Dziecko do szkoły, matka - w płacz. Dlaczego dziś edukację przedstawiamy naszym dzieciom jako przykry obowiązek?

Fot. [urlhttps://pixabay.com/en/children-kids-play-path-sweet-839789/]Unsplash[/url] / [url=https://pixabay.com/service/terms/#usage]CC0 Public Domain[/url]
Fot. [urlhttps://pixabay.com/en/children-kids-play-path-sweet-839789/]Unsplash[/url] / CC0 Public Domain
Łzy matki i lament, że czas już wysłać swoje maleństwo do „złej” szkoły mają negatywny wpływ na odbiór edukacji przez same dzieci. Co się z nami stało, że się tak zachowujemy? Dlaczego to robimy własnym córkom i synom zamiast być dla nich wsparciem? Zamiast łez psycholodzy polecają wsparcie i wytłumaczenie na czym polegają szkolne obowiązki. Edukacja to nie kara, lecz przywilej, który niestety w wielu krajach na świecie nie ma miejsca.

-Od dwóch tygodni płaczę. Bo Jaś jutro idzie po raz pierwszy do szkoły - powiedziała moja załamana koleżanka przez telefon. - To przestań płakać, bo Jaś pomyśli, że szkoła to jakaś trauma i nie będzie chciał do niej chodzić - odpowiedziałam. Kiedy Kasia rozwinęła myśl, okazało się, że nie chodzi jej o to, że szkoła sama w sobie jest zła, ale złe jest to, że jej maleństwo musi tam chodzić, zamiast bawić się na podwórku czy układać klocki. Ale nie z Kasią, która pracuje w korporacji od 9 do 18, tylko z opiekunką, która odbiera go z przedszkola.

Czy naprawdę to lepszy pomysł niż fakt, że w szkole ma mnóstwo zajęć, ruchu i kolegów, z którymi może się bawić i poznawać. Poza tym, to najlepszy pomysł na intelektualny i społeczny rozwój dziecka. Lepszy niż siedzenie w domu przed komputerem. Czy naprawdę jako matki nie możemy tego pojąć? A może jak sama będę miała wysłać mojego 3,5 latka za kilka lat do szkoły - też będę rozpaczać?
dr Paulina Sobiczewska – psycholog Uniwersytet SWPS, kierownik SWPS Training

Jeśli nasze dziecko idzie do szkoły po raz pierwszy warto pamiętać, że jest to dla niego zupełnie nowa sytuacja, musimy więc zrobić wszystko, by je z nią oswoić. Mimo iż jego lęki mogą wydawać się z perspektywy dorosłego nieco błahe, nie bagatelizujmy ich.

Opowiedzmy o nowych obowiązkach – chodzeniu na zajęcia czy odrabianiu lekcji tak, żeby miało poczucie kontroli nad nieznaną sytuacją. Zapoznajmy dziecko z planem dnia – opiszmy kolejne kroki i przedstawmy, czego może się spodziewać w nowym otoczeniu.

Dobrym pomysłem może być pokazanie budynku szkoły jeszcze przed pierwszymi zajęciami, wyjaśnienie, jak dokładnie będą wyglądać zajęcia, ile będą trwały, jak należy się podczas nich zachowywać i dlaczego to takie ważne, żeby w nich uczestniczyć.

Cudowne lata
Póki co mojemu Teodorowi wbijam do głowy, że szkoła jest piękna. Że to wspaniały czas, kiedy można uczyć się ciekawostek. Opowiadam mu o biologii i chemii, które go póki co niezwykle interesują. O zajęciach z w-fu, podczas których będzie mógł biegać i grać w piłkę i rywalizować z innymi chłopakami.

Zarażam go tym bakcylem, którym zaraziła mnie moja mama. Najwspanialsza i najmądrzejsza matka, jaką znam. Nigdy nie wprowadziła mnie ani mojej młodszej siostry w traumę, że trzeba pisać sprawdziany, odrabiać lekcje czy chodzić do szkoły. Do dziś pamiętam jak pakowałyśmy razem szkolną wyprawkę. Kiedy nie było jeszcze okładek na książki i zeszyty, robiłyśmy z mamą i siostrą okładki z papierów do prezentów czy ścinek ze starej tapety. Pamiętam zapach nowego piórnika, kredek świecowych, plasteliny i gumki do mazania. Kochałam przybory szkolne i kocham do dziś.


Mama pomagała nam w nauce rysowania szlaczków czy stawiania pierwszych literek. Nauczycieli miałyśmy dobrych. Nikt nas nie bił wskaźnikiem po rękach, nie krzyczał, ani nie stawiał do kąta. Ale i ja i moja młodsza siostra lubiłyśmy się uczyć, a nauka nam przychodziła jak oddychanie - niezwykle łatwo. Na długiej przerwie dzieciaki z mojej i Nati klasy wpadały do mnie lub mojej babci do domu na drożdżowe rogaliki z konfiturą z wiśni lub na tosty z serem, które nauczyłam się robić sama. Mieszkałyśmy blisko szkoły, więc zapraszałyśmy swoich pierwszych przyjaciół do domu.

