Największą krzywdę rodzącym kobietom robią media. Afery o znieczulenie porodu, to nakręcanie spirali lęku

Fot. Flickr/[url=https://www.flickr.com/photos/icanchangethisright/6019730837/]Bradley Gordon[/url] / [url=http://bit.ly/mamadu]CC BY[/url]
Fot. Flickr/Bradley Gordon / CC BY
Internet huczy od dyskusji na temat darmowego znieczulenia porodu. Choć dyskusja, to słowo mocno na wyrost. Wirtualny szturm kobiet, mężczyzn i osób publicznych na medyków i polityków. Pospolite ruszenie. Nikt nas Polaków nie będzie robił "w wała" przecież, jak za darmo, to się należy! I nikt zabrać nie może?

Ale czy rzeczywiście o to w tym wszystkim chodzi?



Najpierw były fajerwerki, bo znieczulenie będzie za darmo. Potem piana na ustach narodu, bo to na pewno kiełbasa wyborcza... Tyle, że to dość mocno przeterminowana kiełbasa, a nawet kaszanka. Bo już w 2010 roku Ministerstwo Zdrowia wydało oświadczenie na temat zewnątrzoponowego znieczulenia porodu, w którym jasno opisuje, że jest to świadczenie w ramach umowy z NFZ. No cóż, nawet nikt specjalnie się nie przejął lekko już przetrawioną obietnicą, bo najważniejszy jest efekt. Będzie za darmo (tak jak było ;) ). Boje były uzasadnione, bo wcześniej NFZ nie dokładał dodatkowych pieniędzy za poród all inclusive. Od 1 lipca 2015 każda placówka, która ów zabieg wykona ma dostać ekstra 416 zł (co i tak jest kwotą niedoszacowaną).

Parę dni temu resort zdrowia popełnił, przynajmniej zdaniem społeczeństwa, kolejny śmiertelny błąd i żarty się skończyły! I w sumie można by zrozumieć ożywioną reakcję kobiet, które poczuły się potraktowane zdawkowo, ale fala oburzenia którą wygenerowały media, jest już dla mnie niepojęta.

Największym rozsądkiem wykazała się stacja TVN24, która wyemitowała materiał pokazujący obie strony medalu. Z jednej strony martwe przepisy, z drugiej wielkie oczekiwania. Okazuje się bowiem (choć osobiście uważam, że to absolutnie żadna nowość), że czasem na drodze do darmowego i bezbolesnego porodu stoi proza życia. Albo szpital nie dysponuje akurat anestezjologiem, albo jest on na zabiegu, po dyżurze. To jednak ma mało wspólnego z kwestią płatne czy bezpłatne. 10 lat temu, gdy za farmakologiczne łagodzenie bólu porodowego można było śmiało zainkasować 700-1000 zł od głowy, zdarzało się to samo. I zawsze zdarzyć się może.

Bo gdy lekarz staje przed decyzją czy iść na nagły zabieg na salę operacyjną, czy znieczulić ból u zdrowej rodzącej, nie musi się długo zastanawiać. I chyba nikt z nas nie chciałby, żeby było inaczej. I musimy zawsze liczyć się z tym, że są takie sytuacje. Nawet jeśli szpital zatrudni dodatkowego anestezjologa, który będzie zajmował się tylko znieczulaniem porodów, nikt nie da gwarancji, że akurat "coś" się nie wydarzy, gdy będzie twoja kolej (a może, któraś ze znieczulanych pań będzie wymagała właśnie poważniejszej interwencji medycznej).
Ale każdy skupił się na tym, że to zapewne wymyślny fortel, aby oszukać, aby biedne kobiety cierpiały. Nie jest tak. Anestezjolodzy na widok rodzącej nie chowają się do szafy, byle tylko nie podać jej leku. Szpitale często nie mają dodatkowych funduszy, ale i tak kombinują jak koń pod górę, żeby ludzi leczyć i ratować, a NFZ gdyby tylko miał pośladki, z pewnością by je na nich wypiął.

Pewnie zdarzy się jedne i drugi doktor Iksiński, który uzna to za nie swoje zmartwienie, ale to nie jest reguła, tylko przykry wyjątek.

