Porodówka na własne oczy! Spędziłam dzień z położną w szpitalu na Solcu. To, co zobaczyłam, przerosło moje wyobrażenia!

Fot. Agnieszka Moczyróg
Fot. Agnieszka Moczyróg
Kiedy przeszukuję internet w poszukiwaniu artykułów dotyczących porodówek w Polsce, trafiam w większości na teksty, w których kogoś o coś się oskarża. Bo lekarz zrobił to, a położna tamto. Bo posiłek marny, i opieka nie taka. I wcale nie uważam, że o skandalizujących i kontrowersyjnych rzeczach pisać nie powinniśmy. Wręcz przeciwnie. Uważam, że nawet trzeba. Ale czy na pewno tylko o takich? Czy powinniśmy straszyć przyszłe matki, które i tak wizją porodu są wystarczająco przerażone? I czy naprawdę w polskich szpitalach jest aż tak źle?

Aby to sprawdzić, wybrałam się do jednego z nich. Znajdujący się w Warszawie szpital na Solcu nie należy do tych, na widok których powie się „wow”. Stary budynek, raczej zaniedbany. Kiedy odnajduję już oddział ginekologiczno-położniczy, oddycham z ulgą. Wnętrze zdecydowanie nie odstrasza. Po korytarzu spacerują przyszłe i „świeżo upieczone” mamy. Na ścianach, zdjęcia i listy od tych, którzy w tych właśnie murach przyszli na świat.



Oddziałowa prowadzi mnie do sal, w których młode mamy opiekują się swoimi nowo narodzonymi dziećmi. I nie ukrywam, idę z przekonaniem, że namówić je do rozmowy, może nie być tak łatwo. Przed chwilą dokonały czegoś dla wielu niewyobrażalnego, zdobyły swój Mount Everest – urodziły dziecko. Poznaję Alicję, Monikę i Patrycję, które, po dłuższym zastanowieniu mówią: „OK, pogadajmy”.
Alicja
na porodówkę trafiła z krwawieniem, nie dla niej był więc tradycyjny poród. Podpięta pod KTG z niepokojem oczekiwała na informację, czy z jej małym synkiem wszystko jest OK. Na szczęście, było. – Gdy okazało się, że puls małego jest w porządku, pani doktor wzięła mnie na USG, a potem trafiłam na salę przedporodową cały czas podpięta pod KTG. Mały był pod ścisłą kontrolą lekarzy. Choć ja wcale tego nie czułam, KTG wskazywało na skurcze więc szybko zadzwonili do położnej, z którą podpisaliśmy umowę, a która akurat nie miała dyżuru. W niecałą godzinę była na miejscu, i zaczęła się akcja – opowiada Alicja. Dwanaście i pół godziny – tyle trwał poród i nic nie przebiegało tak, jak to sobie gdzieś tam w głowie wymarzyła. – Położna zapytała, czy chciałabym skorzystać ze znieczulenia. Byłam na nie zdecydowana, ale okazało się, że zrobiłam sobie tatuaż nie tam, gdzie powinnam. Podanie znieczulenia nie było więc możliwe. Położna podtrzymywała mnie cały czas na duchu, mówiąc: „Pani Alicjo, damy radę”. Podała mi gaz rozweselający i wykorzystała chyba wszystkie inne możliwe środki, aby ulżyć mi w cierpieniu, które jednak nie działały na mnie. Poród nie był łatwy, mam wąską miednicę i mały nie chciał wyjść. Położna miała więc ze mną dużo roboty – uśmiecha się Ala.

Ku jej zdziwieniu, kiedy nie mogła już wytrzymać i po prostu krzyczała, położna nie zganiła jej, a wręcz przeciwnie. – Krzyczałam, a położna mnie do tego namawiała. Mówiła: „proszę oddychać, będzie lepiej, będzie lżej”. I faktycznie, było.
Monika
- Trafiłam na porodówkę i…miałam to szczęście, że trafiłam na położną, którą znam już jakiś czas. Od razu więc zastrzyk pozytywnej energii i myśl „będzie dobrze”. Wiedziałam, że trafiłam na położną, która potrafi słuchać rodzącej i nie próbuje przekonać jej na siłę do swoich racji. Położna słuchała mnie i starała się jak mogła, aby mi pomóc. Jej wsparcie i rady były nieocenione, zwłaszcza w fazie parcia, kiedy walczyłam z ogromnym bólem.

To już trzeci poród Moniki, i drugi w tym szpitalu. Jak przekonuje, nie jest z nią tak źle, bo z każdym kolejnym porodem krzyczy mniej, a duża w tym zasługa położnych. –Położne są stanowcze i bardzo dobrze. Zdarzało się, że gdy czegoś nie robiłam, przywoływały mnie do porządku. I było to bardzo potrzebne, żebym się spięła i dobrze pracowała. Słyszałam: „Bierzemy się w garść, skupisz się i zaraz urodzisz dziecko”, i to naprawdę pomagało – przekonuje Monika.

A znieczulenie? Monika jest zwolenniczką naturalnych porodów, poza tym, na znieczulenie nie było już czasu. Zwraca jednak uwagę, że czasem położne kilka razy dopytują, czy pacjentka na pewno chce je dostać. Dlaczego to robią? – Znieczulenie przedłuża poród, więc gdy położna dopytuje, czy kobieta na pewno jest na nie zdecydowana, to nie wynika to z tego, że nie chce go podać, tylko faktycznie jest tak, że znieczulenie daje tylko chwilową ulgę, a cała akcja porodowa może znacząco się przedłużyć – zdradza Monika.

