Wakacje nie są urlopem od wychowywania! Mądrze wykorzystaj czas spędzony z dzieckiem

Fot. Pixabay / [url=https://pixabay.com/pl/dziecko-%C5%82%C3%B3d%C5%BA-morze-samodzielnie-850509/]Mojpe[/url] / [url=https://pixabay.com/pl/service/terms/#usage]CC0 Public Domain[/url]
Fot. Pixabay / Mojpe / CC0 Public Domain
Wyjeżdżamy na wakacje. Już w drodze siedmioletnia Córka pyta mnie, czy na miejscu będzie ktoś, z kim będzie można się bawić. – „Na pewno – odpowiadam – Szybko znajdziesz koleżankę, wesoło spędzicie ten czas.” Rzeczywiście, już podczas pierwszego posiłku podbiega do nas wesoły trzylatek. Koleżanek jak na lekarstwo, ale w kolegach mona przebierać. – „Potsebuje dziewcyny! – oznajmia radośnie – telas!”.

Różnica wieku nie ma znaczenia, dzieci bawią się zgodnie na specjalnie wyznaczonym terenie i wspólnie przygotowują plastikowego kurczaka w plastikowych warzywach na plastikowej kuchence, która wygląda jak najprawdziwsza kuchnia z programu kulinarnego w telewizji. Kiedy już wydaje się, że nic nie przerwie tej sielanki, na scenę wkracza ON, czyli malutki braciszek mojej córki. I zaczynają się problemy.

Trzylatek popycha malucha i najwyraźniej chce go odsunąć od zabawy. – „Bo on nam pseskadza” – argumentuje niegłupio i podnosi na mojego synka rękę. Rodzice reagują natychmiast. I tu, miłe zaskoczenie. Nikt na nikogo nie krzyczy, nie „wyprowadza za karę” strofując na głos. Z winowajcą zostaje przeprowadzona spokojna i rzeczowa rozmowa. O tym, (tłumacząc „na nasze”) że uderzyć nie wolno nikogo, o tym, że najmłodszy uczestnik zabawy nie chce jej zepsuć, lecz jest jeszcze mały i wymaga nieco więcej cierpliwości, o tym wreszcie, że gwarancją udanej zabawy jest wzajemna życzliwość i dobre nastawienie...

Gdy znajdujemy chwilę, mama trzylatka opisuje mi jego problem: jest bardzo zazdrosny o starszego brata, chciałby i tutaj, dla nowej koleżanki być jedynym, najważniejszym towarzyszem zabaw. W przedszkolu zdarzają mu się podobne zachowania. Dzięki tej rozmowie, zaczynam lepiej rozumieć emocje chłopca, wiem już trochę „ jak go podejść” kiedy znów zachowa się nieodpowiednio. I rzecz jasna, takie sytuacje podczas wspólnej zabawy nadal się zdarzają. Rodzice trzylatka nie oburzają się, gdy to ja „przejmuję pałeczkę” i rozmawiam z ich synem. Spokojnie obserwują rozwój wydarzeń. Wszyscy dowiadujemy się czegoś o naszych dzieciach, wyciągamy wnioski „na przyszłość”. Mamy poczucie, że szukamy konkretnych odpowiedzi dla naszych wychowawczych dylematów.

Wybieramy się na wycieczkę. W grupie jest czwórka dzieci, w wieku od siedmiu do 14 lat. Pani przewodnik stara się zainteresować je różnymi przyrodniczymi kwestiami i świetnie jej się to udaje. Tu nie ma konfliktów. Dzieci zgodnie przekazują sobie lupę, by lepiej dostrzec larwę motyla na liściu, pomagają najmłodszym przedostać się na drugą stronę górskiej scieżki... Dorośli podpowiadają im niektóre zachowania, zwracają uwagę na to, kiedy trzeba pomóc, starają się by każde dziecko skorzystało z lekcji przyrody. Chyba każdy czuje się „opiekunem”, trochę jak w grupie kolonijnej, tylko takiej, w której naprawdę się bardzo dba o uczestników obozu.

Dlaczego o tym piszę? Bo dotąd wracałam z urlopu z odmienną refleksją. Miałam wrażenie, że większość rodziców jedzie na wakacje z dziećmi z zamierzeniem, by jak najszybciej oddać je pod opiekę animatora lub znaleźć im rówieśników do zabawy i zyskać upragniony „święty spokój”. W efekcie dzieci, puszczone samopas, co jakiś czas przybiegały do nich „na skargę”, aż w końcu wydarzyło się neuniknione. Zniecieprliwieni rodzice w przypływie czy to macierzyńskiej miłości, czy poczucia „krzywdzą moje” weszli, delikatnie mówiąc w sytuację konfliktową z rodzicami największego awanturnika. I wspomnienia z wakacji wzbogacily się niejednokrotnie o pyskówki tatusia, a w skrajnych przypadkach (znam taki jeden) bijatykę między mamusiami...

Pewnie zaraz powiecie: „Takie było moje dzieciństwo i wyszedłem na ludzi” (nie mówimy o pyskówkach i bijatykach, lecz o puszczaniu dzieci zupełnie "samopas" )... Zgoda. Tylko może, czasy były troszkę inne, spokojniejsze, a nasza wiedza o wychowaniu i dzieciach mniejsza.

Bo czy od wychowywania możemy sobie, my rodzice, zrobić wakacje? Przecież wspólny wyjazd z dzieckiem, obserwowanie, jak funkcjonuje ono w grupie, w jaki sposób rozwiązuje pierwsze sytuacje konfliktowe, radzi (bądź nie) ze skrajnymi emocjami w to dla nas bardzo dobra okazja, by je jeszcze lepiej poznać i mądrze pokierować jego rozwojem społecznym, a w razie potrzeby – wyłapać to, co może wzbudzić niepokój. Czy w ciągu roku, masz na to aż tyle czasu?

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...