Ekologiczna marchewka HIPP pochodzi z Mazur. Stefan Hipp: „najpierw była miłość, w ślad za nią poszedł biznes"

Stefan Hipp, najstarszy z piątki rodzeństwa, stoi za sterami rodzinnej firmy, produkującej ekologiczną żywność dla niemowląt
Stefan Hipp, najstarszy z piątki rodzeństwa, stoi za sterami rodzinnej firmy, produkującej ekologiczną żywność dla niemowląt fot. Piotr Ratajski
Na pierwszy rzut oka wygląda zwyczajnie. Ot, gospodarstwo na Warmii. Wystarczy pięć minut, żeby przekonać się jak mylące bywa pierwsze wrażenie. Wszystko tu odbywa się z poszanowaniem natury, a słowo „chemia” jest zakazane. Marchewkę pieli się ręcznie, żeby nie zaszkodzić glebie. Krowy i owce pasą się na świeżym powietrzu, nie wiedząc co to antybiotyki. Osobiście czuwa nad tym gospodarz, najstarszy z piątki rodzeństwa, który powoli przejmuje ster rodzinnego biznesu. - Witamy w Podągach – uśmiecha się Stefan Hipp. Ten HIPP, którego ekologiczne słoiczki dla niemowląt chwalą sobie polskie matki.

Rodzinną firmę założył 115 lat temu jego dziadek, który w niemieckim miasteczku Pfaffenhofen w Bawarii prowadził małą cukiernię. Kiedy urodziły mu się bliźniaki, pojawił się problem z wykarmieniem kilkorga dzieci. Wtedy wpadł na pomysł, aby z pokruszonych sucharków produkować mączkę. Po dodaniu mleka wychodziła z tego smaczna i pożywna kaszka dla niemowląt.

Produkt szybko się przyjął i w 1932 roku jego syn Georg zaczął produkować mączkę sucharkową na przemysłową skalę. Równolegle - zainspirowany przez pioniera rolnictwa ekologicznego dr Hansa Muellera - rozpoczął uprawę warzyw i owoców naturalnymi metodami. Tak powstała firma, która jest dziś liderem europejskich rynków. - Mimo to, wciąż jesteśmy rodzinnym przedsiębiorstwem. To jest zapisane w naszym DNA i nie chcemy, aby kiedykolwiek się zmieniło. Być może nie rośniemy aż tak dynamicznie, ale możemy z przekonaniem oferować nasze produkty i ręczyć za nie rodzinnym nazwiskiem - wyjaśnia Stefan Hipp.
Do Polski trafił po raz pierwszy na początku lat '90 i zakochał się w warmińsko-mazurskich krajobrazach. Dekadę później - kiedy szukał lokalizacji, aby założyć farmę ekologiczną - jego wybór padł właśnie na te okolice. Tak stał się właścicielem byłego PGR-u w Podągach, małej wiosce na Warmii. Dziś jest tu największe gospodarstwo ekologiczne w całym kraju. I właśnie stąd ekologiczna marchewka i wołowina jeżdżą do niemieckiego Pfaffenhofen i trafiają później do słoiczków dla niemowląt marki HIPP.

Stefan, najstarszy z piątki rodzeństwa, wspomina że początki nie były łatwe. Miejscowi nie przyjęli go ciepło, a samo gospodarstwo było w opłakanym stanie. Zajęło lata, nim wyjałowiona gleba odzyskała żyzność. Równie ciężko było przekonać tutejszych mieszkańców, że rolnictwo ekologiczne to nie czarna magia i może przynosić równie dobre efekty, co konwencjonalne. Z czasem nabrali zaufania i dziś wielu z nich pracuje w gospodarstwie, choć Stefan kieruje nim osobiście. Sam decyduje, co i kiedy sadzić. Kiedy na polu przewróci się słupek graniczny, wsiada na quada i jedzie go naprawić, choć mógłby wydać polecenie któremuś z pracowników. O ziemi i rolnictwie ekologicznym może opowiadać godzinami, bo - podobnie jak reszta rodzeństwa - wychował się na farmie rodziców. Latem spędza w Podągach każdą wolną chwilę. Odrestaurował tutejszy XIX-wieczny dworek, zachowując każdy oryginalny element, który tylko dało się uratować. Na ścianach wiszą abstrakcje jego ojca, Clausa Hippa. Senior rodu jest w Niemczech uznanym malarzem. Wcześniej przez lata kierował rodzinnym biznesem i to jego podpis widnieje na każdym słoiczku marki HIPP, jako osobista gwarancja jakości.
Wbrew pozorom, gospodarstwo na Warmii jest jednym z niewielu należących do rodziny. Firma HIPP współpracuje za to z 6 tys. ekologicznych farm na całym świecie. Te muszą spełniać restrykcyjne wymogi, a dostarczane przez nich surowce przechodzą szereg skrupulatnych kontroli. Marka HIPP ma jedno z najlepszych w Europie laboratoriów, które - dzięki nowoczesnemu wyposażeniu - jest w stanie wykryć ponad 1200 możliwych rodzajów zanieczyszczeń. Analizy są na tyle dokładne, że wykrywają ziarenko soli w 25-metrowym basenie. Dlatego w słoiczkach tej marki nie ma śladu po chemii rolnej, sztucznych nawozach ani pestycydach.