Bawiliśmy się do wieczora na podwórku, ale pamiętałyśmy o odrabianiu lekcji. Przypominała nam z restza o tym mama. Chodziłyśmy trzy razy w tygodniu na zajęcia do teatru muzycznego, gdzie tańczyłyśmy, śpiewałyśmy i ćwiczyłyśmy. I na to znalazł się czas. Ale to fakt, że nie było wtedy smartfonów, internetu i całej reszty współczesnych pokus, które w moim przekonaniu odbierają dzieciom dzieciństwo.

Dobre towarzystwo - to była podstawa. Miałam wspaniałą klasę, z którą mam kontakt do dziś. Dlatego pierwszy września kojarzył się zarówno moim przyjaciołom jak i mnie samej z powrotem do domu rodzinnego. Z przyjemnością, zabawą, szaleństwem, beztroską. Owszem, były smutniejsze momenty, bo w naszej szkole było dużo biednych dzieci z ubogiej dzielnicy. Ale zawsze nasi rodzice dbali o to, żeby te dzieci jeździły z nami na wycieczki, miały się w co ubrać i z czego uczyć. Dzieliliśmy się z nimi i to było dla nas normalne. Traumy? Bardziej związane były z dorastaniem, pierwszymi miłościami i trądzikiem niż złymi nauczycielami czy dyscypliną. A nie chodziłam do szkoły prywatnej, tylko do najstarszej podstawówki państwowej w Toruniu.

Jedyną heterą i koszmarem dla osób, które miały problemy z zapamiętywaniem tablicy Mendelejewa była pani od chemii. Ale to jej zawdzięczałyśmy z moją przyjaciółką późniejsze nicnierobienie w liceum. Tak nas chemii nauczyła, że byłyśmy najlepsze w szkole. Ale na murach naszej SP 6 widniał napis z jej nazwiskiem i słynne K... to k….!
Pamiętne powroty
Do mojej podstawówki wracałam z wakacji pełna ekscytacji. Radosna, stęskniona i ciekawa. Nigdy nie zapomnę powrotu z wakacji pomiędzy 7 a 8 klasą. W czerwcu żegnałam się z kolegami jako najwyższa osoba w całej klasie. A pierwszego września czterech moich kolegów - oczywiście koszykarzy - przerosło mnie o głowę. To był szok! I ogromna radość, że nie jestem wreszcie najwyższa. Chłopcom po powrocie zmieniał się głos, niektórzy strasznie wychudli, za to dziewczynom urosły biusty i zaokrągliły się biodra. To był najlepszy rok w szkole, bo wiedzieliśmy, że ostatni. Że każdy pójdzie już w inną stronę.

Nasza zgrana paczka wspierała się i wariowała razem na przerwach. Do szkoły chodziło się dla towarzystwa i zabawy, a nie pod przymusem. Sprytni i leniwi potrafili się prześlizgiwać się z klasówki na klasówkę. Kujony były kujonami i jak nauczyły się czegoś na pamięć - to dostawały piątki, a jak miały pomyśleć same - niestety były dwóje i łzy. Kilku nauczycieli zrezygnowało z uczenia mojej klasy religii i angielskiego, ponieważ 33 osoby były tak zgrane i dobrze się bawiły, że nie byli w stanie nad nami zapanować. Za to do liceum dostali się wszyscy, którzy zdawali.

Nie pamiętam, żeby ktokolwiek z mojej klasy, chociażby z puli tych z dwójami i trójami płakał z powodu powrotu do szkoły. Raczej wszyscy byli równo podekscytowani. Ale też nikt nie zastanawiał się wówczas nad alternatywą. Indywidualny tok nauczania? Edukacja w domu? Nie było takich tematów. Szkoła zapełniała czas i umysły. W szkole uczyliśmy się pierwszych kontaktów z drugim człowiekiem, który nie jest rodziną. Niektóre momenty bywały trudne i sama pamiętam kilka łez wylanych przez wrednych rówieśników. Ale w gruncie rzeczy głównie pamiętam, że się dużo śmiałam. Raz nawet miałam oberwać od starszej koleżanki za to, że się za dużo uśmiecham i to ją drażniło…
dr Paulina Sobiczewska – psycholog Uniwersytet SWPS, kierownik SWPS Training

Jeśli dziecko niechętnie wraca do szkoły po wakacjach, spróbujmy dowiedzieć się co jest prawdziwym powodem. Być może źródło napięcia nie jest związane z samą szkołą, ale ze złymi relacjami z kolegami lub nauczycielami. Pamiętajmy, że wiek szkolny to okres, w którym człowiek szuka akceptacji, szczególnie ze strony rówieśników.

Spróbujmy porozmawiać z dzieckiem i postarać się zrozumieć jego podejście do sytuacji. Możemy podsunąć mu kilka dobrych rad, ale pamiętajmy, że problem należy rozwiązywać razem z nim, a nie zamiast.