Patrycja
Jak sama przyznaje, nie chciała rodzić w tym szpitalu. Gdy dowiedziała się, że właśnie tutaj ma zostać przetransportowana i trafić na patologię ciąży, miała łzy w oczach, bo wydawało jej się, że trafi do strasznego miejsca. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. – Od pierwszych chwil, od pierwszego spotkania z lekarzem, z położnymi, wiedziałam, że nie będzie źle. Dziś wiem, że chyba nie mogłabym wymarzyć sobie lepszej opieki. W trudnym dla mnie momencie przekłuwania pęcherza płodowego, położne wykonały kawał dobrej roboty, żeby mnie uspokoić. Naprawdę, chylę czoła.

Patrycja swoje dziecko urodziła poprzez cesarskie cięcie. Nie miała więc szansy współpracować z położnymi podczas porodu. Ale tuż po nim, wydarzyło się coś, co Patrycja wspomina z uśmiechem na ustach. –Jedna z położnych, z własnej inicjatywy, zostawiła mnie dłużej na sali poporodowej. Podarowała mi jeszcze jedną noc bez dziecka, abym po tych wszystkich przeżyciach i trudnych dniach, które przeżyłam na patologii, mogła odpocząć, dojść do siebie i odzyskać siły.
"Każdy ból jest tego wart"
Kiedy patrzę na dziewczyny, na ich twarzach dostrzegam zmęczenie, ale i wielką radość. Kiedy biorą w ramiona dziecko, na ich twarzach pojawia się uśmiech. Przyznają, że poród przyjemny nie jest, jest wręcz przerażająco bolesny, ale dla takich chwil, warto się przemęczyć. – Nie da się uniknąć strachu przed porodem. Poród jest bolesnym i trudnym doświadczeniem. Ale ta męczarnia kiedyś się kończy. I moment, w którym dostajesz dziecko jest niesamowity. W jednej sekundzie ból i wszystkie złe doświadczenia znikają, nie myślisz już o nich. Nagle przychodzi euforia, że na świecie jest już twoje dziecko. Każdy ból jest tego wart – zdradza Monika.
Gdy opuszczam pokój dziewczyn, spotykam położną, która mimo natłoku zajęć zgadza się odpowiedzieć na kilka pytań. Edyta Wiszewska, jak przyznaje, żegna się powoli z pracą położnej, przynajmniej tutaj, w Polsce. – Dość poważnie myślę o emigracji i chyba najtrudniejsze jest dla mnie teraz to, że będę musiała porzucić tę pracę. Pokochałam ją – opowiada. Podkreśla, że gdy tylko zaczyna się akcja porodowa, położna robi wszystko, aby prowadzić taki poród, który najmniej doskwiera kobiecie i dziecku. – Stosujemy różne formy pomocy przeciwbólowej, ale tylko w miarę możliwości. Całkowicie bólu nie da się zniwelować. Wspieramy pacjentki, ale one czasem wcale nie oczekują wsparcia polegającego na tym, że podejdziemy, pogłaszczemy po głowie i powiemy ciepłe słowo. One oczekują konkretów, albo mówią: „zostawcie mnie w spokoju”. Często męża też wypraszają z sali (śmiech).

I dodaje: - Kiedy kobieta trafia na salę porodową, musi nam zaufać. Musimy współpracować. Nie ma miejsca na wstyd, trzeba być szczerym i mówić jak jest. Najbardziej komfortowe są sytuacje, gdy pacjentka do szpitala przyjeżdża wcześniej. Możemy się wówczas poznać i siłą rzeczy zawiązuje się między nami jakaś więź, która pomaga podczas akcji porodowej.

Co powiedziałabyś kobietom, które wizja porodu przeraża? – pytam. –Powiedziałabym, aby za dużo „dobrych rad” nie czytały w internecie. Dobrze jest poradzić się kobiety, która poród ma już za sobą. To naprawdę skarbnica wiedzy. Najlepiej też zasięgać rad od kobiet, które faktycznie dobrze się na tym znają. Przykro mi to mówić, ale nasze babcie znają chyba tylko te starsze metody stosowane podczas porodu. Nie ma się czego bać, ciąża to piękny stan i jeśli tylko nie ma komplikacji, to nic złego się nie dzieje.
Naszą rozmowę przerywa mężczyzna, który przerażony wbiega do dyżurki.

-Moja dziewczyna urodziła. Jechałem całą noc. Gdzie ją znajdę?
-Spokojnie. Proszę podać imię i nazwisko
Mężczyzna podaje i z trudem stoi w miejscu.
-Nie może pan do niej w tej chwili wejść.
-A moja córka?
-Córkę może pan zobaczyć, proszę tylko chociaż zdjąć palto.
I pobiegł zdjąć palto.

Wracamy do rozmowy, a że robi się dość tłoczno, przeczuwam, że musimy powoli kończyć. Kiedy pytam moją rozmówczynię o najmilszą rzecz, która spotkała ją w pracy, uśmiecha się i mówi: - Najbardziej wzrusza mnie, że gdy kończę dyżur, a jestem akurat przy porodzie, który nie wszedł jeszcze w decydującą fazę, pacjentki bardzo żałują, że muszę je opuścić. Jeszcze ostatnio rodzice dziecka, którego poród odbierałam, nie mieli dla niego imienia. A że urodziła się dziewczynka, to chcieli nadać jej moje imię. Odradziłam im to. Co mnie jeszcze wzrusza? To, gdy słyszę: „Jak dobrze, że pani tutaj jest”.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...