Na farmie w Podągach uprawiane są głównie zboża, ziemniaki i marchewka (Hipp ma własny, opatentowany gatunek). Upraw pilnuje osobiście i żadne sztuczne wspomaganie nie wchodzi w grę: pestycydy i sztuczne nawozy zastępują te naturalne, a o żyzność gleby dbają dżdżownice i mikroorganizmy. - W garści ziemi żyją miliardy bakterii. Nie wystarczy podlać nawozem, aby gleba była żyzna, trzeba dać życie bakteriom – wyjaśnia Stefan Hipp. Kiedy pojawią się mszyce, zamiast sztucznych oprysków, stosuje się naturalny olejek z rododendronów, który odstrasza szkodniki. A marchewka pielona jest ręcznie, żeby ciężkie maszyny i zbyt intensywna eksploatacja nie przyczyniły się do zjałowienia gleby.
Oprócz upraw, w warmińskim gospodarstwie Hipp hoduje jeszcze owce i tysiąc krów rasy angus na mięso. - Przez całą wiosnę i lato, do czasu kiedy przyjdą pierwsze mrozy, wypasają się na świeżym powietrzu. Jedzą trawę i naturalną, niemodyfikowaną paszę. Mamy też bardzo restrykcyjne zasady dotyczące stosowania antybiotyków. Te mogą zostać użyte tylko w ostateczności, kiedy zwierzę zachoruje. A i tak musimy później odczekać długi okres karencji – tłumaczy gospodarz.

Choć w Polsce bywa często, tutejszym oddziałem firmy nie kieruje osobiście. To zadanie Hanny Kowarskiej-Brasse, odpowiedzialnej za rozwój marki HIPP nad Wisłą. Ta zaś zwraca uwagę, że polscy konsumenci coraz częściej wybierają produkty pochodzące z rolnictwa ekologicznego. - Kiedyś nie przykładaliśmy do tego takiej wagi. Obecnie jakość zaczyna być ważniejsza od ceny – wyjaśnia. - Ogromnie wzrosła świadomość konsumencka, praktycznie w każdej grupie wiekowej. Ale szczególnie wśród rodziców, którzy chcą być pewni tego, co kupują swoim dzieciom i chcą wiedzieć, skąd pochodzi żywność, którą im podają - precyzuje Stefan Hipp.

Zna Pan każdy kąt, każdą owcę w tym gospodarstwie. Widać, że Pan to po prostu kocha.

Stefan Hipp: Absolutnie. Wychowałem się w takim gospodarstwie. Jako dziecko spędzałem cały swój wolny czas z pracownikami, na farmie moich rodziców. Wyrosłem w przekonaniu, że rolnictwo ekologiczne jest najlepsze dla nas i dla środowiska. Jestem głęboko przekonany, że rolnictwo ekologiczne nie tylko dostarcza produktów dobrej jakości, ale przede wszystkim to najlepsze, co możemy zrobić dla otoczenia, w którym będą dorastać nasze dzieci.

Jak wyglądały Podągi, kiedy trafił Pan tu pierwszy raz?

Było zupełnie dziko. Po raz pierwszy przyjechałem tu na początku lat '90 i można powiedzieć, że zakochałem się w tutejszych krajobrazach. Ponad dziesięć lat później szukałem lokalizacji, chcąc założyć w Europie własną farmę organiczną. Szukałem miejsca, gdzie będzie czyste środowisko, piękne otoczenie. I przypomniałem sobie o tych okolicach. Można więc powiedzieć, pierwsza była miłość, dopiero za nią przyszedł biznes (śmiech). Użyźnienie tutejszej gleby zajęło długi czas. Przez wiele lat nikt niczego tu nie uprawiał, chwasty sięgały powyżej pasa. Ale napędzała mnie chęć, aby z z takiego stanu, w jakim była ówcześnie farma, zrobić z niej kwitnące i dobrze prosperujące gospodarstwo. Dużym wyzwaniem było przekonanie okolicznych mieszkańców - którzy z początku byli mocno sceptycznie nastawieni – do rolnictwa ekologicznego. Pokazanie im, że to się faktycznie udaje i przynosi dobre rezultaty.

