jej rodzice byli pijakami? A jeśli ona to odziedziczyła?” – przy każdej okazji do zmiany decyzji namawiała nas mama Michała.

-Chciałaby, żebyśmy się rozwiedli. Aby Michał miał żonę, która da mu dziecko. Tak, to idealne wyjście z sytuacji.

Każde „ale” swojej mamy Michał zbywał milczeniem. Jego zachowanie jednak stopniowo się zmieniało. I tę zmianę widziała Sylwia. Zmianę, która bolała.

-Już nie patrzył na Zosię jak kiedyś. Miałam wrażenie, że odwiedza ją bo „tak trzeba”. Już nie rozpromieniał się, gdy mówiłam czego nam jeszcze brakuje, co powinniśmy kupić dla Zosi. Już nie chciał. Bałam się zacząć ten temat. Bałam się, że usłyszę: „Zmieniłem zdanie”. Usłyszałam.

To za duża odpowiedzialność. Nie jestem gotowy. Myślałem, że tego chcę, ale jednak nie. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś. Pogodziłem się z tym, że będziemy sami. Boję się, że nie będę dobrym ojcem. A może weźmy niemowlę?

-Może niemowlę? To nie koncert życzeń! – krzyczałam.
-Trzęsły mi się ręce, kręciło mi się w głowie, nie potrafiłam skleić żadnego sensownego zdania. Patrzyłam na człowieka, który jest moim mężem i byłam przerażona. Czy ja go znam? Czy to on? Nie wiedziałam.

Michał nie zmienił decyzji. Przepraszał, kajał się, ale był nieugięty. Dla Sylwii to był koniec. Koniec ich małżeństwa. To ona poinformowała ośrodek adopcyjny o decyzji Michała. Gdzieś tam w środku wciąż wierzyła, że pozwolą jej być mamą Zosi. Nie pozwolili.

-Nie mogłam się z nią nawet pożegnać. Wytłumaczyć jej. Powiedzieć, co się stało. Dyrektorka stwierdziła, że pożegnanie nie będzie dobre. Że ona jakoś to wszystko Zosi wytłumaczy. Że takie rzeczy się zdarzają i że ona wie co robić. A ja? Ja nie wiedziałam.
Mój mąż na ostatniej prostej powiedział: „NIE”, bo podobno nie jest gotowy. A przez te wszystkie miesiące był? Nie wierzę. Nie wiem co się stało. I już się nie dowiem.
Chciałam być mamą. Mamą Zosi. Mamą prawie idealną. Dziś Zosia ma już nową rodzinę. Nową mamę i nowego tatę. Ja mam siebie. Znowu mam tylko siebie.
Trwa ładowanie komentarzy...

KALENDARZ CIĄŻY

TYDZIEŃ PO TYGODNIU

PRZEDSZKOLAK

ROZWÓJ I WYCHOWANIE