5 powodów, dlaczego mój syn nie chodzi do przedszkola

Po każdym spotkaniu z przedszkolakami mój synek ma katar. Podobno pierwsze pół roku w przedszkolu dziecko spędza głównie w domu z powodu ciągłych chorób i przeziębień
Po każdym spotkaniu z przedszkolakami mój synek ma katar. Podobno pierwsze pół roku w przedszkolu dziecko spędza głównie w domu z powodu ciągłych chorób i przeziębień Fot. Leonid Mamchenkov / http://bit.ly/1RfNQvV / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e
Wiele osób ma z tym problem. Komentarze, ocenianie, porównywanie umiejętności dzieci, które do przedszkola chodzą, z tymi, które nie chodzą. Sama staram się nie komentować ludzi i ich wyborów odnośnie posyłania maleńkich dzieci do żłobków i niespełna trzylatków do przedszkola. Ale regularnie słyszę, jak bardzo źle robię, że nie idę zgodnie z nurtem „przedszkolandii”, tylko pod prąd.

1. Choroby

To główny powód, dla którego póki co nie zdecydowaliśmy się Teo posłać do przedszkola. Przykro mi, ale spośród moich przyjaciółek i koleżanek i kolegów oraz sąsiadów, większość dzieci sezon jesienno-zimowy i tak spędza w domu lub co gorsza - w szpitalu. Mamy lub ojcowie biorą zwolnienia lekarskie i zostają z nimi w domach, bo smarki zaczynają się około 5 września i trwają do lutego lub marca. Inni rodzice mają doskonały patent posyłania obsmarkanych dzieci z kaszlem - ba, znam nawet takich, którzy posyłają je w stanie podgorączkowym, bo pracują w korporacjach i nie mogą wziąć zwolnienia - do przedszkola.

Oczywiście zarażają inne dzieci. W związku z czym Antek i Franek chodzili od września łącznie trzy dni do przedszkola, a mała Hania jest non stop zakatarzona, bo starsza siostra przynosi jej wirusy. I niemal po każdym spotkaniu z przedszkolakami, Teodor łapie co najmniej katar. Większość znajomych twierdzi, że: dziecko chodzi trzy dni do przedszkola, po czym choruje dwa do trzech tygodni i podają mu leki, w tym antybiotyki. - W ten sposób wyrabia sobie odporność - słyszę. Z pewnością. Ale zanim sobie ją wyrobi, niewiele z tej edukacji przedszkolnej skorzysta, skoro tak czy siak siedzi w domu. Nie wspominając o odporności, której antybiotyki raczej nie wyrabiają, tylko osłabiają.

2. Zarazki

Nie jestem konwulsyjnym sprzątaczem, pedantką ani osobą cierpiącą na bakteriofobię. Nie mniej, pasożyty u przedszkolaków, którym nikt nie podetrze pupy, ani nie dopilnuje czy umyły ręce po wyjściu z toalety, są według mnie obrzydliwe. Tak, wiem, podobno wszyscy je mamy. Ale ja mojego synka myję za każdym razem, jak się załatwia. Kto go umyje w przedszkolu, albo chociaż podetrze, skoro panie mają trzydzieścioro innych dzieci do zaopiekowania się? Kupa na majtkach lub spodniach jest w standardzie z tego co słyszę od znajomych. - W tym sezonie mamy wszy, owsiki i lambdie - powiedziała mi niedawno koleżanka z innej redakcji. Cudownie. Aż mnie wszystko swędzi!

3. Socjalizacja

- Poślij go do przedszkola, to się nauczy zachowań socjalnych i życia w społeczeństwie. Będzie bardziej towarzyski - słyszę co i rusz. Serio? Teo jest wyjatkowo towarzyski. Niejednokrotnie bardziej niż jego koledzy, którzy do przedszkola chodzą (w przerwach pomiędzy jednym glutem a innym rotawirusem) i raz mają się ochotę bawić, a innym razem trzaskają drzwiami przed nosem, kiedy przychodzimy w odwiedziny.