Słowa, że to lekarz będzie decydował o podaniu lub nie znieczulenia zewnątrzoponowego zatrzęsły całą Polską. Gazeta.pl opublikowała dramatyczny artykuł pt.: „"Przed amputacją też proponuję rozmowę z psychologiem". Oburzenie po słowach wiceministra, MZ odpowiada", w którym prezentuje oburzenie internautów na wypowiedzi wiceministra zdrowia Cezarego Cieślukowskiego. Całość doprawiona dość ckliwym filmem, w którym to panowie bronią kobiety przed urzędnikiem-sadystą.
I znów okazuje się, że większość czytelników i komentatorów skupia się jedynie na wytłuszczonym sloganie, komunikacie "Ktoś inny powie ci, czy cię boli czy nie", zamiast na faktycznym uzasadnieniu pewnych zapisów – "to lekarz, a nie pacjent decyduje o sposobie leczenia". Gdyby pacjent mógł sam się leczyć i posiadał ku temu niezbędną wiedzę, nie potrzebowałby lekarza. Ale to, że to wykwalifikowany specjalistą zajmie się swoją praca tak, aby nie narażać życia i zdrowia mamy i jej dziecka, nie jest już tak atrakcyjne, prawda? Nic w tym odkrywczego, żadnej teorii spiskowej.

Media żyją z nagłówków, wszyscy to wiemy. Jednak dlaczego w tej sprawie tak bardzo nam – kobietom – to szkodzi?

O tym, jak znieczulenie po polsku krzywdzi kobiety na salach porodowych

Na chwilę obecną wszyscy tak mocno wzięli się za promowanie porodu ze znieczuleniem – jako oznaki cywilizacji, że większość kobiet przyjeżdża na izbę porodową z emocjonalnym transparentem "chcę znieczulenie!!!". Ba! większość ciężarnych jest przekonanych, że będzie i chce rodzić ze znieczuleniem, choć nie mogą mieć jeszcze żadnego pojęcia, czy faktycznie będą odczuwały taką potrzebę i jak wygląda poród. Zamiast widzieć w tym możliwość, widzimy tylko konieczność, a może nawet warunek?

ZZO stało się symbolem godnego porodu, ten "na żywca" należy do kazuistyki. Kobieta, która urodziła bez farmakologii wymaga naszej litości, troski lub budzi zdziwienie. "Jak to, chcesz (świadomie) odczuwać ból?", "biedactwo, nie złapałaś się?".

To nasza – mediów – wina. Jedyne co przyszła matka może odczuć przed porodem szukając informacji, to to, że wszyscy chcą jej cierpienia, wszyscy próbują ją oszukać, ale ona ma się nie dać i za wszelką cenę walczyć o to co jej się za darmo należy.

W efekcie, gdy okazuje się, że nastawiona i zdeterminowana kobieta nie może tego dostać – nie po złości, tylko dlatego, że z punktu widzenia jej (i dziecka) bezpieczeństwa jest to niemożliwe – zaczyna się prawdziwy dramat. Bo kobieta podczas porodu, jest istotą bardzo emocjonalną. Gdy któraś część planu bierze w łeb, koło lęku i bólu tylko się potęguje, aż w końcu zamyka.

I wiceminister swoim "psychologiem" żadnej Ameryki nie odkrył, bo ojcem psychoprofilaktyki był śp. prof Fijałkowski. Prekursor polskiego modelu szkoły rodzenia, wybitny ginekolog-położnik.

Nieznane rodzi strach. Miałam rodzić ze znieczuleniem i co teraz? Nagle okazało się:
– że nie można jeszcze podać znieczulenia, bo jest za wcześnie
– że nie można już podać znieczulenia, bo jest za późno
– że nie będzie następnej dawki
– że trzeba zaczekać, bo za ścianą ucichło nagle KTG i wszyscy pędzą na blok operacyjny
– że nie da się założyć znieczulenia
– że poszło za szybko...

... wymieniać można bez końca. Bo w życiu już tak jest, że zdarzyć może się wszystko.

Dlatego apeluję do wszystkich kobiet i mężczyzn, zamiast karmić się nagłówkami "należy mi się", "po co cierpieć, to nie średniowiecze", "uważaj, bo będą cię chcieli oszukać", "mamy XXI wiek znieczulenie to standard!" – zacznijmy przygotowanie do ciąży i porodu od innych haseł.

Na początek może wystarczy: "Mamy XXI wiek, fajnie, że jest możliwość wyboru. Gdy będę tego potrzebować, gdy zawiodą mnie inne sposoby, zawsze mogę poprosić o pomoc". Bo sposobów jest naprawdę bardzo wiele, a znieczulenie zewnątrzoponowe jest metodą najcięższego kalibru w łagodzeniu bólu porodowego. Nie dajmy się zwariować!

PS: A prawdziwie zmiany i tak muszą najpierw się wydarzyć w ludzkich głowach, po obu stronach barykady.
Trwa ładowanie komentarzy...