„Kocham moją córkę nad życie, ale za kolejne dziecko – dziękuję”. Jak macierzyństwo mnie przerosło

Fot. massonforstock / 123RF Zdjęcie Seryjne
Fot. massonforstock / 123RF Zdjęcie Seryjne
Mam na imię Patrycja, pięć lat temu zostałam mamą – po raz pierwszy i zapewne ostatni. Więcej dzieci niestety nie planuję. Nie dlatego, że mam kiepską sytuację finansową, jestem chora czy zbyt leniwa. Macierzyństwo po prostu kompletnie mnie przerosło – wiem to i czuję każdym centymetrem ciała. Nie jestem taka, jaka miałam być, mówię to, czego nigdy nie chciałam mówić. Codziennie na oczach córki rozgrywa się mój dramat. Kolejnego na pewno nie uniosę.

Akt 1 – W moich piersiach naprawdę nie ma mleka

Jest czerwiec 2010 roku, za trzy miesiące urodzi się Basieńka. Stoję przed lustrem i oglądam swoje piersi. Są duże – myślę – więc na pewno będą miały mnóstwo mleka. W komodzie czekają staniki dla karmiących, wkładek laktacyjnych też mam niezły zapas. Przyjaciółka radzi, żeby kupić laktator i butelkę, na wszelki wypadek. Żadnego wypadku nie biorę pod uwagę. Będę matką, więc będę karmić naturalnie.



Trzy miesiące później siedzę w fotelu i tępo patrzę w ścianę. Mała śpi w łóżeczku i nareszcie nie płacze, bo poddałam się i nakarmiłam ją sztucznym mlekiem. Położna powiedziała, że mam „oporne” piersi – zupełnie zapomniały, do czego je stworzono. Mam dużo pić, jak najczęściej przystawiać, nie stresować się i cierpliwie czekać. A nuż coś porządnie ruszy. W nosie mam cierpliwość, gdy moje dziecko jest głodne, a ja nie mogę dać mu tego, co daje każda mama. Czuję, że zaraz zacznę krzyczeć.

Po dwóch miesiącach poddaję się ostatecznie. Basia nie chce ssać, bo mam za mało mleka, mam za mało mleka, bo Basia nie chce ssać. W przychodni pediatra patrzy na mnie spod byka i prawie wyzywa od wyrodnych matek. „Czy pani całkiem zgłupiała? Czy pani nie wie, ile znaczy naturalny pokarm?”. Wiem, wiem, pani doktor, rozumiem doskonale, ale w moich piersiach naprawdę nie ma mleka. Jaka matka, takie piersi. Dłużej nie dam rady.

Akt 2 – A pani tu po co? Przecież wczoraj byłyście do kontroli!

Basia leży w łóżeczku rozpalona, pierwszy raz ma ponad 39 stopni. Trzęsącą się ręką odkładam termometr i biegnę po lek na gorączkę. Trzy razy dokładnie sprawdzam dawkowanie, a potem ciągle napełniam i opróżniam strzykawkę. Zupełnie jak w „Dniu świra” – mówię głośno do siebie. Muszę być jednak pewna, że mała dostanie odpowiednią ilość. Po 5 minutach znów mierzę gorączkę. Termometr niestety ani drgnie. Ledwo żywa wybieram numer przychodni. Pielęgniarka uprzejmie mnie informuje, że lek tak szybko nie działa, że trzeba trochę poczekać. Jak to czekać? Mam spokojnie patrzeć, jak moje dziecko umiera?

Później jest już tylko gorzej. Gdy Basia zaczyna chodzić do przedszkola, na punkcie jej chorób mam niemal obsesję. Codziennie pytam, czy boli ją gardło, gdy lekko zakaszle, natychmiast biegnę z syropem. Znienacka przykładam usta do jej czoła, by się upewnić, że nie ma gorączki. W nocy często się budzę i słucham, jak oddycha. Gdy się poruszy czy nie daj Boże zapłacze, od razu pytam, czy wszystko w porządku. Basia automatycznie kiwa głową, że tak. Choć wiem, że to bez sensu, nie umiem się opanować – tak bardzo się o nią boję.

W przychodni znają mnie wszyscy pediatrzy, za plecami szepczą, że jestem przewrażliwiona. Wcale im się nie dziwię, sama tak uważam. Gdy Basia jest chora, po kilka razy biegam z nią do kontroli. Bo antybiotyk nie działa, bo kaszel ciągle jest mokry, bo dziwnie pociąga nosem. Jak tak dalej pójdzie, zwariuję, zanim mała dorośnie.

