„Żyj tak, jakby tu było niebo” - o ciąży, dzieciach i emocjach, które zapamiętuję na całe życie

Śniło mi się, że jestem w ciąży, kolejnej. Obudziłam się, pogłaskałam po pustym brzuchu i pomyślałam, jakie to smutne, że ten czas nie wróci, że nie można zrobić pauzy, zdjęć klatka po klatce z czasów ciąży, pierwszych miesięcy życia z dzieckiem.

Nie pamiętam wielu rzeczy, na przykład, kiedy wyszedł mojemu synowi pierwszy ząb, ile miał miesięcy, jak powiedział „mama”. Na szczęście pamiętam emocje, które mi towarzyszyły. Tę panikę, że może to jednak ciąża. I ściśnięty żołądek przy robieniu pierwszego testu i łzy ze strachu i szczęścia. Pamiętam poranek, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Padało i było zimno – choć to był maj. Wyszliśmy z domu, żeby ochłonąć i rano staliśmy w tym deszczu na plaży przytuleni, nic nie mówiąc, ale świadomi swoich wątpliwości i obaw i radości, która mieszała się z pytaniem: „Jak to będzie?”.

On śmiał się, że głaszczę się po brzuchu, który jeszcze nie zdążył mi urosnąć. Żartowaliśmy, że po tym geście najłatwiej poznać, że kobieta jest w ciąży. Kiedy stoi, czeka w kolejce w sklepie i ręką kładzie na brzuchu, jakby chciała powiedzieć: „Rośnij tu sobie spokojnie, ja jestem przy tobie."

I choć zupełnie nie wiedzieliśmy, jak to będzie
, lubiłam to sobie wyobrażać. Myślałam o tym, jaki będzie mój syn, do kogo będzie podobny. Czy będzie płakał, czy będą męczyć go kolki? Już w ciąży czekałam na jego pierwszy uśmiech. Mówiłam do siebie na głos, gdy nikt nie słyszał „Mamo” i płakałam ze wzruszenia, że za chwilę ktoś tak mnie nazwie, że dla małego człowieka, który wierci się jeszcze w moim brzuchu zostanę Mamą. Czy podołam tej roli, czy będę wystarczająco dobra, sprawiedliwa? Czy pokocham tak mocno, jak będzie tego oczekiwało i czy miłość będzie bezwarunkowa?

Lubiłam leżeć na kanapie i gładzić brzuch, obserwować jak rośnie. Nie czytałam mojemu nienarodzonemu synowi książek, nie słuchałam Mozarta, nie rozmawiałam z nim. Byłam po prostu szczęśliwa leżąc i mając świadomość, że On tam jest, że słyszy bicie mojego serca, że uspokaja go mój oddech.


A kiedy przyszedł na świat i położono mi go przy piersi… To moment, którego nie zapomnę do końca życia. Liczyłam palce, czy ma ich dziesięć. Z niedowierzaniem patrzałam na opuchniętą jeszcze ze zmęczenia twarzyczkę. To do kogo jest podobny, nie miało w tym momencie zupełnie znaczenia. Patrzałam i płakałam „Moje dziecko. To jest MOJE dziecko” rozbrzmiewało w głowie. Miałam przez chwilę wrażenie, ze świat się zatrzymał. Że ja i ON jesteśmy w samym środku wszechświata, że na kilka sekund liczyliśmy się tylko MY i nic i nikt więcej.
W Trójce Marek Niedźwiecki przez pierwsze tygodnie życia mojego syna puszczał piosenkę Mietka Szcześniaka, który śpiewał, że na ziemi jest o niebo lepiej i każdy cud zwykły jest, codziennie zdarza się. „Dobrze, że jesteś” dźwięczało, gdy około południa karmiłam moje dziecko i wiedziałam, że moje życie nabrało innego wymiaru, że jestem dla kogoś najważniejsza, że ten mały człowiek przy mojej piersi nadaje od teraz sens wszystkiemu, co zrobię. Że cokolwiek się zdarzy, już nigdy nie będę sama.

I nie wierzyłam, że ten cud mi się zdarzył, że taki ogrom szczęście stał się moim udziałem i że ta miłość daje tak wiele siły i odwagi. Z niedowierzaniem obserwowałam to malutkie dziecko, które tak wiele w kilka chwil mnie nauczyło.

A dziś. Dziś dziesięć lat później.
Włączam sobie piosenkę Mietka, podczas gdy dwóch moich synów z czterema kumplami wariuje w basenie na dworze. Zaraz usmażę im stos naleśników z jagodami. Prosili o bób. Pewnie jeszcze zdążę krzyknąć, gdy wieczorem będą się spierać o to, kto pierwszy ma się wykąpać. Jutro zacznę nas pakować na wakacyjny wyjazd i pewnie kłócić się o to, co mają ze sobą zabrać.

Pogłaskam ich po plecach, kiedy zasną. I będę cieszyć się ciszą w domu, kiedy wyjdą do kolegów. I dziękować nigdy nie przestanę za to, że ich mam.

To taki dzień Matki Sentymentalnej.

PS: Kto nie słyszał, niech posłucha. Tytuł stąd właśnie zaczerpnięty
Trwa ładowanie komentarzy...