Mało tego - potrafi dzielić się zabawkami, co się nie wydarza, kiedy odwiedzamy jego koleżanki czy kolegów przedszkolaków, którzy wszystko mu z rąk wyrywają… - Jest indywidualistą, będziecie mieć z nim problem. To przez to, że brakuje mu towarzystwa - kolejny argument, który z łatwością mogę obalić. Przedszkolaki dzielą się, tak jak i nieprzedszkolaki, na indywidualistów i na socjopatów. Teodor widuje się z innymi dziećmi codziennie na placu zabaw i w weekendy, kiedy spotykamy się z przyjaciółmi. Często ci przedszkolni socjopaci mają znacznie mniejszą ochotę do zabawy i wiszą na swoich rodzicach lub krzyczą i wyją, kiedy Teodor próbuje się z nimi bawić. I nie jest to ani wina rodziców, ani przedszkola, ani dzieciaków. Taki wiek.

4. Edukacja

- Jak go nie poślesz do przedszkola, to będzie mieć braki w edukacji - ciekawe, że mówią to rodzice, których dzieci nie da się zrozumieć, bo ledwo kleją zdania i seplenią. Teo dzięki mojej mamie, która z nim codziennie spędza kilka godzin, zna wszystkie ptaki i owady, łącznie z fruczakiem gołąbkiem (ćma, która przypomina z wyglądu kolibra), modliszką zwyczajną i turkuciem podjadkiem. Przez cały letni sezon łapaliśmy je razem do specjalnych pudełek z lupą, obserwowaliśmy i wypuszczaliśmy. Codziennie poznajemy nowe zwierzęta. Czytamy mnóstwo książek i oglądamy filmy, typu Mikrokosmos. Zna również zwierzęta morskie i dinozaury.

Większość sezonu spędza na spacerach, gdzie złakniony wszystkiego co nowe pyta nas o nazwy roślin i owadów - często to my - pomimo ukończenia szkół wyższych - mamy w porównaniu z nim braki… Uczymy go literek i cyferek. Czytamy wiersze. Śpiewamy piosenki. Tańczymy. Rysujemy, bo kolorowanki go nudzą - mnie również! Lepimy z ciastoliny różne stwory. Gotujemy i pieczemy zdrowe rzeczy. Jego zainteresowania są tak szerokie i niesamowite, że obawiam się, że może mieć problem w drugą stronę i nudzić się z rówieśnikami, którzy takich nie wykazują. Już widzę, że chętniej przebywa w towarzystwie starszych dzieci, z którymi może porozmawiać na więcej tematów.

5. Zdolności ruchowe

Teodor nawet przy takiej temperaturze jak dziś spędza na spacerze około dwie do trzech godzin. Nie jest dzieckiem, które siedzi wgapione w bajki na telewizorze czy komputerze lub tablecie (staramy się bardzo kontrolować ilość tego typu bodźców). Wykazuje również zdolności do wspinania się i ma świetną koordynację ruchową. Każdy wolny dzień spędzamy choćby waliło deszczem i piorunami - na spacerach. Albo na pływalni, bo uwielbia pływać. Ani ja, ani mój mąż nie jesteśmy sportowcami, więc nie szalejemy z zapisywaniem go na akrobatykę czy naukę latania na paralotni. Jeszcze ma na to czas. Porównując jego ruchliwość z innymi dziećmi i jego sprawność ze sprawnością kolegów - niczego mu nie brak. Z resztą, ile czasu panie w przedszkolu poświęcają na spacery z dziećmi? Z tego co widzę, raz dziennie na pół godziny wychodzą na plac zabaw. To wszystko.

Podsumowując: sama nie krytykuję czyiś wyborów odnośnie posyłania lub nie dzieci do przedszkola. Zarówno ja, jak i moja młodsza siostra wychowałyśmy się bez przedszkola. Wyrosłyśmy na normalne osoby, bez kłopotów z adaptacją społeczną, braków w edukacji czy motoryce. Obie mówimy wyraźnie i nie miałyśmy problemów z nauką czytania, pisania czy słuchania nauczycielki w zerówce i pierwszej klasie. Dlaczego więc mam wszystkich przepraszać za to, że nie posłałam Teo wcześnie do przedszkola? Jeszcze nie skończył czterech lat. Może zrobię to za pół roku, a może za rok. Zapewniam, że dziecko pod czułą opieką mamy i babci niczego nie traci. Wręcz przeciwnie.

Każde dziecko jest na swój sposób genialne. Moje ma genialne zdolności do zapamiętywania trudnych nazw i pasję do poznawania przyrody. Ale bawi się też klockami Lego, z których buduje dziwne pojazdy kosmiczne i samochodami. Nie zamierzam go trzymać pod kloszem do momentu kiedy uzyska pełnoletniość. I nie twierdzę, że przedszkole jest z gruntu złe. Tak wybrałam i póki co nie żałuję.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...