Jakieś anegdoty z czasów, kiedy po raz pierwszy spotkał się Pan z „tubylcami”?

Przede wszystkim, jako cudzoziemiec byłem traktowany z dużym dystansem i rezerwą, co mogę zrozumieć. Pamiętam pierwsze spotkanie. Była mroźna, zimowa noc, temperatura sięgała minus 25 st.C. O drugiej w nocy przyjechały z Niemiec pierwsze ciężarówki z krowami i cała wieś wyległa, żeby zobaczyć co się będzie działo (śmiech). Wszyscy mieszkańcy stali przed zagrodą, ciekawi co też myśmy takiego przywieźli. Dla mnie to był naprawdę wspaniały moment, bo spojrzałem na nich i właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że całe to gospodarstwo mogę prowadzić tylko i wyłącznie z tymi ludźmi, wspólnie. I widać było, że oni również są na to gotowi.

Należy Pan do grona zdecydowanych przeciwników GMO. Jakie stoją za tym argumenty?

Jestem absolutnie przeciwny zmianom w genotypie roślinnym. Po pierwsze, nie ma długotrwałych badań, które mogłyby jednoznacznie określić wpływ GMO na ludzkie zdrowie. Są krótkoterminowe badania, przeprowadzane na zwierzętach, które nie napawają optymizmem. Osobiście uważam, że jest to wchodzenie w rolę Stwórcy. To nie jest nasze zadanie, nie wolno nam ingerować w naturę. Sądzę również, że niebezpiecznie jest wprowadzać zmiany, których na dobrą sprawę nie będziemy potrafili kontrolować, jeśli okażą się szkodliwe. Dodatkowo, przeciwnikiem czyni mnie fakt, że materiał nasienny jest w posiadaniu kilku firm, które monopolizują rynek i od których - prędzej czy później - będziemy całkowicie zależni.

40-50 lat temu, kiedy zakładaliśmy pierwsze gospodarstwa ekologiczne, nasze przemyślenia były ignorowane przez te same środowiska, które teraz bagatelizują obawy odnośnie roślin modyfikowanych genetycznie. Uważam, że mamy podstawy do obaw. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy dziś postępować inaczej, niż 50 lat temu. Przedstawiciele polityki, nauki, gospodarki i rolnictwa próbowali wówczas rozwiewać wątpliwości konsumentów odnośnie pewnych chemicznych substancji używanych w rolnictwie. Słyszeliśmy wtedy, że nie sposób będzie wkrótce wyżywić ludzi inaczej, niż używając środków chemicznych podczas upraw. Okazuje się jednak, że ten, kto dziś chciałby stosować w rolnictwie takie środki jak wtedy, stanąłby przed sądem. Dzisiejszy problem ze stosowaniem modyfikacji genetycznych w rolnictwie postrzegam tak samo.

I sądzi Pan, że rolnictwo ekologiczne może być alternatywą dla GMO? Pomoże wyżywić świat?

Po pierwsze, dzięki roślinom zmodyfikowanym genetycznie wcale nie uzyskam plonów wyższych niż te, które zbieram dzięki rolnictwu ekologicznemu. Podstawowa cecha roślin modyfikowanych genetycznie to odporność, co oznacza, że rolnik ma mniej roboty, bo nie musi tak często opryskiwać upraw. Ale z biegiem czasu powstają nowe gatunki, bardziej odporne i okazuje się, że w końcu trzeba stosować coraz więcej i więcej sztucznych oprysków. To błędne koło.
Egipcjanie i Aztekowie otrzymywali dużo wyższe plony niż to ma miejsce dzisiaj – potrafili wyżywić 15 osób z hektara ziemi. Dla porównania, dziś w USA z jednego hektara można wyprodukować żywność tylko dla jednej osoby, mimo wszystkich osiągnięć rolnictwa opartego na technice i chemii i pomimo stosowania inżynierii genetycznej na szeroką skalę.
Trwa ładowanie komentarzy...