W ciągu 2 miesięcy wakacji dziecko zdążyło przyzwyczaić się do odpoczynku, w szkole natomiast ma do wykonania trudne zadania, z których musi się wywiązać. Dlatego często buntuje się przed powrotem do nauki. To naturalna reakcja – dorośli również często nie mają ochoty wracać do pracy po urlopie.

Nauka i zabawa
Patrząc z dystansu na edukację wczoraj i dziś, mam wrażenie, że różnica jest kolosalna. Być może dlatego, że wtedy 20-kilka lat temu nie mieliśmy gier, komputerów i smartfonów, tylko siebie. Dzieliliśmy więc czas na zabawę i naukę. Jak na lekcje i przerwy. Większość czasu spędzaliśmy na powietrzu, zamiast przed komputerem czy telewizorem. A rodzice nam wbijali do głowy, żeby odrabiać lekcje, pisać wypracowania i uczyć się do sprawdzianów. Z tym, że rodzice wracali do domów koło 16-stej a nie 19-stej. I kiedy wołali: do domu, to szło się do domu. Jasne, że znałam kilku leserów, którzy przez całą szkołę nie odrabiali lekcji, ani nie przeczytali jednej lektury. Ale nie byli ambitni i do dziś nie są. A ich rodzice w domu bywali okazjonalnie i nikt nad nimi nie miał kontroli.

Osoby, które miały problemy z nauką trafiały do specjalnych klas wyrównawczych, gdzie nauczyciele tłumaczyli wszystko krok po kroku i gdzie można było się podciągnąć w nauce. Może nauczyciele byli wówczas z powołania? Albo trafiłam do jakiejś superpodstawówki,w której personelowi zależało na wykształceniu biednych dzieciaków i tych średnio zamożnych z betonowych bloków.

Organizowali nam zawody sportowe, dyskoteki i olimpiady. Prowadzili po godzinach kółka zainteresowań i specjalne zajęcia sportowe. Wszystko za darmo i dla każdego, kto tylko był chętny. Jak to wygląda dziś - wiem jedynie ze słyszenia od koleżanek, które mają starsze niż ja dzieci. A także od mojej siostry licealistki. I wiem, że dziś wygląda to nieco inaczej. Że wybór szkoły jest niezwykle istotny. Że nauczyciel nauczycielowi nierówny i niektórym wyjątkowo nie zależy na edukacji, tylko na przedstawieniu programu.

Wiem też, że dzieci są okrutne i rozpuszczone. Że ważniejszy dla nich jest dziś wygląd i posiadane przedmioty, niż dobra zabawa czy ciekawość świata (oczywiście nie dla wszystkich!). Przeraża mnie kiedy słyszę od siostry i jej koleżanek, że nie zależy im na edukacji, tylko na karierze. A karierę dziś robią Miley Cyrus i Jessica Mercedes, które intelektem do niej raczej nie doszły. Mając takie wzorce, nie ma się co dziwić...
dr Paulina Sobiczewska – psycholog Uniwersytet SWPS, kierownik SWPS Training

Jeśli dziecko ma trudności jedynie z powrotem do codziennej rutyny pełnej nauki i pracy, postarajmy się wprowadzać zmiany możliwie jak najłagodniej. Na początku roku szkolnego nie powinniśmy wymagać od uczniów 100 proc. wydajności – w tym czasie można pozwolić im na nieco więcej swobody. Przedstawiajmy naukę jako ekscytującą przygodę, a nie przykry i straszny obowiązek.

Słyszę też o absurdach edukacji związanych z wprowadzeniem gimnazjum, problemami przystosowawczymi młodzieży i dziwnym programem. O wykładaniu jednych przedmiotów na poziomie akademickim, a innych poniżej poziomu krytyki. O nauczycielach, którzy pracują tylko dlatego, że dyrektor jest ich kumplem, a nie lubią młodzieży i mają problem z panowaniem nad emocjami. I o rodzicach, którym się najzwyczajniej w świecie nie chce walczyć o dobro dzieci. Dla których ważniejsza jest dziś spłata kredytu i prezentacja na kolejny miesiąc niż to czy syn dostał niesłusznie pałę z historii.
U mojej siostry w jej byłej szkole w ciągu semestru odeszło 10 dzieci z powodu pani od matematyki i pana od historii. Szkoła nie zareagowała. Tak, jakby się nic nie stało. Ale może to rodzice powinni byli wyjaśnić dlaczego zabierają z niej swoje dzieci?

Pytajmy się więc i obserwujmy czy nasze dzieci dobrze się czują w danej klasie i danej placówce. Rozmawiajmy z nimi i poświęcajmy im czas. Wykazujmy zainteresowanie ich wynikami i wiedzą. Jeśli będziemy zorientowani, jak się czują i co sie dzieje w ich szkole, łatwiej nam będzie zrozumieć ich niepowodzenia czy niechęć do szkoły. Zamiast przedstawiać szkołę jako miejsce grozy, warto ją z tego odczarować. A może wtedy dzieciaki znajdą w niej coś więcej niż tylko przymus i strata czasu.
Trwa ładowanie komentarzy...