Akt 3 – Kochanie, dlaczego znów nie zjadłaś?

Jedziemy na wakacje. Basieńka siedzi w foteliku i wesoło trajkocze, ja nerwowo spoglądam na zegarek. Jest 10.00, a ona dzisiaj jeszcze nic nie zjadła, wypiła tylko pół kubka kakao. - Chcesz kanapeczkę? – pytam z nadzieją. – Zobacz, jaką pyszną zrobiłam. Basia odwraca ode mnie głowę, jakby wcale mnie nie słyszała. - To może rogalika? – nie daję za wygraną. – Kupiłam z tym nadzieniem, które tak lubisz. Koniec końców wciskam w nią paczkę herbatników, dobrze, że chociaż na nie ma ochotę. Czytałam, że śniadanie jest bardzo ważne, że każda mama powinna o nie dbać. Chcę być dobrą mamą, dlatego nie pozwolę, by Basia chodziła głodna.

Mąż zupełnie mnie nie rozumie, zarzuca, że jedzeniem maltretuję dziecko. Po cichu nazywa mnie kuchenną terrorystką. On nie wie, że z głodu można dostać anemii, gruźlicy i licho wie czego. Ja wiem, bo widziałam program w telewizji. Nie odpuszczam, nawet gdy mała jest chora. Gotuję rosołki, przecieram owoce, biegnę po rybę na koniec miasta. Basia za każdym razem mocno zaciska usta i mówi, że boli ją, kiedy przełyka. Do mnie to jednak zupełnie nie dociera: - No spróbuj, kochanie, za mamę, za tatę, za babcię.

Akt 4 – Zobaczysz, przyjdzie do ciebie Dziad!

Basia jest czasem bardzo niesforna: nie słucha, pyskuje, wpada w histerię. Próbuję z nią wtedy spokojnie rozmawiać, tłumaczę, że tak nie wolno. Zwykle pomaga, ale tylko na chwilę. Gdy już kompletnie sobie nie radzę, z pomocą przychodzi Dziad. Jest wielki, brudny i mała go nie lubi, choć przecież istnieje tylko w wyobraźni. Chodzi po klatce schodowej, puka do drzwi i głośno pyta: „A gdzie jest ta niegrzeczna dziewczynka?”.

Pewnego dnia na dworcu podchodzi do nas bezdomny i zachrypniętym głosem prosi o parę groszy. Basia staje osłupiała, robi wielkie oczy i zaczyna płakać. „To jest ten wielki Dziad, mamusiu? To on do nas przyjdzie, jak będę niegrzeczna, i mnie od ciebie zabierze?”. Dopiero wtedy dociera do mnie, że to, co robię, jest chore. Wiem, że muszę z tym jak najszybciej skończyć, czuję jednak, że mi się nie uda. On ma cudowną moc, ja tej mocy niestety nie mam.
Wieczorem długo nie mogę zasnąć, po cichu płaczę w poduszkę. Jestem matką zarazą, matką bez autorytetu, matką, która wysługuje się Dziadem.

Akt 5 – Za to, co powiedziałaś, obrażam się na śmierć

Nieraz słyszę od Basi, że dzisiaj mnie nie lubi i woli zasypiać z tatą. Wychodzę wtedy z pokoju obrażona, siadam w fotelu i się wyłączam. Nie reaguję, gdy do mnie mówi, nie zwracam uwagi, gdy szarpie mnie za rękę. Chciałaś, to masz – myślę sobie – przekonaj się, jakie to „przyjemne”.

Podobno Basia tak samo jak ja zachowuje się w przedszkolu. Gdy tylko coś jest nie tak, siada w kącie i się obraża. „Coś trzeba z tym zrobić – mówi nauczycielka. – Potem niestety będzie coraz gorzej”. Kochana moja, mnie tego dwa razy nie musisz powtarzać. Tylko jak wytłumaczyć Basi, że to, co robi, jest złe, skoro sama nie umiem nad tym zapanować?

Pewnie patrzysz na Patrycję jak na wyrodną matkę. Nie mam o to do Ciebie pretensji, masz pełne prawo. Jeśli jednak widzisz w niej cząstkę siebie, nie stój tak, tylko zacznij z tym walczyć. Spróbujesz? Będę za Ciebie trzymała kciuki!

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...